ARTYKULY

Słowo na niedzielę: Co sezon nowa akademia. Jak dorośli fundują dzieciom piłkarską karuzelę

Nowy sezon, nowe nadzieje. W klubach pojawiają się nowe grafiki treningów, nowe nabory, nowe grupy, nowe komplety treningowe i nowe obietnice. Rodzice sprawdzają harmonogramy, pytają o trenerów, godziny, składki, turnieje i poziom drużyny. Dzieci wracają na boiska po wakacjach, często z energią, radością i prostym pragnieniem, żeby po prostu grać.

A gdzieś obok tego wszystkiego zaczyna się coroczna piłkarska giełda: kto gdzie przeszedł, kto zmienił akademię, kto poszedł do większego klubu, jaki rocznik i gdzie się rozpadł, kto wrócił, kto „szuka czegoś lepszego”, kto „już się nie rozwija”…

Serio. Tak jest.

W piłce dziecięco-młodzieżowej coraz częściej widzimy zjawisko, które jeszcze kilka lat temu nie było aż tak powszechne. Dziecko ma 10 lat, a już w jego krótkim piłkarskim CV są trzy akademie, czterech trenerów i ciągłe szukanie. Jeden sezon tu, jedna runda tam, potem większy klub, potem powrót, potem „lepszy projekt”, potem kolega przeszedł gdzie indziej, więc może my też.

Dorośli nazywają to szukaniem najlepszego środowiska. Czasami naprawdę tak jest. Ale bardzo często nie jest to żadna świadoma ścieżka rozwoju. To karuzela ambicji, nerwów, porównań i niespełnionych oczekiwań.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że są różni rodzice. Są tacy, którym naprawdę zależy na rozwoju dziecka. Patrzą na trening, atmosferę, kontakt z trenerem, na to, czy dziecko się rusza, czy robi postępy, czy ma radość, czy uczy się współpracy, odwagi i samodzielności. Nie pytają po każdym meczu tylko o wynik, nie liczą obsesyjnie bramek, nie porównują syna albo córki z kolegą z drużyny. Wiedzą, że dziecko nie musi zostać piłkarzem, ale dobrze, żeby było sprawne, pewne siebie, aktywne i żeby nauczyło się regularnej pracy. Dla takich rodziców akademia jest miejscem rozwoju, a nie trampoliną do WIELKIEJ PIŁKI.

Są jednak też rodzice z drugiego bieguna. Tacy, którzy od najmłodszych lat widzą tabelę, punkty, gole, minuty, pozycję i „poziom ligi”. Ich dziecko nie jest po prostu dzieckiem, które trenuje piłkę, tylko projektem sportowym w budowie. Po każdym meczu jest analiza: ile grało, na jakiej pozycji, dlaczego zeszło, czemu nie strzelało karnych, czemu trener wystawił kogoś innego, czemu drużyna przegrała, czemu w innym klubie rocznik gra „lepsze turnieje”. W takim domu piłka bardzo szybko przestaje być zabawą, a zaczyna przypominać małą korporację wyników. I gdy tylko coś nie pasuje, pojawia się pierwsza myśl: trzeba zmienić akademię.

Oczywiście są sytuacje, w których zmiana klubu jest potrzebna. Jeśli dziecko nie ma dobrego kontaktu z trenerem, jeśli grupa jest źle prowadzona, jeśli nie ma żadnego rozwoju, jeśli atmosfera jest toksyczna, jeśli dziecko nie czuje się bezpiecznie albo treningi są zwyczajnie byle jakie – wówczas rodzic ma prawo reagować. Nikt nie powinien trzymać dziecka w miejscu, które odbiera mu radość, pewność siebie albo chęć do sportu.

Są też dzieci, które sportowo wyraźnie wyrastają ponad swoje środowisko i potrzebują większych wyzwań. Taka zmiana, dobrze przemyślana, spokojna i skonsultowana, może być czymś dobrym i rozwijającym.

Problem zaczyna się wtedy, gdy zmiana akademii staje się odruchem.

Gorszy miesiąc? Zmieniamy. Mniej minut? Zmieniamy. Trener postawił dziecko na innej pozycji? Zmieniamy. Kolega przeszedł do większego klubu? Zmieniamy. Drużyna przegrała turniej? Zmieniamy. Dziecko nie jest już najlepsze w grupie? Zmieniamy.

I tak dorośli uczą młodego zawodnika, że na każdą trudność odpowiedzią jest ucieczka. Nie cierpliwość. Nie rozmowa. Nie praca. Nie zrozumienie procesu. Tylko kolejna torba, kolejny herb, kolejny trener i kolejna obietnica, że teraz będzie lepiej.

A przecież rozwój dziecka nie jest prostą linią. Są momenty szybszego postępu i momenty przestoju. Są dzieci, które wcześnie rosną i dominują fizycznie, a później inni je doganiają. Są dzieci, które długo są ciche, niepewne i ostrożne, a potem nagle zaczynają grać odważniej. Są takie, które potrzebują czasu, stabilnej relacji i spokojnego środowiska.

Jeśli co kilka miesięcy zmieniamy im klub, trenera, grupę i zasady, to sami zabieramy im coś bardzo ważnego: poczucie ciągłości. Dziecko nie zdąży zbudować relacji, zaufania i komfortu, bo zanim wejdzie w proces, już jest pakowane do kolejnego „lepszego projektu”.

Wielu rodziców myli zmianę środowiska z rozwojem. Sam fakt, że dziecko poszło do większej akademii, nie oznacza, że zrobiło krok do przodu. Większy herb nie uczy automatycznie lepszego przyjęcia piłki. Ładniejszy dres nie poprawia decyzyjności. Bardziej znana nazwa nie gwarantuje mądrzejszego trenera. Czasem dziecko w mniejszym klubie dostaje więcej minut, więcej odpowiedzialności, więcej korekty i więcej odwagi. A w większej akademii staje się jednym z trzydziestu, walczy o miejsce w grupie, gra mniej i szybko dowiaduje się, że jest potrzebne głównie wtedy, gdy daje wynik.

Często największy problem pojawia się wtedy, gdy dziecko przestaje być najlepsze. W małej grupie było gwiazdą. Strzelało po kilka goli, rodzice słyszeli pochwały, trenerzy mówili, że „fajnie wygląda”, koledzy grali pod nie. Potem trafia do mocniejszej akademii i nagle okazuje się, że takich dzieci jest więcej. Już nie jest wyjątkowe co tydzień. Już nie gra wszystkiego. Już musi walczyć o pozycję.

I wtedy zaczyna się prawdziwy test – nie tylko dziecka, ale przede wszystkim rodzica. Bo można wtedy nauczyć dziecko cierpliwości, pokory i pracy. Albo można powiedzieć: „Tu cię nie doceniają, szukamy dalej”.

Właśnie w ten sposób powstaje piłkarska karuzela. Dziecko krąży między akademiami, a dorośli za każdym razem tworzą nową opowieść. W jednym klubie trener był za mało wymagający. W drugim – za bardzo wymagający. W trzecim było za dużo dzieci. W czwartym za mało turniejów i meczów. W piątym dziecko grało nie na tej pozycji. W szóstym poziom był za niski. W siódmym konkurencja była za duża. Zawsze znajdzie się powód.

Tylko że po kilku takich zmianach warto zadać niewygodne pytanie: czy naprawdę za każdym razem problem był w klubie?

Dzieci uczą się przez obserwację. Jeśli rodzic stale szuka winnych na zewnątrz, dziecko też zaczyna tak myśleć. Jeśli każda trudność kończy się zmianą akademii, dziecko nie uczy się radzenia sobie z trudnością. Jeśli trener, który wymaga, od razu staje się „problemem”, dziecko zaczyna kojarzyć wymagania z krzywdą. Jeśli mniej minut oznacza natychmiastową zmianę klubu, dziecko nie uczy się walczyć o miejsce. Jeśli po porażce słyszy, że „tu nic z ciebie nie będzie”, to przestaje ufać procesowi. A bez zaufania nie ma rozwoju.

Nie chodzi o to, żeby ślepo siedzieć w jednym miejscu przez lata. Lojalność wobec klubu nie może być ważniejsza niż dobro dziecka. Ale dobro dziecka nie zawsze oznacza natychmiastową zmianę po pierwszym rozczarowaniu. Czasem dobrem dziecka jest zostanie, przepracowanie słabszego momentu, rozmowa z trenerem, zrozumienie swojej roli i nauczenie się, że sport nie zawsze głaszcze po głowie. Czasem trzeba przestać pytać, gdzie dziecku będzie łatwiej, a zacząć pytać, gdzie będzie mądrzej prowadzone.

Rodzic powinien przed zmianą akademii zadać sobie kilka prostych pytań. Czy dziecko naprawdę chce zmiany, czy to ja jestem rozczarowany? Czy problem dotyczy rozwoju, bezpieczeństwa i jakości treningu, czy tylko minut, bramek i wyniku? Czy rozmawiałem z trenerem spokojnie, bez pretensji i gotowych oskarżeń? Czy dałem dziecku czas, żeby poradziło sobie z trudniejszym momentem? Czy szukam lepszego środowiska, czy lepszego samopoczucia dla siebie?

To trudne pytania, ale bez nich bardzo łatwo pomylić troskę z ambicją.

Najgorsze jest to, że ta karuzela często zabiera dziecku radość. Zamiast cieszyć się treningiem, zaczyna czuć, że ciągle jest oceniane. Zamiast budować relacje z kolegami, co chwilę wchodzi do nowej szatni. Zamiast ufać trenerowi, uczy się, że każdy trener jest tylko tymczasowy. Zamiast rozwijać się spokojnie, zaczyna żyć w napięciu, że jeśli nie będzie wystarczająco dobre, za chwilę znowu trzeba będzie coś zmieniać.

A przecież dzieciństwo w sporcie powinno mieć w sobie rytm, bezpieczeństwo i czas. Nie ciągły casting.

Piłka dziecięca potrzebuje cierpliwości. Potrzebuje rodziców, którzy rozumieją, że rozwój to nie zawsze tabela i liczba goli. Potrzebuje trenerów, którzy potrafią rozmawiać z rodzicami i jasno tłumaczyć proces. Potrzebuje klubów, które nie obiecują cudów po paru miesiącach. Potrzebuje środowiska, w którym dziecko nie jest przenoszone jak zawodnik na rynku transferowym, tylko prowadzone jak młody człowiek.

Bo dziesięciolatek nie potrzebuje co sezon nowej akademii. Często potrzebuje po prostu stabilności, dobrego trenera i dorosłych, którzy przestaną mylić własny niepokój z troską o jego rozwój.

Na końcu najważniejsze jest jedno: dziecko nie jest transferem. Ale o tym już pisałem. Należy jednak wytłuścić jeszcze raz wielkimi literami, że:

DZIECKO NIE JEST PROJEKTEM DO PRZESUWANIA MIĘDZY HERBAMI.

Nie jest tabelą bramek, minut i punktów. Jest młodym człowiekiem, który dopiero uczy się sportu, emocji, pracy, porażki i relacji. Jeśli naprawdę chcemy mu pomóc, nie fundujmy mu co sezon piłkarskiej przeprowadzki tylko dlatego, że dorosłym znowu wydaje się, że gdzie indziej trawa jest bardziej zielona.

Czasami najlepszą decyzją nie jest kolejna zmiana. Czasami najlepszą decyzją jest dać dziecku czas.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

NA BIEŻĄCO

Najnowsze publikacje

Zobacz wszystkie