ARTYKULY

Słowo na niedzielę: Ekwiwalent za wyszkolenie. Gdy dziecko zmienia klub, zaczynają się pieniądze

Idzie nowy sezon, a razem z nim wraca temat, który w piłce dziecięco-młodzieżowej potrafi zapalić więcej emocji niż niejeden piękny gol w doliczonym czasie. Zawodnik chce przejść do innego klubu. Rodzic mówi, że dziecko szuka lepszego środowiska. Nowa akademia chce go zgłosić. Stary klub przypomina, że zawodnik skończył już 12 lat, był u nich szkolony, trenerzy poświęcili mu czas, klub ponosił koszty, więc za wyszkolenie należą się pieniądze. I nagle dziecięca piłka, która miała być o rozwoju, treningu i radości z gry, wchodzi w świat tabel, współczynników, mnożników, deklaracji, Extranetu i rozmów, które bardzo często kończą się jednym pytaniem: kto ma za to zapłacić?

To jest temat niewygodny, bo ma dwie prawdy. Nic w tej kwestii nie jest czarno-białe. Ale kto jest winny tego stanu rzeczy?

Pierwsza prawda jest klubowa. Małe akademie i lokalne kluby naprawdę ponoszą koszty szkolenia. Wynajmują boiska, płacą trenerom, zgłaszają drużyny do rozgrywek, organizują mecze, pilnują formalności oraz przez kilka lat uczą zawodnika podstaw, także wychowania. Jeżeli potem większy klub przychodzi po gotowego, wyróżniającego się chłopaka albo dziewczynę, trudno dziwić się małej akademii, że nie chce być darmowym przedszkolem piłkarskim dla większych struktur. W świecie, w którym wszyscy mówią o szkoleniu, ktoś musi też zapłacić za tych, którzy szkolą na samym dole.

Druga prawda leży po stronie rodziców. Formalnie ekwiwalent za wyszkolenie to opłata, którą klub pozyskujący płaci klubowi odstępującemu, czyli nie powinien być rachunkiem wystawionym mamie albo tacie. Uchwała PZPN definiuje ekwiwalent jako opłatę za wyszkolenie i rozwój zawodnika wolnego, którą klub pozyskujący ma zapłacić klubowi odstępującemu. Ale praktyka często wygląda inaczej. Nowy klub mówi rodzicowi: „My chętnie weźmiemy dziecko, ale ekwiwalentu nie pokrywamy”. Stary klub mówi: „Bez ekwiwalentu nie ma tematu”. I wtedy ciężar, który w teorii powinien być między klubami, psychologicznie i finansowo ląduje na rodzicu. Rodzic zostaje między marzeniem dziecka a rachunkiem, którego często wcześniej nikt mu jasno nie wytłumaczył.

Największy problem polega na tym, że wielu rodziców o ekwiwalencie dowiaduje się dopiero wtedy, gdy chce zmienić klub. Przez kilka lat dziecko trenuje, płaci składkę, gra mecze, jeździ na turnieje, a temat pieniędzy za wyszkolenie pojawia się nagle, przy zmianie barw. Rodzic czuje się zaskoczony. Czasem mówi: „Przecież płaciłem składki, więc za co jeszcze?”. Klub odpowiada: „Składka nie pokrywa całego kosztu szkolenia, a regulamin przewiduje ekwiwalent”. I obie strony mają swoje argumenty. Zdarza się nierzadko, że składka nie pokrywa realnych kosztów funkcjonowania klubu, ale rodzic też ma prawo oczekiwać przejrzystości od pierwszego dnia. Jeśli dziecko po ukończeniu 12 lat wchodzi w system, w którym zmiana klubu może rodzić konkretne pieniądze, rodzic powinien wiedzieć o tym od razu, a nie przy zmianie klubu.

Technicznie zasady są dość proste, choć dla przeciętnego rodzica brzmią jak skomplikowana księgowość. Wzór PZPN jest następujący: E = L × W × M. E to należna kwota ekwiwalentu, L to okres rejestracji zawodnika w klubie, W to współczynnik bazowy kategorii wiekowej, a M to mnożnik zależny od kategorii klasy rozgrywkowej właściwej sekcji klubu pozyskującego. Pełny rok kalendarzowy szkolenia liczy się jako 1, a niepełny rok liczy się proporcjonalnie według liczby dni szkolenia w danym roku. To ważne, bo przy dzieciach rzadko mamy idealne, pełne lata od stycznia do grudnia. Bardzo często trzeba liczyć konkretne dni rejestracji.

Współczynniki bazowe też są jasno określone. Dla wieku 12–14 lat wynoszą 500 zł netto, dla wieku 15–18 lat – 2000 zł netto, a dla wieku 19–21 lat – 3000 zł netto. Czyli najtańszy jest pierwszy etap po ukończeniu 12 lat, ale już okres 15–18 robi się dla klubów i rodziców dużo poważniejszy finansowo. Jeżeli zawodnik był w klubie w różnych kategoriach wiekowych, liczenie odbywa się osobno dla każdej kategorii i dopiero potem kwoty się sumuje. To oznacza, że zawodnik szkolony długo, np. od 12. do 17. roku życia, może wygenerować już nie symboliczną, ale odczuwalną kwotę.

Najwięcej emocji budzi mnożnik. Po zmianach obowiązujących od 1 września 2024 roku liczy się kategoria klasy rozgrywkowej właściwej sekcji klubu pozyskującego. Mnożnik wynosi: 6 dla Ekstraklasy, 3 dla I ligi, II ligi i Ekstraligi kobiet, 1 dla III ligi, I i II ligi kobiet oraz klubów uczestniczących wyłącznie w rozgrywkach juniorów chłopców dowolnej kategorii wiekowej, 0,5 dla IV ligi, klasy okręgowej i wskazanych rozgrywek kobiecych oraz futsalowych, a 0 dla A, B i C klasy oraz pozostałych klas futsalu w sytuacji pozyskania zawodnika z klubu V kategorii. I właśnie tu zaczynają się niuanse, które dla małych akademii są bardzo ważne.

Wyobraźmy sobie pierwszy przykład. Chłopak kończy 12 lat, trenuje w małej akademii przez dwa pełne lata kalendarzowe w kategorii 12–14, a potem chce przejść do akademii, która ma tylko drużyny młodzieżowe. Mamy więc: L = 2, W = 500 zł, M = 1. Ekwiwalent: 2 × 500 × 1 = 1000 zł netto. Dla dużego klubu to drobna kwota. Dla małej akademii to już pieniądz, który może pokryć część wynajmu boiska, sprzętu albo opłaty za rozgrywki. Dla rodzica, jeśli nowy klub nie chce tego wziąć na siebie, to nagle realny koszt zmiany środowiska.

Drugi przykład: zawodnik był szkolony trzy pełne lata w wieku 12–14 i przechodzi do klubu, którego właściwa sekcja jest w I lub II lidze. Wtedy liczymy: 3 × 500 × 3 = 4500 zł netto. Jeśli ten sam zawodnik trafiłby do klubu Ekstraklasy, mnożnik wyniósłby 6, więc byłoby: 3 × 500 × 6 = 9000 zł netto. I tu łatwo zrozumieć perspektywę małego klubu. Jeżeli większa organizacja wyciąga zawodnika, którego ktoś przez kilka lat uczył, prowadził i rozwijał, to ekwiwalent nie jest „karą za odejście”. Jest mechanizmem rekompensaty za wcześniejszą pracę.

Trzeci przykład jest bliższy realiom starszej młodzieży. Zawodnik trenuje w małym klubie przez dwa pełne lata w wieku 15–16 i przechodzi do akademii grającej wyłącznie w rozgrywkach juniorów. Wtedy mamy: 2 × 2000 × 1 = 4000 zł netto. Jeśli przechodzi do I- lub II-ligowego klubu, robi się 12 000 zł netto. Jeśli do Ekstraklasy – 24 000 zł netto. I teraz wyobraźmy sobie rodzica piętnastolatka, który słyszy od nowego klubu: „Dziecko nam się podoba, ale ekwiwalent musicie załatwić sami”. Formalnie to nie jest jego obowiązek. Praktycznie bardzo często staje przed wyborem: albo płaci, albo dziecko nie przechodzi.

Czwarty przykład pokazuje, dlaczego małe akademie czasem tak nerwowo reagują na odejścia po ukończeniu 12 lat. Weźmy zawodnika, który trafił do klubu w wieku 12 lat i był szkolony przez cztery pełne lata: dwa lata w kategorii 12–14 i dwa lata w kategorii 15–18. Chce przejść do klubu wyłącznie juniorskiego. Liczymy osobno: 2 × 500 × 1 = 1000 zł oraz 2 × 2000 × 1 = 4000 zł, razem 5000 zł netto. Jeśli tym klubem byłby klub z I lub II ligi, mnożnik 3 daje 15 000 zł netto. Jeśli klub Ekstraklasy, mnożnik 6 daje 30 000 zł netto. To już nie są pieniądze „na piłki”. To jest realna pozycja w budżecie małego klubu.

Oczywiście przepisy mają też ograniczenia. Ekwiwalent przysługuje za zawodnika wolnego przed zakończeniem roku, w którym kończy 24 lata, któremu wygasł kontrakt lub deklaracja gry amatora, i obejmuje okres szkolenia pomiędzy rokiem, w którym ukończył 12 lat, a rokiem, w którym ukończył 21 lat. Są również sytuacje, w których ekwiwalent nie przysługuje, np. przy zmianie z klubu V kategorii do klubu V kategorii albo gdy zmiana następuje po upływie 12 miesięcy od wygaśnięcia kontraktu lub deklaracji gry amatora. W przypadku zawodników w wieku 22–24 lat działa amortyzacja: 75% w roku ukończenia 22 lat, 50% w roku ukończenia 23 lat, a od roku ukończenia 24 lat – 0%. Dla dzieci i młodzieży najważniejsze jest jednak to, że po ukończeniu 12 lat okres szkolenia zaczyna mieć wymierną wartość finansową.

I teraz trzeba wrócić do sedna: czy to dobrze, czy źle? Dla klubu – dobrze, bo bez takiego mechanizmu małe akademie byłyby jeszcze bardziej bezbronne. Wyobraźmy sobie klub, który przez cztery lata prowadzi chłopaka. Trenerzy uczą go techniki, zasad gry, zachowania na boisku, rywalizacji, odpowiedzialności, dyscypliny. Klub daje mu mecze, minuty, rozwój i cierpliwość. Potem pojawia się większa akademia, mówi rodzicowi: „U nas będzie lepiej” i zabiera zawodnika bez żadnej rekompensaty. Taki system premiowałby wyłącznie silniejszych. Mały klub miałby szkolić, większy miałby zbierać owoce. Ekwiwalent jest więc próbą powiedzenia: praca na dole piramidy też ma wartość.

Ale dla rodzica sprawa wygląda inaczej. Rodzic często widzi dziecko, nie system. Widzi syna albo córkę, którzy chcą spróbować w innym miejscu. Czasem naprawdę potrzebują zmiany, bo w obecnym klubie stoją w miejscu. Czasem mają konflikt z trenerem. Czasem grupa się rozpadła i klub nie ma już rocznika. Czasem dziecko sportowo wyrosło z otoczenia. A wtedy pojawia się bariera pieniędzy. Rodzic pyta: dlaczego rozwój mojego dziecka ma zależeć od tego, czy ktoś zapłaci kilka tysięcy złotych? Dlaczego klub, który pobierał składki, jeszcze teraz blokuje przejście? Dlaczego większa akademia chce zawodnika, ale nie chce zapłacić za jego wyszkolenie?

Najgorsze jest przerzucanie odpowiedzialności. Klub odstępujący mówi: „Nam się należy”. Klub pozyskujący mówi: „Nie mamy budżetu na ekwiwalent”. Rodzic słyszy: „Jak państwu zależy, trzeba zapłacić”. I wtedy mechanizm, który miał chronić szkolące kluby, zaczyna działać jak nieformalna opłata za marzenie dziecka. To nie powinno tak wyglądać.

Jeśli klub pozyskujący naprawdę chce zawodnika, powinien rozmawiać z klubem odstępującym i brać odpowiedzialność za koszt. Jeśli nie chce zapłacić nawet podstawowego ekwiwalentu, to warto zadać pytanie, czy naprawdę widzi w dziecku potencjał, czy tylko chce tanio sprawdzić kolejnego zawodnika. Raczej to drugie, najczęściej jako uzupełnienie drugiego albo i trzeciego składu.

Jest jeszcze jeden problem: ekwiwalent może być używany rozsądnie albo jako kij. Rozsądnie – gdy klub spokojnie wylicza kwotę, przedstawia podstawę, pokazuje okres rejestracji, współczynnik, mnożnik i rozmawia. Jako kij – gdy klub nagle straszy ogromnymi kwotami, utrudnia odejście, miesza rodzicowi w głowie, nie tłumaczy zasad i traktuje dziecko jak własność. Dziecko nie jest własnością klubu. Nie jest też darmowym produktem dla większej akademii. Jest młodym człowiekiem, którego rozwój powinien być ważniejszy niż ambicje dorosłych. Ekwiwalent ma rekompensować szkolenie, ale nie powinien być narzędziem blokowania drogi.

Recepta? Po pierwsze, przejrzystość od początku. Każdy rodzic dziecka po ukończeniu 12 lat powinien dostać prostą informację: czym jest deklaracja gry amatora, kiedy może powstać ekwiwalent, jak się go liczy i kto formalnie powinien go zapłacić. Bez ukrywania, bez straszenia, bez wyciągania tematu dopiero wtedy, gdy dziecko chce odejść. Po drugie, klub pozyskujący powinien brać odpowiedzialność za zawodnika, którego chce. Jeśli większa akademia naprawdę uważa, że dziecko jest warte zaproszenia, to niech nie przerzuca całego ciężaru na rodzica. To naprawdę chora sytuacja. Po trzecie, kluby odstępujące powinny liczyć uczciwie, bez zawyżania i bez robienia z ekwiwalentu zemsty za odejście.

Po czwarte, potrzebna jest kultura rozmowy między klubami. Zamiast wojny mailowej, blokowania, straszenia i obrażania się, powinno być normalne pismo: okres rejestracji, kategoria wiekowa, mnożnik klubu pozyskującego, wyliczenie i propozycja porozumienia. Jeśli nie ma porozumienia, przepisy przewidują, że organem właściwym do określenia wysokości ekwiwalentu jest Piłkarski Sąd Polubowny PZPN, a postępowanie może być wszczęte na wniosek jednego z zainteresowanych klubów nie później niż 24 miesiące od zmiany przynależności. To też jest ważne: spór o pieniądze nie powinien zamieniać dziecka w zakładnika ambicji dorosłych.

Po piąte, małe akademie muszą same dbać o jakość, bo ekwiwalent nie może być automatyczną nagrodą za sam fakt posiadania dziecka w systemie. Jeżeli klub naprawdę szkolił, prowadził, rozwijał, dawał opiekę trenerską i środowisko, ma mocny argument moralny. Jeśli jednak klub był przechowalnią, brał składki, wrzucał trzydziestu chłopaków na jednego trenera i przypomniał sobie o zawodniku dopiero przy transferze, to trudno dziwić się rodzicom, że czują niesmak. Ekwiwalent powinien iść za realnym szkoleniem, a nie za samym stemplem w Extranecie.

I taki rodzic, na którego barki zrzucony został ekwiwalent, powinien sam siebie uczciwie zapytać: czy naprawdę uważam, że klub, z którego odchodzi moje dziecko, nie zasługuje na żadną rekompensatę za lata szkolenia? Czy przez ten czas trenerzy nie poświęcali mu godzin swojej pracy, klub nie zapewniał boisk, sprzętu, meczów i warunków do rozwoju? Czy gdy moje dziecko zrobiło sportowy krok do przodu i zainteresował się nim większy klub, potrafię dostrzec, że część tego sukcesu jest również efektem pracy ludzi, których właśnie zostawia? Można krytykować wysokość ekwiwalentu, sposób jego naliczania czy przerzucanie kosztu na rodzica. Ale czym innym jest spór o zasady, a czym innym udawanie, że wcześniejsze szkolenie nie miało żadnej wartości.

Na końcu trzeba powiedzieć najważniejsze: ekwiwalent jest potrzebny, ale musi być używany mądrze. Bez niego małe kluby byłyby jeszcze bardziej drenowane przez większe akademie. Z nim – jeśli jest źle stosowany – rodzice mogą czuć, że rozwój dziecka został obciążony fakturą. To właśnie dwie strony medalu. Klub ma prawo chronić swoją pracę. Rodzic ma prawo walczyć o najlepszą drogę dla dziecka. Nowy klub ma obowiązek nie udawać, że chce zawodnika, ale już nie chce kosztów jego wcześniejszego szkolenia.

Idzie sezon. Będą przejścia, telefony, rozmowy, emocje, rozczarowania i marzenia o większej akademii. Dlatego warto o ekwiwalentach mówić spokojnie, zanim pojawi się konflikt. Nie po to, żeby straszyć rodziców. Nie po to, żeby blokować dzieci. I nie po to, żeby małe kluby robiły z zawodników źródło przychodu. Tylko po to, żeby wszyscy zrozumieli prostą rzecz: szkolenie kosztuje, rozwój kosztuje, ale dziecko nie może być zakładnikiem rachunku. Jeśli system ma być uczciwy, musi jednocześnie chronić pracę małych klubów i nie zamykać dzieciom drogi do dalszego rozwoju.

Może więc zamiast po raz kolejny zastanawiać się, kto ma zapłacić, warto zadać inne pytanie: czy nie czas zmienić samych przepisów? Ekwiwalent za wyszkolenie nie jest przecież prawem natury. To mechanizm stworzony przez środowisko piłkarskie i zapisany w regulacjach PZPN, które już wcześniej były zmieniane. Skoro praktyka pokazuje, że w części przypadków system zamiast chronić szkolenie zaczyna ograniczać możliwość zmiany klubu przez dziecko, to być może potrzebna jest kolejna korekta.

Rozwiązań może być kilka. Można zastanowić się nad podniesieniem wieku, od którego naliczany jest ekwiwalent, wprowadzeniem maksymalnych kwot przy transferach niepełnoletnich amatorów albo specjalnych zasad dla klubów funkcjonujących wyłącznie w piłce młodzieżowej. Można stworzyć mechanizm, w którym część rekompensaty dla klubów szkolących pokrywana byłaby z centralnego funduszu. Można też wprost zagwarantować, że spór finansowy pomiędzy klubami nigdy nie może blokować rejestracji i gry dziecka, a kluby rozliczają pieniądze między sobą już bez angażowania rodzica.

Być może właśnie tego najbardziej brakuje obecnemu systemowi: wyraźnego oddzielenia prawa klubu do pieniędzy za wykonane szkolenie od prawa dziecka do dalszego rozwoju. Jedno nie powinno wykluczać drugiego. Małe akademie powinny być wynagradzane za swoją pracę, ale trzynasto- czy czternastolatek nie powinien dowiadywać się, że nie może pójść do innego klubu, bo dorośli nie potrafią porozumieć się w sprawie kilku tysięcy złotych.

Może więc problemem nie jest sam ekwiwalent. Może problemem są zasady, według których go stosujemy. A skoro przepisy można zmienić, warto zacząć dyskusję nie o tym, czy zabrać pieniądze małym klubom, ale o tym, jak je chronić, nie stawiając jednocześnie finansowej bramki na drodze dziecka.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

NA BIEŻĄCO

Najnowsze publikacje

Zobacz wszystkie