Erling Haaland długo czekał na dzień, w którym znów będzie wyglądał jak super snajper. W ćwierćfinale Pucharu Anglii dostał to, czego najbardziej potrzebuje. Przestrzeń w polu karnym, dośrodkowania na czas i rywala, który po pierwszym ciosie zgubił organizację. Manchester City rozgromiło Liverpool 4-0 na Etihad, a Norweg skompletował hat-tricka – pierwszego w barwach City od sierpnia 2024 roku.
Erling Haaland at his clinical best 🎩#EmiratesFACup pic.twitter.com/J5RbqPcCSu
— Emirates FA Cup (@EmiratesFACup) April 4, 2026
Pep Guardiola oglądał mecz z trybun, odbywając zawieszenie, ale wygląda na to, że podczas trwania meczu jego zespół go nie potrzebował. Wysoki pressing po wznowieniach i konsekwentne atakowanie stref za plecami obrony Liverpoolu. Zwycięstwo daje City rekordowy, ósmy z rzędu półfinał FA Cup.
Na początku nic nie wskazywało na pogrom. Liverpool przez pierwsze pół godziny potrafił przejść przez środek, a Wirtz i Ekitike dawali sygnały, że goście mogą zrobić City krzywdę. Szczególnie po dłuższych piłkach, gdy gospodarze na moment gubili krycie. Właśnie po takim zagraniu Salah znalazł się w sytuacji, która w innym sezonie bywała dla niego rutyną. Tym razem jednak się zawahał i nie zamienił okazji na gola. Chwilę później Ekitike również nie potrafił domknąć ataku celnym strzałem.
City do 37 minuty grało poprawnie, ale bez konkretów pod bramką Mamardaszwilego. Przełom przyszedł w typowo pucharowym stylu, przez błąd jednego z liderów. Nico O’Reilly wbiegłł w pole karne The Reds, Virgil van Dijk spóźnił się z reakcją i sfaulował rywala. Jedenastka była oczywista, a Haaland, jeszcze niedawno krytykowany za serię mniej wyrazistych występów, uderzył bez wahania. 1-0 i w tym momencie mecz zaczął odjeżdżać Liverpoolowi.
Najbardziej bolesny dla Liverpoolu był jednak moment tuż przed przerwą. City przyspieszyło, Cherki zaczął dyrygować między liniami, a Semenyo wygrał pojedynek na prawej stronie i dograł w tempo. Haaland zaatakował piłkę z wyprzedzeniem, z odpowiednim kątem i posłał piłkę do siatki. 2-0 do przerwy, a Liverpool znów dostał gola w najgorszym możliwym momencie.
W drugiej połwowie City nie tylko utrzymało intensywność, ale wrzuciło wyższy bieg. Semenyo, świetnie obsłużony prostopadłym podaniem, wykończył akcję z finezją, podcinając piłkę nad bramkarzem. Minęło kilka minut drugiej połowy było 3-0.

Liverpool próbował odpowiedzieć, ale brakowało mu jakości w końcówkach akcji. Co ciekawe, same wolumeny akcji nie były po ich stronie tragiczne. Strzałów było po 11, a dotknięć w polu karnym rywala Liverpool miał nawet więcej (36) niż City (21). Tyle że to City miało 0 zmarnowanych tka zwanych dużych szans, a Liverpool 2. Goście częściej bywali w okolicach bramki, lecz w kluczowych momentach nie potrafili podnieść wartości sytuacji.
Najpełniej ten kontrast widać było przy 4-0. Akcja rozprowadzona przez Doku i O’Reilly’ego, piłka w pole karne i Haaland, który tym razem uderzył tak, jak uderza napastnik pewny siebie, czyli mocno, z miejsca, w poprzeczkę i do siatki. Hat-trick domknięty przed upływem godziny. W tym momencie część kibiców Liverpoolu zaczęła opuszczać trybuny, bo trudno było znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia.
Przy 4-0 Nunes sfaulował Ekitike, sędzia wskazał na „wapno”, a Salah grający pierwszy raz od chwili, gdy ogłosił, że odejdzie z klubu po sezonie, dostał szansę choćby na honorowe trafienie. James Trafford obronił jednak jedenastkę, a dla Egipcjanina był to kolejny frustrujący kadr z popołudnia, które miało być początkiem jego ostatniego rozdziału na Anfield, a zamieniło się w symbol niemocy.
City miało też przewagę w pojedynkach. Skuteczność w duelach wyniosła 52,3% po stronie gospodarzy i 47,7% po stronie Liverpoolu (sofascore), a City było też znacznie lepsze w dryblingach (68,4% udanych wobec 42,9%).
Arne Slot po meczu mówił o brakującej „fighting spirit” i o tym, że jego zespół przez fragmenty potrafił grać, ale w decydującym 20-minutowym oknie wokół przerwy nie dotrzymał jakości. Zwrócił też uwagę na coś, co coraz częściej słychać w ocenie Liverpoolu w tym sezonie. Tworzą sytuacje, lecz nie potrafią ich zamieniać na gole, a przeciwko elitarnym rywalom trzeba strzelać gole.
Dla City to kolejny krok w stronę Wembley i następny dowód na stabilność projektu Guardioli w krajowych pucharach. Liverpool zostaje z kolejną bolesną porażką i perspektywą wyjazdu na ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain, gdzie margines błędu jest jeszcze mniejszy.
Autor
-
Założyciel i współwłaściciel DziennikPiłkarski.pl. Łączy analityczne podejście z pasją do sportu. IT Project Manager, ekspert branży HVAC, mówi w pięciu językach. Mieszka w Stavanger (Norwegia). Fan Leo Messiego, kibic Liverpoolu, Viking FK i Legii Warszawa. Inwestor na rynku akcji i kryptowalut, związany z obszarem nowych technologii. Szczęśliwy ojciec i mąż.



