Mikel Arteta świętuje awans Arsenalu do finału Ligi Mistrzów po meczu z Atlético Madryt na Emirates Stadium.
Mikel Arteta celebruje zwycięstwo Arsenalu nad Atlético Madryt 1:0 i awans do finału UEFA Champions League. / IMAGO / Paul Marriott.

Arsenal pokonał Atletico Madryt 1:0 i po 20 latach zameldował się w finale Ligi Mistrzów. Analiza meczu

Analizy statystyczne meczów piłkarskich

Arsenal pokonał Atletico Madryt 1:0 w rewanżowym meczu półfinału Ligi Mistrzów i po zwycięstwie 2:1 w dwumeczu awansował do finału Champions League. Bohaterem wieczoru został Bukayo Saka, ale za sukcesem drużyny Mikela Artety stało coś więcej niż jeden gol. To kontrola przestrzeni, dyscplina w pressingu i znakomite zarządzanie ryzykiem. Można powiedzieć, że Arsenal pokonał Atletico ich własną bronią.

Arsenal wraca do finału Ligi Mistrzów po dwóch dekadach. Na Emirates Stadium nie było spektaklu pełnego fajerwerków, ale był mecz, który idealnie pokazał, jak bardzo dojrzała drużyna Mikela Artety. Po remisie 1:1 w pierwszym spotkaniu w Madrycie londyńczycy wiedzieli, że rewanż będzie przede wszystkim testem cierpliwości, koncentracji i odporności mentalnej oraz fizycznej. Atletico Diego Simeone nie przyjechało do Londynu grać romantycznie. Przyjechało przetrwać, doczekać momentu i uderzyć wtedy, gdy Arsenal popełni błąd.

Ten błąd jednak nie nadszedł. Albo raczej, kiedy się pojawiał, Arsenal potrafił natychmiast go naprawić. Gospodarze wygrali 1:0 po golu Bukayo Saki w 44. minucie i zameldowali się w finale w Budapeszcie, gdzie 30 maja zmierzą się ze zwycięzcą pary PSG – Bayern Monachium. Dla Arsenalu to dopiero drugi finał Champions League w historii klubu i pierwszy od 2006 roku.

Saka wykorzystał detal, który zadecydował o całym dwumeczu

Decydująca akcja meczu była esencją tego, czego Arsenal szukał przez większą część pierwszej połowy, czyli wejścia za linię obrony Atletico, zmuszenia Jana Oblaka do reakcji i złamania kompaktowego bloku rywala jednym szybkim przesunięciem piłki. William Saliba zagrał dokładne podanie w prawy półkanał do Viktora Gyökeresa, który uciekł obrońcom i wyciągnął Oblaka z bramki. Szwed dograł piłkę w pole karne, Leandro Trossard znalazł miejsce na strzał, a po interwencji słoweńskiego bramkarza najszybciej z dobitką zareagował Bukayo Saka.

To nie był przypadkowy gol. Saka wykonał ruch typowy dla zawodnika o świetnym wyczuciu pola karnego. Nie czekał statycznie na dośrodkowanie, tylko zaatakował strefę drugiej piłki. Właśnie tam Atletico zgubiło koncentrację. Oblak odbił strzał Trossarda przed siebie, a Saka był pierwszy do dobitki. Jeden kontakt, 1:0, Emirates eksplodowało.

W meczu o tak cienkich marginesach właśnie takie detale oddzielają finalistę od drużyny odpadającej. Atletico nie zostało rozbite. Nie zostało zdominowane w sposób widowiskowy. Zostało pokonane przez szybszą reakcję, lepsze ustawienie i większą skuteczność w kluczowej chwili.

Arsenal 1-0 Atletico / Statystyki / Dziennik Piłkarski

Arsenal kontrolował mecz bez potrzeby dominowania go przez 90 minut

Statystyki dobrze pokazują charakter tego spotkania. Arsenal oddał 13 strzałów, Atletico 9. Obie drużyny miały po 2 celne uderzenia. Posiadanie piłki było stosunkowo wyrównane, ale z przewagą gospodarzy 54% do 46%. Różnicę lepiej oddaje jednak jakość sytuacji. Arsenal wygenerował około 1.6 xG, podczas gdy Atlético tylko 0.5 xG.

Madrytczycy przez długie fragmenty drugiej połowy mieli piłkę i próbowali przenieść ciężar gry bliżej pola karnego Davida Rayi, ale niewiele z tego wynikało. Arsenal bronił nisko lub średnio, ale rzadko chaotycznie. Londyńczycy nie bronili wyniku panicznie, ale bronili go strukturalnie.

Arteta zbudował zespół, który potrafi cierpieć bez utraty kontroli. Atletico próbowało wciągać Arsenal w pojedynki, fragmentować grę, prowokować faule i szukać dośrodkowań do Sorlotha. Problem dla Simeone polegał na tym, że gospodarze byli przygotowani na każdy z tych wariantów. Gabriel Magalhees i William Saliba wygrywali najważniejsze starcia w polu karnym, Declan Rice czyścił przestrzeń przed obroną, a David Raya reagował pewnie wtedy, gdy musiał.

Declan Rice był cichym architektem awansu

Choć gola strzelił Saka, jednym z najważniejszych piłkarzy meczu był Declan Rice. Jego występ był dokładnie tym, czego oczekuje się od środkowego pomocnika w półfinale Ligi Mistrzów: intensywność, czytanie gry, asekuracja i jakość pod presją. Rice nie tylko odbierał piłkę, ale też zamykał linie podań do Antoine’a Griezmanna i Juliana Alvareza.

Już w pierwszej połowie Anglik zatrzymał bardzo groźną sytuację Giuliano Simeone, blokując próbę strzału w polu karnym. To była jedna z tych interwencji, które w tabeli statystycznej wyglądają jak pojedynczy defensywny epizod, ale w realnym przebiegu meczu mają wagę gola.

Rice był również aktywny w przejściach z obrony do ataku. Kiedy Arsenal mógł wyjść szybciej, często to on inicjował ruch do przodu. Nie zawsze kończyło się to strzałem, ale zmuszało Atletico do cofania się i odbierało gościom możliwość długiego zamknięcia Arsenalu przy jego polu karnym. Jego mapa podań i udział w działaniach defensywnych pokazują zawodnika, który grał nie tylko jako klasyczna „szóstka”, ale jako stabilizator całego zespołu.

Atletico miało piłkę, ale nie miało czystych okazji

Diego Simeone ustawił zespół tak, by długo utrzymywać wynik na granicy awansu i dogrywki. Atletico w fazie bez piłki funkcjonowało kompaktowo, często w układzie 4-4-2 lub 5-4-1, z Griezmannem schodzącym głębiej do pomocy. Koke i Marcos Llorente próbowali kontrolować środek, a boczne sektory miały być miejscem do przyspieszeń Giuliano Simeone i Ademoli Lookmana.

Plan miał sens, ale zabrakło wykonania w ostatniej tercji. Atletico oddało 9 strzałów, ale tylko 2 celne. Największe zagrożenie pojawiało się po zamieszaniu, drugich piłkach lub długich zagraniach, nie po zbudowanych akcjach. To duża zasługa Arsenalu, który odciął Griezmanna od wygodnych przestrzeni między liniami, a Alvarezowi nie pozwolił regularnie odwracać się z piłką w stronę bramki.

Najbliżej wyrównania Atetico było po przerwie, kiedy Giuliano Simeone wykorzystał niepewne zagranie Saliby głową i ruszył w kierunku bramki. Gabriel wrócił jednak z desperacką, ale skuteczną interwencją. Później Griezmann zmusił Rayę do obrony, a w końcówce Alexander Sorloth miał setkę w bardzo dobrej strefie po dośrodkowaniu, ale nie trafił w nią czysto. To był symboliczny moment dla Atletico: blisko, nerwowo, intensywnie, ale bez jakości, która zmienia wynik.

Gyokeres bez gola, ale z ogromnym wpływem na mecz

Viktor Gyokeres nie wykorzystał znakomitej okazji w drugiej połowie, gdy po dośrodkowaniu Piero Hincapie posłał piłkę nad poprzeczką. Gdyby Arsenal strzelił wtedy na 2:0, mecz prawdopodobnie byłby zamknięty wcześniej. Mimo tej pomyłki występ szwedzkiego napastnika trzeba ocenić wysoko pod względem taktycznym.

Gyokeres dawał Arsenalowi głębokość. Nieustannie atakował przestrzeń za plecami obrońców Atletico, absorbował stoperów i zmuszał Oblaka do podejmowania decyzji poza linią bramkową. Jego ruch przy golu Saki był kluczowy, bo to on rozciągnął defensywę gości i rozpoczął sekwencję, która zakończyła się trafieniem.

To nie był występ napastnika ocenianego tylko przez bramki. To był występ zawodnika, który pracował na strukturę ofensywną całej drużyny. W takich meczach napastnik często wygrywa nie przez liczbę strzałów, lecz przez to, jak ustawia obrońców rywala.

Arteta wygrał zarządzaniem momentami

Największa różnica między tym Arsenalem a zespołem sprzed kilku sezonów polega na zarządzaniu emocją meczu. Dawniej Arsenal w takich spotkaniach bywał efektowny, ale podatny na chaos. Teraz potrafi zmienić rytm, wytrzymać presję i nie oddać rywalowi tego, czego ten najbardziej potrzebuje: serii prostych strat, otwartego środka pola i fauli w niebezpiecznych strefach.

Po zdobyciu bramki Arsenal nie ruszył bezmyślnie po drugi gol. W drugiej połowie gospodarze oddali więcej inicjatywy, ale zrobili to świadomie. Atletico mogło rozgrywać, ale głównie w obszarach mniej groźnych. Arsenal bronił pola karnego, zamykał półprzestrzenie i czekał na kontrataki. To nie była dominacja w stylu posiadania piłki przez 70% czasu. To była dominacja nad typem meczu, jaki miał się rozegrać.

Zmiany Artety również miały logiczny wymiar. Wejście Martina Odegaarda, Noni Madueke czy Piero Hincapie miało dać świeżość, dodatkową dynamikę i zabezpieczenie bocznych sektorów. Arsenal nie grał pięknie przez cały mecz, ale grał dojrzale. A w półfinale Ligi Mistrzów dojrzałość często waży więcej niż efektowność.

https://twitter.com/Ricardo__1957/status/2051768560330932393

Defensywa Arsenalu potwierdziła status europejskiej elity

Arsenal zachował czyste konto po raz kolejny w tej edycji Champions League. W całych rozgrywkach londyńczycy stracili bardzo mało bramek, a w fazie pucharowej ich organizacja defensywna była jednym z największych atutów. Przeciwko Atletico szczególnie dobrze było widać współpracę między formacją obrony a linią pomocy.

Gabriel i Saliba wygrywali pojedynki fizyczne. Ben White i Riccardo Calafiori pilnowali, by Atletico nie mogło łatwo przenosić gry przez skrzydła. Rice zabezpieczał centralne sektory, a Myles Lewis-Skelly wnosił spokój w rozegraniu, mimo ogromnej presji i rangi spotkania.

To właśnie dlatego Atletico, mimo obecności Griezmanna, Alvareza, Lookmana, Llorente czy później Sorlotha, miało problem z tworzeniem czystych sytuacji. Sama liczba strzałów nie była dramatycznie niska, ale ich jakość już tak. 0.5 xG w meczu, w którym trzeba było gonić wynik, pokazuje skalę problemu drużyny Simeone.

Arsenal jest o jeden mecz od historii

Ten awans ma dla Arsenalu wymiar symboliczny. Klub, który przez lata słyszał zarzuty o brak mentalności zwycięzców, jest w finale Ligi Mistrzów i jednocześnie walczy o mistrzostwo Anglii. Saka, Rice, Saliba, Gabriel, Raya i reszta drużyny są teraz o krok od tego, by wejść do historii klubu w sposób, którego nie udało się osiągnąć nawet wielu wielkim pokoleniom Arsenalu.

Finał w Budapeszcie będzie innym wyzwaniem. PSG lub Bayern zaoferują więcej jakości w ataku, większą dynamikę i prawdopodobnie bardziej otwarty mecz niż Atletico. Ale Arsenal ma argumenty. Ma strukturę, ma intensywność, ma jedną z najlepszych defensyw w Europie i ma zawodników, którzy zaczynają rozumieć, jak wygrywa się spotkania na najwyższym poziomie.

Arsenal nie awansował do finału dlatego, że zagrał najbardziej efektowny mecz sezonu. Mecz ogólnie był brzydki. Kanonierzy awansowali, bo byli bardziej kompletni. Wiedzieli, kiedy przyspieszyć, kiedy cierpieć, kiedy bronić głęboko i kiedy zaatakować przestrzeń. A gdy pojawiła się najważniejsza piłka wieczoru, Bukayo Saka był tam, gdzie powinien być lider.

Na Emirates Stadium padł tylko jeden gol. Ale dla Arsenalu może to być bramka, która otworzyła drzwi do najważniejszego wieczoru w historii klubu.

Autor

  • Portret założyciela i współwłaściciela DziennikPiłkarski.pl. Tomasz Sawczak w czarnej czapce i białej koszulce siedzi z telefonem w dłoniach, za jego głową duże logo Dziennika Piłkarskiego.

    Założyciel i współwłaściciel DziennikPiłkarski.pl. Łączy analityczne podejście z pasją do sportu. IT Project Manager, ekspert branży HVAC, mówi w pięciu językach. Mieszka w Stavanger (Norwegia). Fan Leo Messiego, kibic Liverpoolu, Viking FK i Legii Warszawa. Inwestor na rynku akcji i kryptowalut, związany z obszarem nowych technologii. Szczęśliwy ojciec i mąż.