Grafika FC 26 Ultimate Team pokazująca rozwój kart Claudii Piny oraz problem inflacji kart i modelu pay to win.
Sezon Ultimate Team w FC 26 pod znakiem nadmiaru specjalnych kart, pay to win i zmęczenia graczy.

Ultimate Team w FC 26. Sezon zmęczenia, pay to win i wielkiego rozczarowania

Sezon Ultimate Team w FC 26 powoli dobiega końca i nie wiem czy można o nim bez poczucia zmęczenia mówić po raz kolejny. Około rok temu zapewniano, że edycja 26 będzie rokiem nowych emocji i „optymalnego” gameplayu. Były to jednak czcze obietnice.

Gracze już pod koniec października narzekali na nadmiar kart, promocji, paczek czy wyzwań. Największy problem polega na tym, że przy takiej liczbie specjalnych zawodników coraz trudniej było czuć, że jakakolwiek karta naprawdę ma znaczenie. Już w październiku. To, co kiedyś było wyjątkowe, szybko stawało się zwyczajne, a to, co zwyczajne, natychmiast wypadało z obiegu.

Gracz nie tyle budował drużynę, ile nieustannie gonił za kolejną wersją tej samej przewagi. W efekcie końcówka sezonu bardziej przypomina zmęczone przewijanie menu niż satysfakcjonujące podsumowanie całorocznej zabawy.

Największy problem FC 26 polega na tym, że Ultimate Team coraz mocniej skręca w stronę modelu pay to win, czyli płacisz – wygrywasz. Teoretycznie każdy może grać, wykonywać zadania i budować skład bez wydawania pieniędzy, ale praktyka wygląda znacznie mniej uczciwie.

Najlepsze karty, najbardziej pożądani zawodnicy i najbardziej meta rozwiązania niejednokrotnie są dostępne głównie dla tych, którzy mają czas, szczęście albo gotowość do wydawania pieniędzy na paczki. W takim układzie sama umiejętność gry przestaje być najważniejszym elementem rywalizacji.

Oczywiście nadal można wygrać słabszym składem, ale coraz częściej trzeba najpierw przebić się przez mur statystyk, animacji i przewagi jakościowej przeciwnika. Gdy co tydzień pojawia się nowa seria kart, poprzednie wybory tracą wartość niemal natychmiast, chyba że mamy szczęście w loterii.

To powoduje, że gracz nie czuje nagrody za rozwój drużyny, tylko presję ciągłej aktualizacji składu. Ultimate Team coraz mniej przypomina tryb sportowy, a coraz bardziej sklep z elementami gry piłkarskiej.

Rozczarowanie wynika także z inflacji kart specjalnych, która w FC 26 osiągnęła bardzo wysoki poziom. Kiedyś karta z podwyższoną oceną była wydarzeniem, bo wyróżniała się na tle zwykłych zawodników. Obecnie niemal każdy tydzień przynosi kolejne wersje tych samych piłkarzy, często z absurdalnie wysokimi statystykami.

Efekt jest taki, że granica pomiędzy kartą dobrą, bardzo dobrą i przesadzoną zaczyna się zacierać. Gracz otwiera paczkę, widzi kolorową animację, ale coraz częściej nie czuje ekscytacji, bo wie, że za kilka dni pojawi się coś jeszcze mocniejszego.

Rynek staje się niestabilny, a planowanie składu traci sens, bowiem wartość zawodników spada w błyskawicznym tempie. Zamiast satysfakcji z trafienia konkretnej karty pojawia się pytanie, czy ta karta w ogóle przetrwa w składzie dłużej niż tydzień. To nie jest zdrowy rytm sezonu, tylko ciągłe pompowanie zawartości, które ostatecznie odbiera jej wyjątkowość.

Kolejnym problemem jest to, że gra coraz bardziej premiuje schematyczne granie pod mechanikę, a nie piłkarskie myślenie. Ultimate Team zawsze miał swoją metę, ale w FC 26 widać szczególnie mocno, że wielu graczy wybiera nie tych zawodników, których lubi, lecz tych, którzy najlepiej pasują do obecnych exploitów i automatyzmów. Tu kłania się sławna Claudia Pina.

Karty w Claudia Pina w FC 26 Ultimate Team
Karty Claudii Pina w FC 26 Ultimate Team / screeny z serwisu FUTBIN

Liczy się szybkość, typ budowy ciała, chociaż Pina „przepycha” Maldiniego, konkretne style gry, animacje i przewidywalne zagrania powtarzane przez większość społeczności. W teorii tryb powinien pozwalać tworzyć wymarzoną drużynę, a w praktyce często zmusza do kopiowania tych samych rozwiązań.

Widać to szczególnie w najważniejszych trybach rywalizacji, gdzie różnorodność składów szybko zanika. Wszędzie Pina czy VdV. Zamiast kreatywności pojawia się kalkulacja, bo odstępstwo od mety bywa karane porażką.

To zabija jedną z największych przyjemności Ultimate Team, czyli budowanie zespołu zgodnie z własnym stylem. Niemniej jednak są też tacy, co grają wyłącznie dla fanu, na przykład ewolucjami swojego ulubionego klubu. Chwała im!

Negatywne odczucia wzmacnia również sposób prowadzenia promocji i eventów. Zbyt często wyglądają one tak, jakby ich głównym celem było utrzymanie gracza przy sklepie, a nie przy boisku.

Kolorowe grafiki, limitowane paczki i ciągłe odliczanie czasu tworzą atmosferę presji, w której łatwo poczuć, że coś nas omija. To nie jest już spokojne granie dla przyjemności, tylko mechanizm oparty na strachu przed pozostaniem w tyle.

W takim modelu sama rozgrywka schodzi momentami na drugi plan. Najgorsze jest jednak to, że po wykonaniu kolejnego zestawu zadań często zostaje poczucie pustki, bo nagroda szybko okazuje się przeciętna. W tej edycji liczyłem i 141 razy trafiłem Panią Heaps.

Trzeba też powiedzieć wprost, że dla graczy bez wydawania pieniędzy sezon bywał wyjątkowo męczący. Osoby grające regularnie mogły oczywiście zdobywać dobre karty, ale tempo zmian sprawiało, że trudno było utrzymać konkurencyjny skład bez ogromnej liczby godzin.

Weekend League, Rivals i kolejne wyzwania potrafiły zamienić rozrywkę w obowiązek. Zamiast przyjemności z progresu pojawiała się lista rzeczy do zrobienia, która bardziej przypominała pracę niż grę.

To szczególnie widoczne u graczy, którzy nie chcą albo nie mogą spędzać w UT kilku godzin dziennie. Dla nich sezon często oznaczał ciągłe gonienie peletonu, który i tak uciekał po każdym większym evencie.

W takim środowisku frustracja jest naturalna, bo gra przestaje szanować czas użytkownika. Jeżeli ktoś nie płaci pieniędzmi, bardzo często płaci czasem, a ten koszt jest chyba większy.

Bardzo smutne jest także to, że UT coraz bardziej oddala się od idei piłkarskiej fantazji. Na początku chodziło o stworzenie własnej drużyny marzeń, łączenie lig, narodowości i ulubionych zawodników.

Teraz coraz częściej chodzi o optymalizację, przewagę i szybkie reagowanie na to, co aktualnie jest najmocniejsze. Zawodnicy znani z prawdziwego futbolu bywają mniej atrakcyjni niż karty stworzone wyłącznie pod potrzeby gry.

Realizm ustępuje miejsca przesadzie, a przesada z czasem przestaje robić wrażenie. Jeżeli niemal każdy może mieć kosmiczne statystyki, to kosmiczne statystyki przestają być czymś wyjątkowym.

Tryb traci wtedy część swojej tożsamości, bo nie opiera się już na emocjonalnym przywiązaniu do drużyny. Zamiast tego opiera się na niekończącym się cyklu wymiany kart.

W którą stronę to wszystko pójdzie, jeżeli nic się nie zmieni? Najbardziej prawdopodobny kierunek to jeszcze większa liczba promocji, jeszcze szybsza rotacja kart i jeszcze mocniejsze powiązanie rywalizacji z ekonomią gry. Hajs się liczy!

W krótkim okresie taki model może działać, bo generuje zainteresowanie, ruch na rynku i ciągłe dyskusje w społeczności. Niemniej jednak w dłuższym czasie grozi wypaleniem graczy, którzy zaczynają widzieć za kolorową oprawą coraz bardziej powtarzalny schemat.

UT może stać się trybem, do którego ludzie wracają z przyzwyczajenia, a nie z prawdziwej ekscytacji. To niebezpieczne, bo przyzwyczajenie łatwo pęka, gdy pojawi się zbyt dużo frustracji.

Jeżeli gra będzie dalej nagradzać głównie portfel, czas oraz ślepe podążanie za metą, część społeczności zacznie się od niej odsuwać. Nie stanie się to od razu. Uważam, że trzeba na to jeszcze 2–3 lata, ale zmęczenie jest już wyraźnie widoczne.

Nie oznacza to jednak, że Ultimate Team jest skazany na upadek. Ten tryb ciągle ma ogromny potencjał, bo sama idea budowania składu, rywalizacji i rozwijania drużyny pozostaje bardzo atrakcyjna.

Problem polega na tym, że potencjał został przykryty przez agresywne tempo zawartości i zbyt silną monetyzację. Gdyby ograniczono liczbę przesadzonych kart, poprawiono balans rozgrywki i bardziej nagradzano regularną grę, odbiór sezonu mógłby być zupełnie inny.

Gracze nie oczekują przecież idealnej gry, ale chcą mieć poczucie, że ich wysiłek ma sens. Chcą też wierzyć, że wynik meczu zależy przede wszystkim od decyzji na boisku, a nie od tego, kogo chce „przytrzymać” gra, czyli sławny handicap.

W mojej opinii końcówka sezonu FC 26 zostawia bardzo mieszane, a momentami bardzo gorzkie wrażenie. Z jednej strony trudno odmówić UT rozmachu, liczby aktywności i ciągłej obecności w centrum piłkarskiej społeczności graczy.

Z drugiej strony właśnie ten rozmach stał się źródłem głównego problemu. Za dużo kart, za dużo promocji, za dużo presji i za dużo elementów pay to win sprawiło, że zabawa straciła część swojej naturalności.

Sezon nie kończy się poczuciem spełnienia, lecz pytaniem, czy ten tryb nie przekroczył już granicy zdrowej rywalizacji. Jeśli FC 27 pójdzie tą samą drogą, gracze dostaną jeszcze więcej zawartości, ale niekoniecznie więcej frajdy.

UT potrzebuje refleksji nie tylko ze strony społeczności, ale przede wszystkim ze strony twórców. Bo jeśli wszystko nadal będzie większe, szybsze i droższe, to rozczarowanie będzie tylko eskalować.


autor: Tomasz Rusaczyk

Czytaj więcej