Lech Poznań pożegnał się z eliminacjami Ligi Mistrzów w okolicznościach, które jeszcze długo będą wspominane przy Bułgarskiej. Mistrz Polski wygrał pierwsze spotkanie w Danii aż 4:1, ale w rewanżu przegrał po dogrywce 1:4. W dwumeczu padł remis 5:5, a w serii rzutów karnych skuteczniejszy okazali się mistrozwi Danii. Aarhus GF zwyciężył 4:3. Duński zespół dokonał tego, co przed rozpoczęciem meczu wydawało się niemal niemożliwe.
Początek spotkania nie zapowiadał katastrofy. Lech przejął inicjatywę, a w 18. minucie Mikael Ishak był bliski zdobycia bramki głową. Chwilę później sędzia podyktował dla gospodarzy rzut karny, ale po interwencji VAR anulował decyzję, ponieważ piłka odbiła się najpierw od uda zawodnika Aarhus. W 32. minucie fatalną stratę Roberta Gumnego wykorzystali goście, a Tobias Bech strzałem z ostrego kąta rozpoczął pogoń mistrzów Danii. Po przerwie Gumny zagrał ręką we własnym polu karnym, Kristian Arnstad wykorzystał jedenastkę, a w 75. minucie Frederik Tingager po rzucie rożnym doprowadził do wyniku 0:3 i dogrywki.
W dodatkowym czasie Lech na moment odzyskał kontrolę. W 95. minucie Filip Jagiełło dobił strzał Michała Gurgula i ponownie zapewnił Kolejorzowi prowadzenie w dwumeczu. Radość trwała jednak zaledwie kilka minut. Wprowadzony z ławki Tomas Oli Kristjansson wykorzystał niepewną interwencję Mateusza Lisa i strzelił czwartego gola dla Aarhus. W konkursie jedenastek Lech zmarnował dwie próby – Allahyar Sayyadmanesh uderzył w bramkarza, a strzał Antoniego Kozubala obronił świetnie dysponowany Mads Hedenstad. Decydujący rzut karny wykorzystał Tobias Bech.
Statystyki pokazują, że nie była to zwyczajna dominacja Aarhus, lecz przede wszystkim katastrofa Lecha w najważniejszych momentach. Gospodarze oddali 18 strzałów przy 14 rywali, wygrali 9:6 w uderzeniach celnych i wykonali aż 14 rzutów rożnych wobec zaledwie trzech Duńczyków. Mimo tego stracili cztery bramki po sześciu celnych strzałach Aarhus. Lech miał też nieznacznie mniejsze posiadanie piłki – 49 procent – oraz wykonał 456 podań przy 495 podaniach gości. Kolejorz stworzył wystarczająco dużo sytuacji, aby zakończyć dwumecz, ale zabrakło skuteczności, odpowiedzialności w obronie i spokoju po stracie pierwszego gola.

W Polsce reakcje były bezlitosne. Pojawiały się określenia „kompromitacja”, „historyczna klęska” i „dramat polskiej piłki”, a Weszło jeszcze przed zakończeniem spotkania pisało o niewiarygodnym roztrwonieniu trzybramkowej przewagi. Zupełnie inny ton dominował w Danii. Tipsbladet nazwał awans Aarhus „dzikim cudem”, relację z meczu określał jako prawdziwy thriller, a duńskie komentarze podkreślały odporność psychiczną zespołu, znakomitą postawę Hedenstada oraz odwagę, z jaką mistrzowie Danii zaatakowali na stadionie faworyta.
Aarhus zagra teraz w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów z azerskim Sabah FC. Lech spada natomiast do eliminacji Ligi Europy, gdzie jego rywalem będzie KÍ Klaksvík z Wysp Owczych. Dla mistrza Polski nie oznacza to jeszcze końca walki o europejską jesień, ale porażka z Aarhus pozostawi ogromny ślad. Lech nie odpadł po wyrównanym dwumeczu z wyraźnie silniejszym przeciwnikiem – odpadł po roztrwonieniu wyniku 4:1, na własnym stadionie i w spotkaniu, w którym miał więcej strzałów, celnych uderzeń oraz rzutów rożnych.
Autor
-
Założyciel i współwłaściciel DziennikPiłkarski.pl. Łączy analityczne podejście z pasją do sportu. IT Project Manager, ekspert branży HVAC, mówi w pięciu językach. Mieszka w Stavanger (Norwegia). Fan Leo Messiego, kibic Liverpoolu, Viking FK i Legii Warszawa. Inwestor na rynku akcji i kryptowalut, związany z obszarem nowych technologii. Szczęśliwy ojciec i mąż.



