ARTYKULY

Siemieniec-gate. Nie o kartki tu chodzi. Chodzi o granicę

Trener Jagiellonii Siemieniec przed majowym meczem z GKS-em Katowice kontaktował się przez WhatsApp z sędzią Wójcikiem. Według ujawnionej korespondencji chodziło o zawodników Jagiellonii zagrożonych pauzą za kartki i możliwość wcześniejszego zareagowania przez trenera w sytuacji, gdyby któryś z nich znalazł się blisko napomnienia. Wójcik nie prowadził tego spotkania, natomiast wiadomość miała ostatecznie dotrzeć do sędziego Raczkowskiego, który był sędzią głównym. I w tym miejscu można właściwie zakończyć część informacyjną, bo dalej zaczynają się pytania. Dużo pytań.

GKS zremisował wtedy z Jagiellonią 2:2, a jedyną żółtą kartkę po stronie białostoczan zobaczył Jesus Imaz. A teraz wyobraźmy sobie sytuację odwrotną. Trener rywala Jagiellonii, np. Górak, przed meczem pisze prywatnie do znajomego sędziego i prosi o przekazanie czegoś arbitrowi głównemu. Nie prosi o karnego. Nie prosi o czerwoną kartkę. Nie oferuje pieniędzy. Chce tylko, żeby sędzia „miał na uwadze” konkretną sytuację dotyczącą jego zawodników. Naprawdę uwierzylibyśmy, że w Białymstoku wszyscy powiedzieliby: „Spokojnie, przecież to nic takiego”? Mam poważne wątpliwości.

Futbol jest środowiskiem, w którym każdy spalony o pięć centymetrów przez trzy dni analizowany jest z siedemnastu kamer. Tym bardziej powinno się pilnować rzeczy, które tworzą choćby pozór nierównego dostępu. Bo problemem nie jest wyłącznie to, czy Siemieniec chciał coś ugrać. Problemem jest również to, że w ogóle powstała sytuacja, w której można dziś takie pytanie zadawać.

Prawda jest taka, że ludzie w piłce się znają. Trenerzy znają sędziów, sędziowie trenerów, byli piłkarze pracują w klubach, byli arbitrzy zostają ekspertami, wszyscy co tydzień spotykają się na tych samych stadionach. Nie udawajmy, że przed meczem każdy arbiter nie rozmawia z nikim ze środowiska. To byłoby równie sztuczne jak przekonywanie, że piłkarze dwóch przeciwnych drużyn nie mogą się przyjaźnić.

Ale właśnie dlatego istnieją granice. Można znać sędziego prywatnie i jednocześnie rozumieć, że przed konkretnym meczem pewnych tematów się z nim nie porusza. Można wypić kawę pół roku wcześniej, można spotkać się na konferencji, można wymienić kilka zdań po sezonie. Ale jeśli za chwilę grasz o punkty, niemałe pieniądze i miejsce w Europie, to rozmowa o tym, jak arbiter ma potraktować twoich zawodników, przestaje być niewinną pogawędką typu „co u ciebie?”.

Zresztą sami sędziowie funkcjonują w systemie, który doskonale rozumie znaczenie takich kontaktów. Konwencja Sędziowska PZPN nakłada na arbitrów obowiązek powstrzymywania się od kontaktów z przedstawicielami klubów klasy rozgrywkowej, w której prowadzą zawody, a także informowania odpowiednich organów o próbach takiego kontaktu. Dokument bardzo szczegółowo reguluje nawet kontakty na stadionie i wskazuje sytuacje, w których komunikacja jest dopuszczalna.

I właśnie dlatego argument „przecież tylko napisał” jest dla mnie wyjątkowo słaby. Przecież większość zasad etycznych nie powstała po to, aby karać wyłącznie spektakularne przekręty. Powstały po to, żeby do sytuacji dwuznacznych w ogóle nie dochodziło. Jeśli trener potrzebuje wyjaśnienia przepisów, istnieją oficjalne kanały. Jeśli chce wiedzieć, jak interpretowane są określone zachowania, również można to zrobić oficjalnie. Prywatny WhatsApp do człowieka ze środowiska sędziowskiego przed ważnym meczem? Albo naiwność, albo kunktatorstwo.

Czy robimy więc z Siemieńca drugiego „Fryzjera”? Absolutnie nie. I właśnie tutaj warto ostudzić wszystkich, którzy już poczuli zapach wielkiej afery korupcyjnej. Nie mamy materiału, który pozwalałby mówić o ustawianiu spotkania. Nie mamy podstaw, żeby twierdzić, że Raczkowski sędziował pod Jagiellonię. Nie mamy również podstaw, aby po końcowym 2:2 doklejać do każdego gwizdka teorię spiskową. Co więcej, Jagiellonia tego dnia wcale nie dostała jakiegoś absurdalnego prezentu w postaci absolutnej ochrony przed kartkami.

Ale właśnie z tego powodu sprawa jest ciekawsza niż prosty skandal z kopertą. Tutaj dyskutujemy nie o przestępstwie, ale o standardach. O tym, czy w zawodowej piłce dopuszczamy załatwianie „małych rzeczy” przez prywatne znajomości. Bo wielkie patologie bardzo rzadko zaczynają się od wielkich rzeczy. Najczęściej zaczynają się od zdania: „Przecież nic takiego się nie stało”.

I Siemieńca można przy tym jednocześnie krytykować i bronić. Krytykować, bo trener na tym poziomie powinien wiedzieć, że pewnych drzwi zwyczajnie się nie otwiera. Nie piszesz przed meczem do sędziego ani do jego kolegi o kwestii, która może dotyczyć decyzji arbitra w tym konkretnym spotkaniu. Koniec i kropka. Nie trzeba do tego 321 stron regulaminu. Z drugiej strony byłoby nieuczciwe robić z człowieka, który nigdy wcześniej nie podpadł żadną podobną głupotą. Jedno głupie zachowanie nie kasuje przecież całego dorobku trenerskiego. Ale chyba od najlepszych powinno wymagać się więcej, a nie mniej. Prawda?

Polscy sędziowie zresztą wiedzą doskonale, jak szybko jedna historia może przykleić się do człowieka na lata. W 2024 roku Bartosz Frankowski i Tomasz Musiał przed meczem eliminacji Ligi Mistrzów w Lublinie skończyli na izbie wytrzeźwień po nocnym incydencie ze znakiem drogowym. Komisja Dyscyplinarna PZPN później ukarała obu roczną dyskwalifikacją, z czego siedem miesięcy zawieszono, oraz karami finansowymi po 25 tys. zł. Historia była kompromitująca, absurdalna i niemal gotowa pod scenariusz polskiej komedii. Tylko paradoksalnie ze sportowego punktu widzenia była prostsza. Dwóch facetów zachowało się skrajnie nieprofesjonalnie poza boiskiem i poniosło konsekwencje. Tutaj dotykamy materii znacznie bardziej delikatnej, bo mówimy o relacji trener–sędzia i meczu o realną stawkę.

Najgorsze, co może teraz zrobić polska piłka, to przejść nad wszystkim do porządku dziennego i uznać, że skoro nie znaleziono walizki pieniędzy, to temat właściwie nie istnieje. Nie. Właśnie takie przypadki powinny kończyć się jasnym komunikatem: co dokładnie się wydarzyło, kto kogo poinformował, kiedy poinformował, jak zareagowały struktury sędziowskie i czy regulaminy zadziałały tak, jak powinny.

Nie po to, żeby publicznie wieszać Siemieńca na Rynku Kościuszki w stolicy Podlasia. Po to, żeby następny trener, który w podobnej sytuacji weźmie telefon do ręki, wiedział, że lepiej go odłożyć. Transparentność nie jest zemstą. Jest ochroną trenerów, sędziów, klubów i przede wszystkim samej ligi. Bo jeśli federacja nie wyjaśnia takich tematów do końca, Internet zrobi to za nią. A Internet zawsze ma prostszą wersję wydarzeń, zawsze zna winnego i zazwyczaj potrzebuje kilkunastu sekund na wydanie wyroku.

Dlatego dla mnie „Siemieniec-gate” jest jednocześnie burzą w szklance wody i sprawą bardzo poważną. Burzą w szklance wody, jeśli ktoś próbuje na podstawie tej korespondencji opowiadać o ustawionym meczu, skorumpowanym arbitrze czy wielkim spisku mającym zagwarantować Jadze sukces. Na takie tezy nie ma dziś podstaw. Poważną sprawą, jeśli patrzymy na standard, który chcemy mieć w zawodowym futbolu.

Trener może prosić zawodnika o więcej pressingu. Może prosić zarząd o transfer. Może prosić kibiców o doping. Nie powinien natomiast szukać prywatnej ścieżki do człowieka, który za chwilę ma współdecydować o tym, gdzie kończy się zwykły faul, a zaczyna żółta kartka. Nawet jeśli jego intencją było tylko lepsze zarządzanie własnym zespołem. Przecież od czego jest trener?

Jaki będzie finał tej sprawy? Zawieszenie licencji? Kara finansowa? Czy takie polskie: „nic się nie stało”?

FAQ

O co chodzi w sprawie Adriana Siemieńca i kontaktu z sędzią?

Według ujawnionej korespondencji trener Jagiellonii Białystok Adrian Siemieniec kontaktował się przed meczem z GKS-em Katowice z sędzią Wójcikiem. Tematem mieli być zawodnicy Jagiellonii zagrożeni zawieszeniem za żółte kartki. Wiadomość miała następnie dotrzeć do Pawła Raczkowskiego, który prowadził spotkanie.

Czy są dowody, że mecz Jagiellonia – GKS Katowice został ustawiony?

Nie. Sama ujawniona korespondencja nie jest dowodem na ustawienie meczu ani na korupcję sędziowską. Kontrowersje dotyczą przede wszystkim standardów kontaktów pomiędzy trenerami a środowiskiem sędziowskim przed spotkaniem o punkty.

Czy Adrian Siemieniec może zostać ukarany?

To zależy od ustaleń odpowiednich organów i interpretacji przepisów oraz regulaminów obowiązujących w polskiej piłce. Kluczowe będzie ustalenie charakteru kontaktu, sposobu przekazania wiadomości oraz tego, czy doszło do naruszenia obowiązujących zasad.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

PIŁKARSKI POJEDYNEK

Kto jest lepszy?

Wybierz jedną kartę i zobacz wynik głosowania.

NA BIEŻĄCO

Najnowsze publikacje

Zobacz wszystkie →