Brak hitowych spotkań na ten moment.
Brak hitowych spotkań na ten moment.
Rajović i największe niewypały transferowe na pozycji napastnika w Ekstraklasie. Grafika przedstawia Marka Rajovicia oraz sylwetki Nickiego Bille Nielsena, Eduardo da Silvy, Tomáša Necida i Patryka Makucha na tle stadionu oraz herbów ich klubów.
Marek Rajović dołączył do grona napastników, którzy mieli zostać gwiazdami Ekstraklasy, ale nie spełnili ogromnych oczekiwań. W zestawieniu znalazły się także Nicki Bille Nielsen, Eduardo da Silva, Tomáš Necid i Patryk Makuch.

Miał strzelać, a przeszkadzał. Krótka historia dziewiątek, które zjadła Ekstraklasa

Początek temu tekstowi dały popisy Rajovicia w Szczecinie. Legia wygrała z Pogonią 1:0, więc na papierze wszystko się zgadzało: trzy punkty, wyjazd, dobry start, można jechać dalej. Problem w tym, że przy Rajoviciu papier od dawna wygląda lepiej niż boisko. W pierwszej kolejce w Szczecinie najpierw strzelił gola ręką (z linii bramkowej!), później miał dobitkę, którą zablokował obrońca. Potem zaplątał się na spalonym po strzale Zjawińskiego.

Rajović kosztował Legię 3 miliony euro, czyli według Transfermarkt był transferem z Watfordu za kwotę, która w realiach Ekstraklasy nie jest zakupem, tylko komunikatem: „15 goli w sezonie”. I właśnie dlatego każdy jego zły kontakt z piłką waży trochę więcej. Gdyby przyszedł za darmo, można by wzruszyć ramionami. Ale przy takim przelewie kibic ma prawo oczekiwać, że napastnik nie będzie projektem do cierpliwości, tylko człowiekiem od zamykania meczów. A tu mamy trzy bańki tak naprawdę wyrzucone w błoto (+ pensja).

Nicki Bille Nielsen to już nie napastnik, tylko osobny podgatunek transferowego rozczarowania. Lech Poznań zapłacił za niego w sumie niedużo, tj. 400 tysięcy euro. Przez dwa lata przy Bułgarskiej strzelił w Ekstraklasie zaledwie 4 (słownie: cztery) gole. To daje piękny, księgowy rachunek: 100 tysięcy euro za jedną ligową bramkę. Bille Nielsen miał być „El Pistolero”, a wyszło trochę tak, jakby ktoś kupił rewolwer bez nabojów, ale z bardzo ciekawą historią właściciela. Dołożył jeszcze po dwie bramki w Pucharze Polski i eliminacjach Ligi Europy, więc nie był kompletnym duchem, ale w lidze miał być straszakiem, a został kosztowną ciekawostką.

Najgorsze w takich transferach jest to, że na początku wszystko da się sprzedać: charakter, temperament, obcokrajowiec, nazwisko, styl. Dopiero potem przychodzi sobota, murawa, obrońca z Niecieczy albo Lubina i cała marketingowa legenda zderza się z pierwszym przyjęciem. Bille Nielsen w Lechu wyglądał jak piłkarz, przy którym najbardziej regularna była nie skuteczność, tylko nadzieja, że może jeszcze odpali. A kiedy napastnik po dwóch latach nadal jest „może jeszcze”, to znaczy, że klub nie miał snajpera, tylko abonament na rozczarowanie. O ekscesach pozaboiskowych nie będziemy wspominać 😉

Eduardo da Silva to przykład transferu, który bardziej działał na wyobraźnię niż na tabelę strzelców. Arsenal, Szachtar, reprezentacja Chorwacji, piękne CV i ten typ nazwiska, przy którym kibic przez chwilę przestaje sprawdzać datę urodzenia. Legia sprowadziła go jako wielką postać, a Mioduski vel Loczek/Pudel mówił, że to „lis pola karnego” i ktoś, kogo ludzie będą chcieli oglądać na stadionie albo w telewizji. Problem w tym, że lis z pola karnego w Warszawie częściej wyglądał jak lis po długiej zimie.

Eduardo kompletnie się nie sprawdził: 12 meczów, w tym 10 w Ekstraklasie, 0 goli i 3 asysty. Do tego pensja około 30 tysięcy euro miesięcznie. To był transfer wspomnienia piłkarza, a nie piłkarza na tu i teraz. Kibic przychodził oglądać nazwisko, a boisko brutalnie przypominało, że nazwisko nie wygrywa pojedynku z czasem, zdrowiem i intensywnością (!!!) polskiej ligi.

Tomáš Necid to kolejna lekcja z serii: „silna dziewiątka z zagranicy brzmi lepiej w komunikacie niż w polu karnym”. Przyszedł do Legii zimą 2017 roku i miał dać coś, czego wielki klub zawsze szuka, czyli gotowe rozwiązanie w ataku. Legia.Net podaje, że w barwach Legii wystąpił łącznie w ośmiu meczach: sześciu ligowych i dwóch w Lidze Europy.

Dorobek? Jeden gol. Bramka z Cracovią, kilka występów, trochę przepychania, trochę oczekiwania i szybkie pożegnanie z marzeniem, że to będzie napastnik na miarę ambicji mistrza Polski. Licząc sam dorobek ligowy, wyszło sześć występów i jeden gol, czyli statystyka jeszcze nie katastrofalna, ale jak na oczekiwania bardzo biedna emocjonalnie.

Patryk Makuch to przypadek bardziej współczesny i bardziej polski, czyli mniej egzotyczny, ale równie ciekawy. Raków zapłacił za niego Cracovii około miliona euro plus bonusy, co w polskich warunkach oznacza, że klub nie kupuje „może się przyda”, tylko „proszę tu natychmiast coś dać”. Według Opta Analyst Makuch w Rakowie miał dotąd 56 występów, 2490 minut i 7 goli. Jeśli przyjąć samą kwotę podstawową miliona euro, wychodzi około 143 tysięcy euro za gola.

Oczywiście można go bronić pracą, pressingiem, ruchem bez piłki i tym wszystkim, czym w Polsce broni się napastnika, kiedy brakuje najważniejszego argumentu. Tylko kibic jest prostym człowiekiem. Patrzy na napastnika i pyta: ile strzelił? Makuch nie jest memem, nie jest katastrofą i nie jest człowiekiem, który potyka się o własny cień. Ale jak na koszt i oczekiwania, stał się symbolem bardzo ekstraklasowego kompromisu: niby użyteczny, niby pracuje, niby daje coś drużynie, tylko wciąż trzeba dopowiadać, dlaczego nie daje więcej.

Wydaje się, że Ekstraklasa uwielbia czekać na napastników. Czeka, aż złapią rytm. Czeka, aż się zaadaptują. Czeka, aż koledzy zaczną im lepiej podawać. Czeka, aż trener znajdzie dla nich system. Czeka, aż kibice zrozumieją, że „praca bez piłki” też jest ważna. I oczywiście czasami naprawdę tak jest. Napastnik może potrzebować czasu, drużyna może grać słabo, liczby mogą nie oddawać całej pracy. Ale czasami cała ta opowieść jest tylko elegancką zasłoną dla prostego faktu: klub kupił zawodnika, który miał strzelać, a nie strzela.

Wtedy zaczyna się polska sztuka interpretacji. Jeden mówi, że napastnik absorbuje obrońców. Drugi, że robi przestrzeń. Trzeci, że ma świetne warunki. Czwarty, że musi dostać dokładniejsze dośrodkowania. A piąty, najmniej wyrafinowany, patrzy w tabelę strzelców i mówi: panowie, ale gdzie są gole?

Dlaczego Nikolić, Pululu czy Ishak dali i nadal dają radę? A może (a raczej na pewno) dany zawodnik jest zwyczajnie za słaby. Ale jak przyznać kibicom, że taki Rajović kosztował 3 mln euro… Szukajmy dalej wytłumaczeń.

A Twoim zdaniem kogo zabrakło w zestawieniu?

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej