Ousmane Dembele z PSG w czarnym stroju celebruje gola gestem „telefonu” na Anfield podczas meczu Liverpool – Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów.
Fot. Ousmane Dembele / IMAGO / ZUMA Press Wire (xMichaelxChavetx)

Dembele uciszył Anfield. Liverpool miał strzały, PSG miało Francuza i zimną krew (0-2, 0-4 w dwumeczu)

Analizy statystyczne meczów piłkarskich

Anfield szykowało się na jeden z tych wieczorów kiedy trybuny żyją już od rozgrzewki, kiedy każdy detal przed meczem ma w sobie coś z rytuału, a sama atmosfera zdaje się wystarczyć, żeby europejski rywal zaczął wątpić. Liverpool miał na to plan, miał publiczność i miał liczby po swojej stronie. Nie miał tylko goli.

PSG zabrało półfinał metodą, która Luisowi Enrique wychodzi w europejskich pucharach wyjątkowo dobrze. Przeczekać, zdusić, a potem gdy przeciwnik już trochę podmęczony, nagle wrzucić szósty bieg i uderzyć dokładnie tam, gdzie boli. Prawie jak Usyk w ringu, co nie? Dwa razy Dembele, 0-2, 0-4 w dwumeczu. Czyściutko. Dzieki za mecz. Do widzenia.

Slot chciał chaosu. Luis Enrique nie dał się wciągnąć

Liverpool grał wysoko, szybko, z naciskiem i wiarą, że intensywność w końcu zrobi swoje. Cztery z przodu, dwójka w środku jako filtr, trójka ofensywna żywiąca się drugimi piłkami. Plan na papierze w miarę sensowny.

Problem w tym, że PSG ma na taki pressing gotową odpowiedź. Vitinha, Neves i Zaïre-Emery potrafią utrzymać piłkę przy nogach nawet gdy czują oddech rywala na karku, a na skrzydłach Dembele z jednej, Kwaracchelia z drugiej którzy tylko czekają, aż ktoś się zagapi. Wszyscy wymienieni – mega techniczni. Paryżanie nie próbowali dominować i nie gonili za widowiskiem. Grali po swojemui i w swoim rytmie, co dla drużyny grającej z deficytem 0-2 z pierwszego meczu jest troche wyrokiem w zwolnionym tempie.

Pierwsza połowa była nerwowa, dużo walki w środku, mało klarownych sytuacji. Liverpool miał swoje momenty. Van Dijk niemal dopchał po stałym fragmencie, pressing parę razy przyniósł odbiór wysoko na połowie PSG, ale niestety dla Czerwonych, żaden z tych momentów nie zamienił się w nic konkretnego.

VAR, który zabił mecz

Po przerwie Slot ruszył do ataku. Gakpo wszedł, tempo wzrosło, Anfield zaczęło znowu wierzyć. Strzały Gravenbercha, wejścia w pole karne, rog, było tego więcej. I właśnie wtedy, kiedy wszystko zaczęło klikać, sędzia odgwizdał rzut karny dla Liverpoolu.

Stadion eksplodował. 65 minuta, jeszcze można coś z tym zrobić.

Tyle że VAR cofnął decyzję.

Zaczął się fragment meczu, który trudno opisać liczbami, ale który każdy kto ogląda piłkę rozumie instynktownie. Powietrze zeszło z Anfield jak z balonu. Liverpool nie dostał tego zastrzyku adrenaliny, którego potrzebował, a PSG, zamiast się chwiać, ciągle po prostu czekało. Siedem minut później Kwaracchelia ruszył z piłką, dograł do Dembele, a ten zrobił pół zwodu i uderzył przy słupku. 0-1. W tym momencie było już pozamiatane.

Od tej chwili Liverpool musiałby strzelić cztery gole. W doliczonym czasie dostał drugiego, czysta akcja, podanie wzdłuż bramki, Dembele bez problemu dobił. 0-2, 0-4 w dwumeczu, koniec bajki. A może koniec Slota?

Liczby

Liverpool oddał 21 strzałów, PSG 12. Liverpool miał xG 1,9, PSG 1,3. Liverpool miał 53% posiadania i 8 rzutów rożnych wobec zaledwie dwóch rywala.

I przegrał 0-2.

To jest ta okrutna prawda o piłce na tym poziomie. Możesz być bardziej aktywny, możesz częściej stać pod polem karnym rywala, a i tak przwalisz mecz, jeśli nie potrafisz zamienić okazji na gole. Safonov bronił 6 razy, Mamardaszwili 3. Przy strzałach celnych PSG miało ich więcej niż Liverpool – 6 do 5 – z połową strzałów. To jest efektywność.

Można powiedzieć, że Liverpool miał pecha. Można też powiedzieć, że PSG zagrało dokładnie tak, jak powinno zagrać drużyna broniąca dwubramkowej zaliczki i nie zrobiła ani jednego błędu, który pozwoliłby gospodarzom złapać wiatr w żagle.

Dembele. Dwa gole z sytuacji, które inni by zmarnowali

Można by napisać, że Dembele był w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, ale to byłoby za proste. On szukał tych momentów przez cały mecz. Schodził między linie, wymuszał błędy, zagrywał i wracał, zagrywał i wracał. Sześć strzałów, trzy celne, xG 0,83, dwa gole z sytuacji, które statystycznie wcale nie musiały skończyć się nawet jednym. Kompletnie inny zawodnik niż ten z czasów gry w Barcelonie.

Dembele nie tylko trafił, ale trafił kiedy to miało znaczenie. Mógł nie trafić przy pierwszej okazji w pierwszej połowie i może Liverpool czułby się inaczej. Trafił w 72 minucie, kiedy stadion właśnie łapał drugi oddech. To nie był przypadek.

Szczerze? Trochę żal Anfield. Kibice zrobili co mogli, atmosfera była przednia, wola była, ale PSG to jest teraz drużyna z innej półki niż Liverpool i ten dwumecz pokazał to bez żadnych wątpliwości. Nie przez jakość indywidualną bo Salah to Salah, ale przez to, jak Paryżanie rozumieją wielkie mecze. Wiedzą, kiedy grać, a kiedy czekać. I wiedzą, kto kończy robotę, gdy przyjdzie czas.

PSG przechodzą dalej i sam zaczynam wierzyć, że oni serio mogą obronić tytuł Ligi Mistrzów.

Autor

  • Portret założyciela i współwłaściciela DziennikPiłkarski.pl. Tomasz Sawczak w czarnej czapce i białej koszulce siedzi z telefonem w dłoniach, za jego głową duże logo Dziennika Piłkarskiego.

    Założyciel i współwłaściciel DziennikPiłkarski.pl. Łączy analityczne podejście z pasją do sportu. IT Project Manager, ekspert branży HVAC, mówi w pięciu językach. Mieszka w Stavanger (Norwegia). Fan Leo Messiego, kibic Liverpoolu, Viking FK i Legii Warszawa. Inwestor na rynku akcji i kryptowalut, związany z obszarem nowych technologii. Szczęśliwy ojciec i mąż.