Bednarek wyleciał w ósmej minucie. Porto nie miało już czego szukać na City Ground
Bywają mecze, które rozstrzygają się nie w ostatniej akcji, nie po rzutach karnych, tylko gdzieś na początku, kiedy jeszcze trybunami kręci ten specyficzny europejski dreszcz. Wtorkowy wieczór w Nottingham był właśnie taki. Jan Bednarek wszedł mega brutalnie w Chrisa Wooda, VAR obejrzał to z trzech kamer i czerwona kartka zamknęła spotkanie zanim właściwie się zaczęło.
Forest wygrało 1-0 i weszło do półfinału. Po dekadach przerwy. I chyba nie ma w tym nic przypadkowego.
Plan był prosty. I działał dopóki Porto grało w jedenastu
Farioli przyjechał z Porto do Nottingham z zadaniem, które na papierze wyglądało rozsądnie. Remis 1-1 z pierwszego meczu dawał komfort, wystarczyło przetrwać napór City Ground, zachować strukturę, poczekać na swój moment. 4-3-3, środkowe trio do kontroli drugiej piłki, skrzydłami szukać szybkich przejść.
Forest ze swojej strony grało to, co gra od miesięcy. Sangare i Dominguez jako para szóstek, Gibbs-White kręcący się między liniami, skrzydła raz w górę do szerokości, raz do środka żeby zamknąć Porto wejście w strefę przed polem karnym.
Osiem minut. Tyle trwał ten taktyczny porządek.
Czerwona, która przekreśliła wszystko
Wejście Bednarka w Wooda nie było specjalnie brutalne, ale było niebezpieczne i VAR nie miał wątpliwości. Porto w ciągu sekundy musiało przestawić głowy. Rosario doklejony bliżej Thiago Silvy, linia obrony cofnięta, pressing zamieniony z agresywnego na ostrożne zarządzanie przestrzenią.
Paradoks tej sytuacji polegał jednak na czymś innym. Forest dostało przewagę liczebną, ale prawie natychmiast straciło też Wooda, wyraźnie poturbowanego w tym samym starciu, który zszedł w 16 minucie. Gospodarzom przybył człowiek, ubyło klasycznej dziewiątki. Takie rzeczy tylko w pucharach.
Gibbs-White, rykoszet i spokój, którego nie było
Gol padł w 12 minucie i miał w sobie wszystko, co Forest chce grać czyli szybkie odegranie po odebraniu piłki w środkowej strefie, Gibbs-White wchodzi w korytarz centralny, strzał trafia w Rosario i wpada do siatki. Nie było w tym może czystego piękna, ale była skuteczność a na tym poziomie to ważniejsze.
Od tej chwili Forest grało jak drużyna, która wie, że jest górą i która właśnie tego zaczęła się bać. Bo przewaga jednocześnie podnosi stawkę każdej straconej sytuacji. Dwadzieścia strzałów, osiem rzutów rożnych, pięć celnych to obraz meczu, w którym jeden zespół cisnął, a drugi cierpiał. Ale nie padł gol na 2-0 i właśnie to powodowało, że City Ground gryzło paznokcie do końca.
Porto pokazało, że ma charakter. I dwa razy trafiło w poprzeczkę
Farioli po przerwie wpuścił Kiwiora, podkręcił intensywność bez piłki i Porto nagle zaczęło łapać Forest między liniami. Nie trwało to długo, nie było tego dużo, ale było. William Gomes trafił w poprzeczkę gdzieś w okolicach 57 minuty, Varela dołożył swoją w końcówce. Nie „pół-sytuacje”. Prawdziwe poprzeczki, po których człowiek na trybunach zamiera.
Ostatni kwadrans to były właściwie dwa różne mecze toczące się jednocześnie. Forest próbowało utrzymać piłkę, zjeść minuty, zamrozić tempo. Porto musiało iść wprost na dośrodkowania, strzały z dystansu, polowanie na rykoszet. Tyle że grając w dziesiątkę na wyjeździe w europejskim dwumeczu, masz do dyspozycji głównie szczęście. A szczęście tym razem nie dopisało.
Neco Williams i robota, której nie widać w tabeli strzelców
Jeśli szukać kogoś, kto zrobił dla Forest brudną robotę i zrobił ją dobrze to zdecydowanie Williams. Cztery udane wślizgi na cztery próby, dziewięć wygranych pojedynków na czternaście, osiem odbiorów. Do tego zagranie, które otworzyło Gibbs-White’owi drogę do gola. Nie trafi na okładkę, nie będzie o nim głośno, ale wieczory awansu robi się właśnie z takich ludzi.
Co zostało z tego meczu
Zostanie przede wszystkim ta czerwona kartka. Na tym poziomie Europa rzadko wybacza tak wczesne osłabienie i tym razem też nie wybaczyła. Porto walczyło, dwa razy trafiło w słupek i pokazało, że nie dało się po prostu rozjechać. Ale jedno wejście w ósmej minucie ustawiło wszystko.
Forest awansowało do półfinału. I nikomu, kto oglądał ten mecz od pierwszej minuty, nie powinno się to wydawać niesprawiedliwe.
Autor
-
Założyciel i współwłaściciel DziennikPiłkarski.pl. Łączy analityczne podejście z pasją do sportu. IT Project Manager, ekspert branży HVAC, mówi w pięciu językach. Mieszka w Stavanger (Norwegia). Fan Leo Messiego, kibic Liverpoolu, Viking FK i Legii Warszawa. Inwestor na rynku akcji i kryptowalut, związany z obszarem nowych technologii. Szczęśliwy ojciec i mąż.



