Słowo na niedzielę. Trener dzieci jako najtańsze ogniwo systemu

W polskiej piłce dziecięco-młodzieżowej wszystko zaczyna się od szkolenia. Mówimy o fundamentach, akademiach, modelach gry, rozwoju indywidualnym i wychowywaniu przyszłych Panów Piłkarzy. Kiedy jednak zejdziemy na sam dół tej piramidy, obraz bywa znacznie mniej efektowny niż prezentacje przygotowywane na konferencje związkowe.
Z najmłodszymi zawodnikami bardzo często pracuje trener, który dopiero zdobywa doświadczenie. Dostaje grupę U-8, U-9 czy U-10, bo przecież „od czegoś musi zacząć”. Najlepsi i najbardziej doświadczeni szkoleniowcy przesuwani są z kolei do starszych roczników, gdzie wynik zaczyna być bardziej widoczny.
W ten sposób dochodzimy do dość absurdalnej sytuacji. Najmniej doświadczonego człowieka ustawiamy w miejscu, w którym powstają najważniejsze piłkarskie nawyki. Potem po kilku latach dziwimy się, że zawodnik ma problemy z przyjęciem kierunkowym, orientacją, decyzją albo odwagą w grze. Powyższych problemów nie stworzył jednak trener U-17, lecz system, który sześć lat wcześniej uznał szkolenie 9-latka za najmniej wymagające zadanie.
Praca z najmłodszymi wcale nie jest łatwiejszą wersją trenowania piłki nożnej. Dobry trener dzieci powinien posiadać ogromną wiedzę piłkarską, ale sama wiedza nie wystarczy. Musi rozumieć rozwój dziecka, potrafić komunikować się prostym językiem i wiedzieć, kiedy poprawiać, a kiedy pozwolić zawodnikowi samemu znaleźć rozwiązanie.
Musi dostrzegać różnice biologiczne, emocjonalne i motoryczne pomiędzy dziećmi urodzonymi nawet w tym samym roku. Jedno dziecko potrzebuje bodźca, drugie uspokojenia, trzecie cierpliwości, a czwarte dodatkowego wyzwania. Trener musi stworzyć środowisko, w którym można popełniać błędy bez strachu przed natychmiastową karą.
Jednocześnie powinien wymagać jakości, koncentracji i odpowiedzialności, bo „zabawa” nie oznacza przecież przypadkowości. To znacznie trudniejsze niż rozstawienie pachołków i przeprowadzenie ćwiczenia znalezionego wieczorem w sieci. A jednak właśnie w tych grupach najłatwiej spotkać przekonanie, że wystarczy energia, uśmiech i kilka fajnych zabaw z piłką. Jeżeli naprawdę wierzymy, że pierwsze lata szkolenia są fundamentem, to powinniśmy wysyłać tam najlepszych kreatorów, a nie ludzi uczących się dopiero trzymać młotek.
Problem ma jednak bardzo prostą przyczynę. Są nią pieniądze. Trener najmłodszych grup bardzo często znajduje się na samym dole klubowej drabiny finansowej. Prowadzi najczęściej dwa zespoły (w „większych” akademiach w jednym zespole jest głównym trenerem, zaś w drugim asystentem), żeby „jakieś” pieniądze zarobić.
Po południu biegnie z jednego boiska na drugie, wieczorem odpowiada rodzicom, a weekend spędza na turnieju albo meczu ligowym. Do tego dochodzą kursy, dojazdy, przygotowanie treningów, organizacja wyjazdów i coraz większa ilość klubowej administracji.
W teorii ma indywidualizować pracę z każdym zawodnikiem, analizować jego rozwój i planować kolejne etapy szkolenia. W praktyce czasami kończy trening jednej grupy pięć minut przed rozpoczęciem następnego. Potem dziwimy się, że najbardziej ambitni trenerzy próbują jak najszybciej dostać się do starszych roczników albo seniorskiej piłki.
I tu nie chodzi o romantyczną opowieść, że każdy trener dzieci powinien zarabiać fortunę. Chodzi o proporcje między odpowiedzialnością a tym, jak system tę odpowiedzialność wycenia. Prezes klubu potrafi bez większego zastanowienia zatrudnić przeciętnego seniora z niezłą pensją, który po pewnym czasie odejdzie bez żalu. Znacznie trudniej przekonać go, że warto zainwestować podobną kwotę w szkolenie trenerów akademii.
Transfer widać natychmiast, można zrobić zdjęcie z koszulką, wrzucić film i ogłosić „wzmocnienie”. Efekt pracy trenera U-10 może być widoczny dopiero po sześciu latach. Właśnie dlatego tak łatwo na nim oszczędzać.
Nikt przecież nie przegra w sobotę meczu dlatego, że 10-latek miał dziś przeciętny trening. Problem pojawi się dopiero wtedy, gdy ten sam zawodnik w wieku siedemnastu lat okaże się za słaby na pierwszy zespół. Wtedy jednak łatwiej zakontraktować gotowego piłkarza niż przyznać, że prawdziwy błąd popełniono wiele lat wcześniej.
Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy młody trener trafia do najmłodszych nie tylko bez doświadczenia, ale również bez realnego wsparcia. Dostaje tzw. „wolną rękę”, kilka dokumentów, harmonogram i informację, że może pytać, gdy czegoś potrzebuje. Tylko kogo ma pytać, jeśli koordynator odpowiada za kilkanaście zespołów i sam ledwo znajduje czas na obejrzenie treningu?
Prawdziwy rozwój trenerów nie polega przecież na wysyłaniu im kolejnych plików PDF. Potrzebują obserwacji, informacji zwrotnej, wspólnego prowadzenia zajęć i rozmów o konkretnych zawodnikach. Potrzebują doświadczonego szkoleniowca, który czasami stanie obok i powie, dlaczego dane ćwiczenie nie działa. Jeszcze ważniejsze jest pokazanie, co zrobić zamiast niego.
W dużych akademiach powinno być czymś normalnym, że najmłodsze roczniki prowadzą wspólnie doświadczeni trenerzy i ci, którzy dopiero zdobywają warsztat. Tymczasem zbyt często wygląda to jak wrzucenie człowieka na głęboką wodę z przekonaniem, że skoro dzieci mają dziesięć lat, to nic wielkiego nie może się wydarzyć. Może, tylko skutki zobaczymy zdecydowanie później.
Do tego dochodzi jeszcze presja wyniku, która potrafi całkowicie wypaczyć pracę trenera najmłodszych. Najłatwiej przecież ocenić szkoleniowca po tym, ile jego drużyna wygrała meczów. Rodzice widzą wynik, przeciwnik widzi wynik i trener również bardzo szybko zaczyna go widzieć.
Zamiast uczyć dzieci wyprowadzania piłki spod pressingu, można nakazać bramkarzowi wybijać ją jak najdalej. Zamiast pozwalać słabszemu fizycznie zawodnikowi próbować dryblingu, można postawić na większego kolegę, który dzisiaj daje większą szansę na zwycięstwo. Zamiast rotować pozycjami, można już w wieku 9 lat znaleźć stopera, skrzydłowego i napastnika i pilnować, żeby każdy trzymał się swojej roli. Wyniki prawdopodobnie będą lepsze. Pytanie tylko, czego nauczy się zawodnik.
Dobry trener dzieci musi czasami świadomie wybrać rozwiązanie, które dzisiaj zwiększa ryzyko przegranej, ale za 2-3 lata zrobi z jego zawodnika lepszego piłkarza.
Swoją rolę mają w tym również rodzice, którzy przecież, płacąc składkę, coraz częściej zaczynają czuć się klientami określonej usługi. Skoro płacę, oczekuję dobrego treningu, odpowiedniej liczby minut i najlepiej jeszcze widocznego postępu mojego dziecka.
Samo wymaganie jakości jest czymś normalnym i klub nie może zasłaniać się słowem „rozwój”, żeby usprawiedliwiać bylejakość. Problem zaczyna się wtedy, gdy rodzic próbuje sam definiować, jak rozwój powinien wyglądać. Dlaczego mój syn gra dziś mniej, dlaczego na innej pozycji, dlaczego nie dostał powołania na mecz i dlaczego kolega dostał więcej minut?
Młody trener, szczególnie słabo wspierany przez klub, bardzo szybko może zacząć podejmować decyzje również pod wpływem tej presji. Łatwiej wystawić zawodnika niż przez trzydzieści minut tłumaczyć jego rodzicowi, dlaczego tym razem tego nie zrobił. I tak powstaje kolejny paradoks piłki młodzieżowej. Od trenera wymagamy odwagi w rozwijaniu dzieci, ale często nie dajemy mu wystarczającej pozycji, żeby sam mógł być odważny.
Największa pomyłka zaczyna się jednak wtedy, gdy patrzymy na szkolenie wyłącznie poprzez starsze roczniki. Widzimy świetnego 16-latka i zachwycamy się trenerem, który obecnie go prowadzi. Widzimy zawodnika z ogromnymi brakami i również pytamy obecnego szkoleniowca, dlaczego nie potrafi ich naprawić.
Tymczasem 16-latek w ogromnym stopniu odbiera właśnie zwrot z inwestycji dokonanej kilka lat wcześniej. Jeżeli jako 10-latek nauczył się przyjmować piłkę kierunkowo, obserwować przestrzeń, grać obiema nogami i podejmować decyzje pod presją, starszy trener może dokładać kolejne piętra. Jeżeli tego nie zrobił, szkoleniowiec U-17 zaczyna remontować fundament podczas stawiania dachu.
Oczywiście wiele można jeszcze poprawić, bo rozwój zawodnika nie kończy się w wieku 12 czy 14 lat. Tyle że pewne rzeczy później wymagają znacznie więcej czasu, powtórzeń i pracy.
Dlatego naprawdę dobrego szkoleniowca U-10 czy U-12 powinno się traktować w akademii jak jednego z najważniejszych specjalistów. To właśnie jego praca może zdecydować, czy kilka lat później klub będzie miał wychowanka wartego milion euro, czy kolejnego juniora, którego uzna za „niewystarczająco dobrego”.
Może więc zamiast kolejnej konferencji o reformie szkolenia warto zacząć od bardzo prostego pytania: kogo właściwie wysyłamy do naszych najmłodszych zawodników? Jeśli odpowiedź brzmi „tych, którzy dopiero zaczynają”, to już wiemy, gdzie znajduje się jedna z największych dziur systemu.
Nie chodzi o wyrzucanie młodych trenerów, bo oni również muszą gdzieś zdobywać doświadczenie. Chodzi o to, żeby nie zdobywali go samotnie kosztem najważniejszych lat rozwoju dzieci. Powinni pracować obok najlepszych, obserwować ich, dostawać odpowiedni feedback i stopniowo przejmować coraz większą odpowiedzialność.
Jednocześnie doświadczeni trenerzy powinni mieć powód, żeby zostać w piłce dziecięcej, zamiast traktować ją jak poczekalnię przed „poważniejszym” futbolem. Tym powodem muszą być pieniądze, prestiż stanowiska, możliwość rozwoju i świadomość, że klub naprawdę docenia tę pracę.
Możemy budować piękne akademie, pisać kolejne modele gry i organizować dziesiątki kursów, ale nic nie zastąpi dobrego i mądrego człowieka stojącego codziennie na boisku.
Bo zanim powstanie reprezentant, ligowiec czy zawodnik wart kilka milionów euro, najpierw jest uśmiechnięty 10-latek z piłką przy nodze. I właśnie wtedy potrzebuje najlepszego trenera najbardziej, choć system najczęściej płaci za niego najmniej.
FAQ
Dlaczego trener najmłodszych grup jest tak ważny?
To właśnie w wieku dziecięcym powstają podstawowe nawyki techniczne, ruchowe i decyzyjne. Sposób przyjęcia piłki, orientacja przed otrzymaniem podania, gra obiema nogami, odwaga w pojedynkach czy podejmowanie decyzji pod presją są fundamentami, na których później buduje się bardziej zaawansowane elementy gry.
Czy młody trener nie powinien prowadzić drużyn dziecięcych?
Może prowadzić takie zespoły, ale nie powinien być pozostawiony sam sobie. Najlepszym rozwiązaniem byłaby praca u boku bardziej doświadczonego szkoleniowca, regularna obserwacja treningów, feedback oraz stopniowe zwiększanie odpowiedzialności.
Czy w piłce dziecięcej wynik meczu powinien być najważniejszy?
Nie. Wynik może być elementem rywalizacji, ale nie powinien determinować procesu szkoleniowego. W najmłodszych kategoriach ważniejsze jest rozwijanie umiejętności, odwagi, kreatywności i podejmowania decyzji niż wygrywanie za wszelką cenę.
Dlaczego doświadczeni trenerzy odchodzą do starszych roczników?
Jednym z głównych powodów są pieniądze, prestiż i możliwości dalszego rozwoju zawodowego. Praca ze starszymi drużynami i seniorami jest zazwyczaj lepiej opłacana oraz bardziej widoczna, dlatego trenerzy często traktują szkolenie dzieci jako etap przejściowy.
Jaką rolę w szkoleniu dzieci odgrywają rodzice?
Rodzice mają bardzo duży wpływ na środowisko rozwoju zawodnika. Mogą wspierać dziecko i trenera, ale nadmierna presja dotycząca minut, pozycji czy wyników może utrudniać szkoleniowcowi podejmowanie decyzji opartych na długoterminowym rozwoju.
Jak powinien wyglądać dobry system szkolenia trenerów dzieci?
Młodzi trenerzy powinni pracować razem z doświadczonymi szkoleniowcami, otrzymywać regularny feedback, mieć możliwość wspólnego prowadzenia treningów i omawiania konkretnych przypadków zawodników. Same kursy i dokumenty szkoleniowe nie zastąpią praktycznego mentoringu.
Dlaczego warto inwestować więcej w trenerów U-10 i U-12?
Ponieważ efekty ich pracy mogą zdecydować o jakości zawodników kilka lat później. Inwestycja w dobrego trenera najmłodszych roczników może mieć większy wpływ na przyszłość akademii niż późniejsze próby naprawiania braków u zawodników U-17 czy U-19.
Kto jest lepszy?
Wybierz jedną kartę i zobacz wynik głosowania.






