Brak hitowych spotkań na ten moment.
Brak hitowych spotkań na ten moment.
Rusza Ekstraklasa – koszulki klubów PKO BP Ekstraklasy na tle stadionu
Rusza nowy sezon PKO BP Ekstraklasy. Każdy narzeka, ale każdy czeka na pierwszy gwizdek.

Każdy narzeka, każdy czeka. Rusza Ekstraklasa, czyli dość słaba liga w coraz ładniejszym opakowaniu

Rusza Ekstraklasa. I jak co roku mamy ten sam paradoks: wszyscy narzekają, ale wszyscy czekają. Jedni mówią, że poziom jest słaby, drudzy, że mecze bywają nie do oglądania, trzeci, że to liga chaosu, przypadku i piłkarskich rozczarowań. A potem przychodzi piątek, godzina 18:00, Radomiak gra z Wieczystą, wieczorem Pogoń z Legią, w sobotę Jagiellonia z Koroną, Górnik ze Śląskiem, Lech z Cracovią i człowiek znowu sprawdza terminarz, jakby miał przed sobą Ligę Mistrzów.

Opakowanie ligi przez Canal+ to największy fenomen tej ligi. Stadionowo, telewizyjnie, marketingowo i organizacyjnie. Ekstraklasa zrobiła duży krok do przodu. Transmisje wyglądają dobrze, grafiki są eleganckie, zapowiedzi mają tempo, social media klubów pracują, koszulki są coraz ładniejsze, a mecze opakowuje się tak, jakby za chwilę na murawę mieli wyjść piłkarze gotowi rozegrać spektakl. Czasem nawet wychodzą. Ale czasem wychodzi klasyczek w stylu Zagłębie – Piast, poniedziałek, godzina 19:00, a w głowie kibica od razu pojawia się wynik 0:0, trzy celne strzały, dwie żółte kartki i komentarz, że „obie drużyny miały swój plan”. Ekstraklasa potrafi wyglądać jak dobry serial na HBO, ale wciąż niestety niejednokrotnie podjeżdża scenariuszem przedstawienia z lokalnego domu kultury.

Teza jest brutalna, ale uczciwa: poziom sportowy dalej nie nadąża za opakowaniem. Liga jest coraz lepiej sprzedawana, ale nie zawsze coraz lepiej grana. Dużo mówi się o atrakcyjności, emocjach, nieprzewidywalności i widowisku, a mniej o tym, że nieprzewidywalność często wynika nie z wielkiej jakości, tylko z błędów, chaosu i braku stabilności. Do tego liga znów straciła kilku zawodników, którzy naprawdę coś znaczyli. Pululu pożegnał się z Jagiellonią po okresie, w którym był jedną z twarzy całej ligi; klub oficjalnie komunikował jego odejście, a media przypominały, że w Białymstoku stał się piłkarzem kluczowym. Pankov pożegnał się z Legią, później długo przewijał się w transferowych kontekstach i ostatecznie zniknął z warszawskiej układanki. Jagiellonia wcześniej sprzedała Oskara Pietuszewskiego do FC Porto za kwotę mogącą dojść do 10 milionów euro, a latem Bartosz Mazurek trafił do Red Bull Salzburg. Też za miliony. Ponadto, Jonatan Braut Brunes odejdzie do Czech lada moment.

Ekstraklasa lubi mówić, że sprowadza ciekawych zawodników, ale w tym samym czasie bardzo szybko traci tych, którzy zaczynają wyglądać ponad ligę albo przynajmniej dają jej rozpoznawalność. To jest nieustanny obieg: ktoś odpala, ktoś go sprzedaje, ktoś przychodzi za darmo, ktoś ma się odbudować, ktoś ma być „okazją”, a kibic ma wierzyć, że akurat tym razem z okazji wyjdzie jakość. Transferowo okno jest jeszcze dalekie od zamknięcia, bo letni okres transferowy w Polsce trwa od 1 lipca do 9 września. To ważne zastrzeżenie. Dzisiejsze oceny mogą się jeszcze zmienić, bo kluby będą kupować, wypożyczać, łatać dziury po słabym starcie, panikować po kontuzjach i reagować na eliminacje do europejskich pucharów. Ale po pierwszych ruchach widać kilka tendencji.

Korona Kielce rzuciła na rynek konkretne pieniądze. Widzew z Karolem Świderskim zrobił transfer, który sam w sobie podnosi poziom zespołu i całej ligi. Wieczysta weszła do Ekstraklasy bez kompleksów i z nazwiskami, które nie wyglądają jak typowa bieda beniaminka. Lech, Legia, Raków i Jagiellonia myślą o pucharach, ale każdy z tych klubów ma własne znaki zapytania.

Najmocniej pachnie zmianą w Koronie i Widzewie. Patrik Hellebrand za 1,7 mln euro to transfer, który jeszcze niedawno w Kielcach brzmiałby jak żart z forum. Karol Świderski w Widzewie to ruch medialny, sportowy i finansowy jednocześnie – według doniesień kosztował około miliona euro, a jego pensja ma być jedną z najwyższych w lidze. To są transfery „na już”, z jasnym komunikatem: nie chcemy tylko przetrwać, chcemy namieszać. Tylko że „na już” jest w Polsce bardzo kuszące i bardzo niebezpieczne. Bo jeśli transfer jest na już, to znaczy, że ma dać wynik natychmiast. A kiedy wynik nie przychodzi natychmiast, zaczynają się nerwy, wymiany, tłumaczenia i klasyczne polskie pytanie: kto za to odpowiada?

Teraz potencjał. O mistrzostwo i puchary powinny grać przede wszystkim Lech, Legia, Raków i Jagiellonia. Lech jako mistrz Polski musi bronić statusu, choć odejścia i europejskie obciążenia zawsze komplikują życie. Legia z definicji jest skazana na walkę o tytuł. Zagadką jest Raków, zaś Jagiellonia będzie posiłkować się europejską tożsamością.

Do tej samej szerokiej grupy pucharowej dorzuciłbym Pogoń, Górnika, Koronę, Widzew i GKS Katowice. Pogoń zawsze jest klubem, który wygląda, jakby zaraz miał zrobić krok wyżej, a potem piłka przypomina jej, że „zaraz” może trwać wiele lat. Górnik po świetnym sezonie i grze w Europie będzie musiał pokazać, że nie był jednorazowym wyskokiem. Korona jest najciekawszym projektem inwestycyjnym poza największymi markami, ale duże transfery od razu podnoszą oczekiwania. Widzew ma nazwiska, stadion, emocje i Świderskiego, czyli wszystko, żeby być głośno – pytanie, czy będzie też równo. GKS Katowice jako pucharowicz ma prawo marzyć, choć będzie musiał pogodzić ligę z Europą, co dla polskich klubów bywa bardziej testem organizmu niż przygodą. Pełna stawka sezonu obejmuje 18 zespołów, w tym beniaminków: Śląsk Wrocław, Wisłę Kraków i Wieczystą Kraków.

Środek tabeli widzę jako największe bagienko tej ligi, w pozytywnym i negatywnym sensie. Cracovia, Motor, Piast, Radomiak, Zagłębie, Wisła Kraków, Śląsk i Wisła Płock mogą w różnych momentach sezonu wyglądać jak drużyny spokojne, ambitne albo kompletnie nieczytelne. Ekstraklasa ma tę właściwość, że pięć dobrych kolejek robi z ciebie kandydata do pucharów, a pięć słabych kolejek sprawia, że zaczynasz oglądać terminarz rywali z dołu tabeli. Cracovia ma potencjał organizacyjny i presję na coś więcej niż przeciętność. Motor potrafi być niewygodny i ma energię miasta, które chce żyć Ekstraklasą. Piast i Zagłębie to kluby, które często wyglądają jak definicja środka: niby za dobre na spadek, za mało ekscytujące na wielkie rzeczy. Radomiak bywa nieobliczalny, Wisła Kraków wraca z wielką marką, Śląsk z wielkim oczekiwaniem, a Wisła Płock z potrzebą udowodnienia, że nie będzie tylko tłem.

Walka o spadek, jak mawiałby Franiu Smuda, też będzie miała swoje grono. Najbardziej narażeni wydają się beniaminkowie, czyli Śląsk, Wisła Kraków i Wieczysta, choć każdy z zupełnie innego powodu. Śląsk ma markę i miasto, ale beniaminek po powrocie zawsze musi szybko udowodnić, że nie jest tylko sentymentem. Wisła Kraków ma kibiców, historię i ciężar koszulki, ale Ekstraklasa nie daje punktów za wspomnienia. Wieczysta ma pieniądze i ambicje, lecz bez własnego ekstraklasowego domu i z projektem budowanym mocno od góry będzie pod lupą od pierwszej kolejki. Do tej grupy ryzyka wrzuciłbym też Wisłę Płock, Radomiaka, Piasta i Zagłębie.

Najbardziej martwi jednak nie tabela, tylko kierunek całej ligi. Lepiej raczej szybko nie będzie, jeśli dalej będziemy budować zespoły krótkowzrocznie. Dużo piłkarzy przychodzi „na już”, wielu z zagranicy trafia tu jako próba odbudowy, okazja z końcówki kontraktu albo nazwisko, które kiedyś wyglądało ciekawie. Nie chodzi o to, że obcokrajowiec jest zły. To byłby absurd. Dobry zagraniczny piłkarz podnosi ligę. Problem zaczyna się wtedy, gdy zagraniczny zaciąg staje się zamiennikiem szkolenia, cierpliwości i odważnego wprowadzania własnych zawodników. Gdy klub nie ma wychowanka, nie ma cierpliwości, nie ma procesu, ale ma skautingową listę „wolny transfer, 28 lat, kiedyś Serie B”, to trudno mówić o rozwoju.

Programy typu Młodzieżowiec 2.0 pokazują, że system próbuje zachęcać kluby do dawania minut młodym zawodnikom i wychowankom, a w puli dla klubów Ekstraklasy przewidziano 10 milionów złotych. Tylko że sama zachęta nie stworzy jakości. Ona może pomóc tym, którzy już pracują dobrze. Nie zastąpi szkolenia, akademii, trenerów, boisk i odwagi. Jeśli młody zawodnik ma wejść do Ekstraklasy, musi wcześniej grać w środowisku, które go naprawdę rozwija. A prawda jest taka, że wiele meczów CLJ bywa zwyczajnie słabych: technicznie niedokładnych, decyzyjnie ubogich, zbyt fizycznych, za mało odważnych. Potem dziwimy się, że w seniorach brakuje piłkarzy gotowych do gry pod presją.

Pietuszewski czy Mazurek to piękne historie, ale nie wolno robić z nich dowodu, że system działa. To są raczej przypadki pokazujące, że talent mimo wszystko potrafi się przebić. Jagiellonia zrobiła znakomitą robotę, skoro potrafiła wypuścić zawodników za takie kwoty, ale jeśli cała liga ma się rozwijać, takich przypadków nie może być kilka. Muszą być dziesiątki. I nie tylko z dwóch-trzech klubów. Dopóki młody Polak będzie w wielu miejscach traktowany jako ryzyko, a przeciętny zagraniczny zawodnik jako „bezpieczniejsza opcja”, dopóty będziemy kręcić się w kółko: narzekać na poziom, sprzedawać pojedyncze perełki, ściągać zawodników na już i udawać, że to strategia.

A mimo wszystko będziemy oglądać. Bo Ekstraklasa ma w sobie coś, czego nie da się łatwo podrobić. Jest chaotyczna, nierówna, czasem irytująca, czasem zabawna, czasem absurdalna, ale jest nasza. Ma pełne stadiony w Łodzi, Poznaniu, Warszawie, Krakowie, Białymstoku czy Szczecinie. Ma lokalne konflikty, wielkie powroty, projekty z kasą, kluby po przejściach i trenerów, którzy co tydzień tłumaczą, że „detale zdecydowały”. Ma mecze, których człowiek żałuje po kwadransie, i mecze, które przypominają, że nawet w słabej lidze można dostać wielkie emocje.

Na starcie Ekstraklasy, jak co roku, nie wiadomo prawie nic. Poza jednym: wszyscy będą narzekać. I prawie wszyscy i tak będą czekać na pierwszy gwizdek.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej