Kiedyś karta specjalna w Ultimate Team naprawdę miała w sobie coś wyjątkowego. Nawet bardzo wyjątkowego. Trafienie zawodnika z promocji oznaczało emocje, realną zmianę w składzie i poczucie, że klub właśnie dostał piłkarza na kilka kolejnych tygodni.
W FC 26, podobnie jak w kilku poprzednich edycjach, ten efekt bardzo szybko zaczął jednak znikać. Gra niemal od początku sezonu zasypywała graczy kolejnymi wersjami tych samych nazwisk, kolorami kart i promocjami, które coraz mniej różniły się od siebie znaczeniem.
Problem nie polega już tylko na tym, że kart specjalnych jest dużo. Problem polega na tym, że jest ich tak dużo, iż przestały budować jakiekolwiek przywiązanie do składu. Zawodnik, który jednego dnia wygląda jak świetne wzmocnienie, po tygodniu — o zgrozo — często staje się przeciętny, a po dwóch tygodniach ląduje w SBC jako fodder do przepalenia.
Właśnie w tym miejscu zaczyna się inflacja kart, czyli sytuacja, w której coraz wyższe oceny, coraz lepsze statystyki i coraz mocniejsze style gry nie robią już na graczach większego wrażenia. FC 26 bardzo szybko przyzwyczaiło społeczność do tego, że karta specjalna nie jest nagrodą, tylko kolejnym etapem niekończącego się wyścigu.
A jeśli wszystko jest specjalne, to w praktyce specjalne nie jest już nic.
Już na starcie zwykłe złote karty największych gwiazd, takich jak Mbappé, Salah, Bellingham, Putellas czy Bonmatí, były bardzo mocne, bo należały do najwyżej ocenianych zawodników w FC 26. Potem przyszły kolejne promocje, ulepszone wersje, karty wydarzeniowe, Ikony, Bohaterowie i karty eventowe, które praktycznie w ciągu kilku tygodni sprawiły, że zwykła złota karta bardzo szybko traciła sens. Nie dotyczy to oczywiście Francuza z Realu.
Kiedy w styczniu pojawiło się TOTY, dla wielu graczy był to naturalny punkt przełomowy sezonu. Problem w tym, że po takim poziomie kart trudno było wrócić do spokojniejszego rozwoju składu. Skoro w połowie sezonu gra wypuszcza karty bliskie absolutnego sufitu, to każda kolejna promocja musi być jeszcze mocniejsza albo przynajmniej udawać, że jest mocniejsza.
W efekcie zawodnicy przestają patrzeć na kartę jak na piłkarza, a zaczynają oceniać ją wyłącznie przez tempo, playstyle, weak foot, skill moves i to, czy pasuje do aktualnej mety. To zabija jeden z najważniejszych elementów Ultimate Team, czyli emocjonalne budowanie własnego klubu.
Inflacja kart najmocniej uderza w zwykłych graczy, którzy nie siedzą w grze codziennie po kilka godzin. Dla nich każda nowa karta powinna być wydarzeniem, a nie obowiązkiem wymiany połowy składu. W FC 26 bardzo łatwo było jednak odnieść wrażenie, że gra nie nagradza cierpliwości, tylko ciągłe bycie online.
Jeśli ktoś zbudował skład wokół mocnej wersji Roberta Lewandowskiego, Viníciusa Juniora, Federico Valverde czy Pedriego, szybko dostawał sygnał, że to za mało, bo za chwilę pojawi się kolejna promocja z jeszcze lepszymi kartami.
W okresie TOTS przykładowe karty z LaLigi, między innymi Mbappé, Bellinghama, Yamala czy Raphinhi, pokazywały skalę tego przyspieszenia. Same nazwiska oczywiście robią wrażenie, ale problem polega na tym, że ich specjalne wersje pojawiały się w środowisku, które już wcześniej było przeładowane mocnymi kartami.
Zamiast poczucia wyjątkowości pojawiała się więc kalkulacja: czy ta karta jeszcze jest grywalna, czy już tylko wygląda ładnie na grafice? W takim systemie nawet wielkie nazwisko może szybko stać się kolejnym przedmiotem w klubie, a nie piłkarzem, wokół którego naprawdę chce się budować drużynę.
Największym symbolem problemu jest to, że gracze coraz częściej nie cieszą się z trafienia dobrej karty, tylko od razu sprawdzają, czy karta jest „meta”. Dawniej specjalna wersja znanego zawodnika wystarczała, żeby zmienić ustawienie, przetestować nową ligę albo zbudować hybrydę pod konkretnego piłkarza.
Teraz nawet wysoko oceniona karta może zostać odrzucona po dwóch meczach, jeśli ma nieodpowiedni typ budowy ciała, brakuje jej konkretnego playstyle’a albo nie zachowuje się dobrze w schemacie, którym gra większość społeczności.
To sprawia, że inflacja kart nie jest tylko problemem liczbowym, ale też problemem mentalnym. Gracze nie patrzą już na kartę jak na nagrodę, tylko jak na narzędzie do przetrwania w Weekend League. Karta specjalna nie pyta już: „czy lubisz tego zawodnika?”, tylko: „czy nadążysz za resztą?”. Miałeś albo miałaś tak?
Następny problem stanowi przesyt promocji. Kalendarz UT zaczął przypominać nie sportowy sezon, lecz galerię handlową z niekończącą się wyprzedażą. Jedna kampania jeszcze dobrze się nie skończyła, a już pojiała się kolejna zapowiedź, kolejne karty, kolejne paczki i kolejne SBC.
EA oczywiście może tłumaczyć to potrzebą utrzymania świeżości gry, ale w FC 26 ta świeżość bardzo często zamieniała się w zmęczenie. Gracz nie miał czasu nacieszyć się kartą, bo zanim ją dobrze przetestował, gra już sugerowała, że warto zainteresować się następną.
Szczególnie widać to przy SBC, które z założenia powinny być sposobem na zdobycie ciekawego zawodnika, a coraz częściej stają się maszynką do opróżniania klubu z kart. W teorii dostajemy wybór. W praktyce często czujemy presję, że jeśli nie zrobimy danego SBC teraz, to coś nam ucieknie.
Tak buduje się nie zaangażowanie, ale lęk przed pozostaniem w tyle. A gdy gracz cały czas czuje, że musi gonić, to w końcu przestaje się bawić.
Przez tę inflację kart coraz bardziej traci także rynek transferowy. Handlarze mogą zacierać ręce, ale dla zwykłego gracza stabilność składu staje się coraz większą iluzją. Kiedy promocji jest za dużo, ceny wielu kart zaczynają żyć od eventu do eventu.
Kupujesz zawodnika, testujesz go, jesteś zadowolony, a potem jeden piątkowy content potrafi zepchnąć jego cenę w dół, bo pojawiła się nowa, bardziej błyszcząca alternatywa. Dotyczy to nie tylko średnich kart, ale też mocnych nazwisk, które w normalnym cyklu gry powinny trzymać wartość znacznie dłużej.
Problem polega na tym, że w FC 26 karta rzadko jest inwestycją w skład, a coraz częściej krótkoterminowym biletem do aktualnej mety. Gracze zaczynają więc mniej grać tym, co lubią, a bardziej tym, co „opłaca się” posiadać przez najbliższe kilka dni.
Rynek przestaje być naturalnym elementem budowania drużyny, a staje się nerwowym śledzeniem spadków, przecieków i zapowiedzi kolejnej promocji.
Najsmutniejsze jest jednak to, że FC 26 samo odebrało sobie wiele momentów, które kiedyś budowały magię UT, szczególnie jeszcze przed 2020 rokiem. TOTY powinno być wielkim świętem, TOTS powinno zamykać sezon z poczuciem nagrody, a karty specjalne powinny tworzyć wspomnienia, do których wraca się po latach. Tak jak Lacazette 87, Musa 85 czy Ibra FUTMas.
Karta specjalna przestała być specjalna, bo została sprowadzona do roli kolejnego produktu w systemie, który musi stale przyspieszać. EA powinno przed FC 27 zrozumieć, że problemem nie jest brak contentu, ale jego nadmiar i tempo, które odbiera znaczenie nawet najlepszym promocjom.
Ultimate Team nie potrzebuje kolejnych stu wersji tych samych piłkarzy. Potrzebuje sensowniejszego rytmu, lepszego balansu i większego szacunku dla czasu gracza. Bo jeśli każda kolejna karta ma być tylko mocniejsza od poprzedniej, to w końcu nie zostanie już nic, co naprawdę będzie można nazwać wyjątkowym. Chyba że kolejne bugi, patche i nerwy — ale o tym już niebawem.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂















