Czy Jagiellonia jest potrzebna Imazowi, czy Imaz Jagiellonii?

Dzisiejszy mecz zostawił po Jesusie Imazie bardzo dziwne wrażenie. Z jednej strony znowu był tam, gdzie powinien być. Z drugiej – zmarnował dwie sytuacje, które jeszcze dwa, trzy lata temu człowiek właściwie dopisywał mu do statystyk, zanim zdążył oddać strzał. I właśnie to boli najbardziej, bo przecież cały fenomen Imaza polegał na tym, że on takich okazji zazwyczaj nie marnował. Nie potrzebował pięciu szans. Czasami nie potrzebował nawet dwóch. Do tego dochodzi coś, czego nie da się już nie zauważać: motorycznie to nie jest ten sam zawodnik. Zresztą szybkość i dynamika nigdy nie były jego największymi atutami, tylko kiedyś reszta przykrywała ten brak tak skutecznie, że właściwie nie było o czym rozmawiać.
I żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie można nagle przekreślać Jesusa Imaza. To byłoby zwyczajnie głupie. Mówimy o jednym z najważniejszych piłkarzy w historii Jagiellonii. O człowieku, który przez lata dawał gole, liczby i momenty, których w Białymstoku nie zapomina się po kilku słabszych miesiącach. Był jednym z fundamentów mistrzowskiej drużyny. Strzelał wtedy, kiedy Jagiellonia najbardziej tego potrzebowała. Stał się najlepszym zagranicznym strzelcem w historii Ekstraklasy. Takich zawodników się pamięta.
Imaz ma już swoje miejsce w historii klubu bez względu na to, czy w tym sezonie strzeli pięć, dziesięć czy piętnaście bramek. Ale właśnie dlatego można mówić o nim uczciwie. Legenda też może być słabsza. A Imaz jest dziś po prostu w słabej formie.
Nie chodzi nawet o same gole, bo napastnik czy ofensywny pomocnik może przez kilka tygodni ich nie zdobywać. Bardziej martwi sposób, w jaki wygląda w meczu. Coraz częściej drepta. Coraz częściej znajduje sobie przestrzeń, ale już nie zawsze zdąży ją wykorzystać. Bywają długie fragmenty, w których właściwie nie jest pod grą. Piłka krąży, Jagiellonia próbuje przyspieszyć, a Imaz pozostaje gdzieś pomiędzy liniami i czeka na moment. Kiedyś właśnie w takim momencie wystarczyło mu pół metra i pół sekundy. Teraz mam wrażenie, że potrzebuje trochę więcej czasu. A tego czasu na wysokim poziomie nikt nie zamierza mu podarować.
To nie jest tylko kwestia dzisiejszego spotkania. W Krakowie z Wisłą wyglądało to podobnie. Mecz płynął, a Imaz przez duże fragmenty właściwie się w nim nie pojawiał. Niby był ustawiony tam, gdzie powinien, niby cały czas trzeba było mieć go na oku, ale realnego wpływu na grę było niewiele.
W Pireusie z Olympiakosem różnica intensywności jeszcze mocniej obnażyła problem. Rywal gra szybciej, agresywniej, natychmiast doskakuje i wtedy doświadczenie nie zawsze wystarcza. Możesz świetnie czytać grę, ale jeśli przeciwnik jest pierwszy przy piłce, zamyka przestrzeń i zmusza cię do kolejnego sprintu, organizmu nie oszukasz. W takich spotkaniach Imaz zaczyna wyglądać trochę jak człowiek z innej epoki tej drużyny. Nadal bardzo inteligentny piłkarsko, tylko coraz mniej pasujący do tempa, jakie Jaga sama chce narzucać.
I tu pojawia się problem dla Adriana Siemieńca, bo takie decyzje są najtrudniejsze. Łatwo odstawić młodego zawodnika, który ma trzy słabe mecze. Znacznie trudniej posadzić człowieka, który przez kilka sezonów ratował ci tyłek.
Jesus Imaz zdobył sobie prawo do szacunku, ale nie zdobył prawa do grania z urzędu. Nikt nie powinien. Jeśli trener zaczyna wystawiać „nazwisko” zamiast aktualnej formy zawodnika, prędzej czy później zapłaci za to drużyna. Zresztą Imazowi również nie zrobi się w ten sposób żadnej przysługi. Najgorszym sposobem obchodzenia się z legendą jest trzymać ją na boisku tak długo, aż kibice zaczną pamiętać bardziej końcówkę kariery niż wszystko, co było wcześniej. Być może więc problem nie brzmi: „czy Imaz jest jeszcze potrzebny?”, tylko: do czego Imaz jest dziś potrzebny?
Bo ja nadal chciałbym go mieć w kadrze. Nadal chciałbym mieć go na boisku w meczu, który jest na styku. Nadal chciałbym, żeby w 70. minucie, gdy stoperzy rywala zaczynają oddychać rękawami, wszedł zawodnik, który widział już praktycznie wszystko i potrafi jednym ruchem zgubić obrońcę. Nadal wolałbym, żeby piłkę w polu karnym dostał Imaz niż wielu młodszych i szybszych piłkarzy. Tylko być może nie potrzebuję już Imaza przez 90 minut. Być może potrzebuję go przez trzydzieści.
I może właśnie w tym miejscu zaczyna się najtrudniejszy etap każdej wielkiej kariery: kiedy trzeba zaakceptować, że nadal jesteś ważny, tylko już w inny sposób. Bo Jagiellonia zmienia się szybciej niż Imaz. Zespół chce biegać, pressować, odbierać wysoko, wymieniać pozycje i szybko reagować po stracie. Taki futbol brutalnie weryfikuje zawodników po trzydziestce. Inteligencją można oszukać jeden pojedynek, dwa, pięć. Nie oszuka się całego sezonu.
Jeżeli Imaz ma grać regularnie od pierwszej minuty, reszta drużyny musi czasami wykonywać za niego dodatkową pracę. To nie musi być problem, jeśli później on odda to bramką. Przez lata oddawał z nawiązką. Pytanie brzmi, czy nadal będzie robił to wystarczająco często. Dzisiejsze dwie zmarnowane setki tylko sprawiają, że to pytanie robi się coraz głośniejsze.
Jest w tym wszystkim jeszcze druga strona. Czy Jagiellonia jest potrzebna Imazowi? Tak. Chyba nawet bardziej niż wcześniej. Bo nigdzie indziej nie będzie już tym samym Jesusem Imazem. W Białymstoku nie musi walczyć o pamięć kibiców. Już ją ma. Nie musi udowadniać, że był wielkim piłkarzem Ekstraklasy. Już udowodnił.
Może więc pozwolić sobie na coś, na co wielcy zawodnicy czasami nie potrafią sobie pozwolić – na spokojne wejście w inną rolę. Nie każdy mecz od pierwszej minuty. Nie każde 90 minut. Czasem ławka. Czasem pół godziny. Czasem konkretne zadanie. To nie jest degradacja. To może być sposób na przedłużenie jego jakości.
Dlatego odpowiedź jest trochę niewygodna dla obu stron. Jagiellonia nadal potrzebuje Imaza. Tylko niekoniecznie tego Imaza, którego wszyscy próbujemy sobie przypominać. Imaz nadal potrzebuje Jagiellonii. Tylko musi zaakceptować, że Jagiellonia też poszła dalej. Najgorsze, co można teraz zrobić, to udawać, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. Widać to w nogach, w intensywności, w liczbie kontaktów z piłką i w sytuacjach, które kiedyś kończyły się automatycznie.
Nie odbiera mu to statusu legendy. Wręcz przeciwnie. Być może właśnie teraz trzeba tę legendę mądrze chronić. Bo wielkość zawodnika nie polega na tym, że gra zawsze. Czasami polega na tym, że nawet grając mniej, nadal potrafi zrobić coś, czego inni nie potrafią.
FAQ
Czy Jesus Imaz nadal jest ważnym piłkarzem Jagiellonii Białystok?
Tak. Jesus Imaz pozostaje jednym z najważniejszych zawodników w historii Jagiellonii i nadal może dawać drużynie jakość, szczególnie w określonych momentach spotkań. Dyskusja dotyczy jednak tego, czy powinien wciąż regularnie rozgrywać pełne 90 minut.
Czy Jesus Imaz powinien nadal wychodzić w podstawowym składzie Jagiellonii?
Jego obecna dyspozycja powoduje, że coraz częściej można zastanawiać się nad zmianą roli. Imaz może być bardzo wartościowym zawodnikiem również wtedy, gdy wchodzi z ławki i wykorzystuje swoje doświadczenie przeciwko zmęczonym rywalom.
Dlaczego forma Jesusa Imaza budzi wątpliwości?
Problemem nie jest wyłącznie liczba zdobywanych bramek. Zauważalne są również mniejsza dynamika, słabsza intensywność oraz mniejszy wpływ na grę w dłuższych fragmentach spotkań.
Jaką rolę Jesus Imaz może pełnić w Jagiellonii?
Może stać się zawodnikiem wykorzystywanym bardziej sytuacyjnie – wchodzącym w drugiej połowie, grającym przeciwko konkretnym rywalom albo pojawiającym się na boisku wtedy, gdy jego doświadczenie i poruszanie się w polu karnym mogą dać największą przewagę.
Czy słabsza forma Imaza zmienia jego status w historii Jagiellonii?
Nie. Bez względu na dalszy przebieg jego kariery Jesus Imaz pozostaje jednym z najważniejszych zagranicznych piłkarzy w historii Jagiellonii Białystok oraz jednym z najbardziej skutecznych obcokrajowców w historii Ekstraklasy.






