Brak hitowych spotkań na ten moment.
Brak hitowych spotkań na ten moment.
Alt: Mundial jako globalny biznes – piłkarze, sędzia, VAR, trofeum, działacze i pieniądze symbolizujące wpływ marketingu na mistrzostwa świata.
Mundial jako globalny produkt – między sportową rywalizacją, interesami organizatorów a siłą największych nazwisk.

Mundial trzeba dobrze opakować. O faworytach, gospodarzach i meczach, które „lepiej się sprzedają”

Mundial od dawna nie jest już tylko turniejem piłkarskim. To globalny spektakl, wielki produkt medialny, biznes telewizyjny, polityczny pokaz siły i reklamowa maszyna, która musi działać od meczu otwarcia aż do finału. Oczywiście na końcu wciąż jest boisko, piłka, bramki, błędy i emocje. Ale wokół tego boiska zbudowano świat, w którym liczy się nie tylko to, kto wygra, lecz także kto wygrać powinien, żeby turniej nadal dobrze wyglądał na plakacie.

Wielkie imprezy potrzebują bohaterów, gospodarzy, twarzy reklamowych, wielkich narracji i meczów, które da się sprzedać całemu światu. Dlatego każda kontrowersja na korzyść faworyta albo gospodarza wygląda dziś inaczej niż zwykły błąd sędziego. Wygląda jak element większej układanki.

Nie chodzi o to, żeby po każdym gwizdku krzyczeć, że FIFA ustawia mecze. To byłoby zbyt proste i zbyt tanie. Problem jest subtelniejszy, a przez to bardziej niepokojący. Współczesny futbol stworzył system, w którym obecność największych nazwisk, najpopularniejszych reprezentacji i gospodarzy turnieju ma ogromną wartość.

Argentyna z Messim, Portugalia z Ronaldo, Brazylia z Neymarem, Anglia z Bellinghamem czy gospodarz grający u siebie to nie tylko drużyny. To oglądalność, bilety, koszulki, klikalność, sponsorzy, relacje telewizyjne i miliony ludzi, którzy włączają mecz nie dla neutralnej idei sportu, tylko dla konkretnych twarzy. A skoro wszyscy wiedzą, kto przynosi największe zainteresowanie, to każda korzystna decyzja dla takiej drużyny natychmiast budzi pytanie: przypadek czy interes widowiska?

Dobrym punktem wyjścia jest świeża sprawa meczu Argentyny z Egiptem. Egipt prowadził, był blisko wielkiej sensacji, ale ostatecznie przegrał 2:3, a po spotkaniu Hossam Hassan mocno uderzył w sędziowanie. Egipcjanie mówili o nieuznanym golu, pretensjach do VAR-u i sytuacjach, które ich zdaniem powinny zostać ocenione inaczej.

Można powiedzieć: emocje po porażce, normalna rzecz. Tylko że kiedy po drugiej stronie stoi Argentyna, obrońca tytułu, Messi i globalna marka, zwykła kontrowersja przestaje być zwykłą kontrowersją. Nie wiemy, czy sędzia się pomylił, czy po prostu podjął trudne decyzje w trudnym meczu. Wiemy jednak, że ćwierćfinał Argentyna – Szwajcaria sprzedaje się światu znacznie lepiej niż Szwajcaria – Egipt.

I właśnie o to chodzi w całym problemie. Szwajcaria – Egipt mogłaby być piękną historią sportową, ale Argentyna – Szwajcaria jest lepszym produktem. Ma większą twarz, większy ciężar, większą narrację i znacznie większą wartość marketingową.

Kibic romantyczny powie, że najpiękniejsze są niespodzianki. Telewizja odpowie, że piękne niespodzianki też muszą się klikać. Sponsor zapyta, kto będzie w reklamach przed meczem. Platforma streamingowa sprawdzi, kto zatrzyma widza przed ekranem. A organizator turnieju doskonale wie, że Messi w ćwierćfinale to inna półka zainteresowania niż Egipt w tej fazie turnieju. Nikt nie musi tego mówić głośno. Wystarczy spojrzeć na sposób, w jaki wielki futbol od lat sprzedaje swoje największe postacie.

Podobny mechanizm widać przy sprawie Folarina Baloguna. Zawodnik USA po czerwonej kartce został dopuszczony do gry z Belgią po zawieszeniu wykonania kary, a wokół decyzji FIFA wybuchła ogromna burza. Belgowie protestowali, UEFA krytykowała, a media pisały o politycznym tle całej sytuacji.

Ostatecznie USA i tak przegrały 1:4, więc sportowo sprawa nie uratowała gospodarza. Ale to nie zmienia sedna. Gospodarz mundialu nigdy nie jest zwykłą drużyną. Gospodarz to pełne stadiony, lokalny rynek, polityczny prestiż, narodowe emocje i turniejowa atmosfera. Jeśli decyzja pomaga gospodarzowi, nawet zgodnie z jakimś paragrafem, wygląda inaczej niż taka sama decyzja wobec reprezentacji, która nie napędza całego rynku.

To jest największy problem współczesnej piłki: utrata zaufania. Kiedyś kibic kłócił się o sędziego, bo sędzia mógł źle widzieć. Dziś kibic kłóci się o system, bo ma poczucie, że sędzia, VAR, federacja, organizator, telewizja i polityka siedzą przy jednym stole.

Czasem to poczucie jest przesadzone. Czasem wynika z frustracji po porażce. Ale czasem bierze się stąd, że piłka sama przez lata pracowała na taki brak wiary. Jeśli decyzje są niejasne, regulaminy elastyczne, komunikaty spóźnione, a wielkie nazwiska zbyt często wychodzą z opresji, ludzie zaczynają łączyć kropki. Nawet wtedy, gdy tych kropek formalnie nie da się połączyć w jeden dowód.

Historia zna przykłady, które do dziś wracają przy takich rozmowach. Korea Południowa w 2002 roku to klasyka tego tematu. Gospodarz turnieju doszedł aż do półfinału, a mecze z Włochami i Hiszpanią do dziś są pamiętane przez pryzmat wielkich kontrowersji sędziowskich.

Włosi mówili o krzywdzie, Hiszpanie także czuli się ograbieni, a cały świat zobaczył historię, która dla jednych była piękną bajką gospodarza, a dla innych jednym z najbardziej podejrzanych marszów w historii mundiali. Czy Korea miała dobrą drużynę? Tak. Czy biegała, walczyła i grała z ogromną energią? Tak. Ale czy jej awans był czysty w odbiorze wszystkich kibiców? Nie. Czy Totti ma coś do powiedzenia na ten temat? Tak. I właśnie takie historie zostają z futbolem na dekady.

Jeszcze cięższym przykładem jest Argentyna z 1978 roku. Gospodarz mundialu musiał bardzo wysoko pokonać Peru, żeby awansować do finału kosztem Brazylii. Wygrał 6:0, a ten mecz do dziś funkcjonuje jako jedna z największych kontrowersji w historii mistrzostw świata.

Do tego dochodził kontekst wojskowej dyktatury, polityki, propagandy i mundialu jako narzędzia budowania wizerunku państwa. Można oczywiście powiedzieć, że Argentyna po prostu zagrała wielki mecz. Ale cień tamtego wyniku pozostał na zawsze, bo futbol w takim otoczeniu nigdy nie jest tylko futbolem. Gdy gospodarz musi wygrać wysoko i wygrywa dokładnie tak wysoko, jak trzeba, ludzie zadają pytania. I trudno im się dziwić.

Bywają też przykłady mniej mroczne, ale bardzo symboliczne. Mundial 2014, mecz Brazylia – Chorwacja. Dla gospodarza mecz się nie układa, stadion jest napięty, cały kraj patrzy, a potem przychodzi kontrowersyjny rzut karny po upadku Freda.

Chorwaci byli wściekli, Niko Kovač mówił o absurdalnej decyzji, a Brazylia wygrała. Czy to był spisek? Tego nie da się uczciwie powiedzieć. Ale znów pojawiło się pytanie, które w takich sytuacjach jest najważniejsze: czy sędzia odważyłby się zagwizdać tak samo w drugą stronę? W futbolu czasem nie trzeba dowodu na układ. Wystarczy wrażenie, że gospodarz dostał gwizdek, którego nikt inny by nie dostał.

Przed takimi turniejami nikt nie działa na ślepo. Organizatorzy, telewizje, sponsorzy i federacje doskonale wiedzą, kto przyciąga widzów, kto sprzedaje bilety, kto robi zaangażowanie w sieci, kto generuje globalną uwagę i na kogo „przychodzi się” na stadion albo przed telewizor.

To nie są czasy, w których mundial układa się tylko terminarzem i losowaniem. To są czasy danych, raportów, analiz rynku, oglądalności, zachowań kibiców i marek osobistych piłkarzy. Każda wielka impreza jest badana, mierzona i pakowana jak produkt premium.

Dlatego trudno udawać, że dla organizatora nie ma różnicy, czy w ćwierćfinale gra Argentyna, Egipt, Szwajcaria czy Kolumbia. Sportowo każda drużyna ma prawo do marzeń. Marketingowo nie każda waży tyle samo.

I tu dochodzimy do sedna. Wielki futbol lubi opowiadać o równości, ale żyje z nierówności zainteresowania. Każdy może wygrać mecz, ale nie każdy tak samo dobrze sprzeda turniej. Każdy może strzelić gola, ale nie każdy trafi na okładkę. Każdy może mieć rację w proteście, ale nie każdy zostanie wysłuchany z takim samym ciężarem.

Największe reprezentacje i gospodarze zawsze będą pod specjalnym światłem, bo wokół nich kręci się największy biznes. I nawet jeśli nikt ich oficjalnie nie przepycha, system sprawia, że każda decyzja na ich korzyść wygląda jak decyzja wygodna dla całej imprezy.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że kibice coraz częściej nie potrzebują już teorii spiskowych, żeby nie ufać turniejowi. Wystarczy im doświadczenie. Widzieli Koreę w 2002 roku, pamiętają Argentynę z 1978 roku, obserwują decyzje VAR-u, czytają o Balogunie i słyszą pretensje Egiptu po meczu z Argentyną.

Potem dostają komunikat, że wszystko odbyło się zgodnie z procedurą. Tyle że procedura to jedno, a poczucie sprawiedliwości to drugie. Futbol może mieć rację w dokumentach i jednocześnie przegrywać w oczach ludzi. A kiedy ludzie przestają wierzyć w uczciwość reguł, nawet prawidłowa decyzja zaczyna wyglądać podejrzanie.

Nie twierdzę, że faworyci zawsze są przepychani. Nie twierdzę, że sędziowie wychodzą na boisko z gotowym scenariuszem. Nie twierdzę też, że każda kontrowersja na korzyść wielkiej drużyny jest dowodem na układ.

Ale twierdzę, że futbol sam zbudował świat, w którym takie podejrzenia są naturalne. Jeśli turniej jest produktem, to produkt potrzebuje bohaterów. Jeśli produkt potrzebuje bohaterów, to odpadnięcie największych gwiazd boli nie tylko kibiców, ale również biznes. Jeśli biznes cierpi, pojawia się pytanie, czy system naprawdę jest całkowicie obojętny na to, kto awansuje. I to pytanie będzie wracać po każdym gwizdku, każdej analizie VAR-u i każdej decyzji korzystnej dla wielkich.

Wielkie turnieje czy rozgrywki nie muszą być ustawione. Niemniej jednak Argentyna – Szwajcaria brzmi lepiej niż Szwajcaria – Egipt. Gospodarz w fazie pucharowej sprzedaje się lepiej niż gospodarz przed telewizorem. Messi, Ronaldo, Brazylia, Anglia czy USA jako gospodarz to nie tylko drużyny, ale całe pakiety emocji i pieniędzy.

I dopóki piłka będzie tak wielkim biznesem, dopóty każda kontrowersja na korzyść faworyta będzie czymś więcej niż kontrowersją. Będzie pytaniem o to, czy futbol nadal jest grą, czy już widowiskiem, które trzeba jak najlepiej opakować.

Bo wielki futbol nie musi już nawet przepychać faworytów w ciemnym pokoju. Wystarczy, że stworzył świat, w którym wszyscy wiedzą, kto jest bardziej opłacalny dla turnieju. A kiedy kibic zaczyna myśleć, że opłacalność może ważyć więcej niż sprawiedliwość, wtedy nawet czysty gol, miękki karny albo decyzja VAR-u przestają być tylko elementami meczu.

Stają się częścią większej historii. Historii o sporcie, który wciąż chce uchodzić za najpiękniejszą grę świata, ale coraz częściej wygląda jak serial, w którym najważniejsi bohaterowie powinni pozostać na ekranie jak najdłużej.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej