To już kolejny artykuł z serii o piłce dziecięco-młodzieżowej w Polsce. Po tekstach o zabijaniu radości z gry oraz o tym, że talent często zaczyna się od jednego człowieka, warto zatrzymać się przy czymś pozornie małym, ale bardzo ważnym: przy języku. W polskiej piłce niejednokrotnie mówimy, że „szkolimy dzieci”. Szkolimy sześciolatków, szkolimy ośmiolatków, szkolimy roczniki, szkolimy przyszłych zawodników. Brzmi profesjonalnie, poważnie i systemowo. Problem w tym, że przy najmłodszych dzieciach słowo „szkolenie” potrafi ustawić myślenie w złą stronę. Bo dziecko nie jest produktem akademii, projektem do obróbki ani małym seniorem przygotowywanym do wykonania zadania. Dziecko najpierw trzeba uczyć grać w piłkę.
Samo słowo „szkolenie” nie jest oczywiście zakazane i nie ma sensu robić z niego wroga publicznego nr 1. W piłce juniorskiej, młodzieżowej czy seniorskiej ma swoje miejsce, bo zawodnik rzeczywiście przechodzi proces przygotowania technicznego, taktycznego, motorycznego i mentalnego. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy tym samym językiem opisujemy dzieci, które dopiero poznają piłkę, własne ciało, przestrzeń, kolegów z drużyny i podstawowe zasady gry. Sześciolatek nie potrzebuje jeszcze „procesu szkoleniowego” w rozumieniu dorosłej piłki. Potrzebuje ruchu, zabawy, kontaktu z piłką, odwagi, prostych decyzji i dobrej atmosfery. Potrzebuje trenera, który bardziej przypomina nauczyciela niż selekcjonera. Jeśli od początku mówimy o „szkoleniu”, łatwo za szybko wejść w świat wymagań, ocen, selekcji i wyniku.
Dziecko nie przychodzi na pierwszy trening po to, żeby zostać elementem systemu. Przychodzi, bo chce kopnąć piłkę, pobiegać, strzelić bramkę, założyć koszulkę, być częścią grupy i poczuć, że gra w piłkę jest „fajna”. Dla dorosłego to może brzmieć banalnie, ale właśnie w tej prostocie ukrywa się fundament. Jeśli dziecko polubi piłkę, będzie chciało wracać na trening. Jeśli będzie chciało wracać, będzie miało szansę uczyć się więcej. Jeśli będzie uczyć się więcej, dopiero wtedy można myśleć o dalszym rozwoju. Nie da się dobrze „szkolić” dziecka, które wcześniej nie poczuło radości z gry. Można je ustawić, można nauczyć kilku schematów, można wygrać turniej, ale bez miłości do piłki taki fundament będzie kruchy.
Z uwagi na powyższe w najmłodszych kategoriach lepszym słowem jest „nauczanie”. Nauczanie gry, nauczanie ruchu, nauczanie decyzji, nauczanie odwagi i nauczanie współpracy. Trener dzieci powinien uczyć, a nie tylko prowadzić trening według gotowego konspektu. Uczyć, jak przyjąć piłkę i nie bać się przeciwnika. Uczyć, że strata nie jest końcem świata. Uczyć, że można podać, ale można też spróbować dryblingu. Uczyć, że kolega z drużyny nie jest konkurentem do minut, tylko partnerem w grze. Uczyć, że porażka boli, ale nie odbiera wartości. To jest prawdziwa praca z dzieckiem, znacznie trudniejsza niż ustawienie najmocniejszego składu na weekendowy turniej.
W polskiej piłce za często próbujemy robić z dzieci małych profesjonalistów. Mówimy o modelach gry, fazach przejściowych, pressingach, strukturach, intensywności i realizacji założeń, zanim dziecko naprawdę nauczy się dobrze prowadzić piłkę pod presją. Oczywiście trener powinien mieć wiedzę, plan i świadomość tego, czego chce uczyć. Problem zaczyna się wtedy, gdy język dorosłej piłki przykrywa potrzeby dziecka. Dziesięciolatek nie musi rozumieć wszystkiego tak, jak zawodnik senior. Musi mieć dużo kontaktów z piłką, dużo sytuacji jeden na jeden, dużo decyzji, dużo prób i dużo przestrzeni do błędu. Jeśli od początku zamkniemy go w schemacie, może będzie bardziej „zdyscyplinowany”, ale często będzie mniej odważny. A bez odwagi nie ma prawdziwego grania.
Najbardziej widać to podczas meczów dzieci. Jedni trenerzy cały czas krzyczą, ustawiają, poprawiają, podpowiadają i niemal sterują zawodnikami z linii bocznej. Inni pozwalają dzieciom grać, podejmować decyzje, mylić się i samodzielnie szukać rozwiązań. Ten drugi model bywa trudniejszy, bo czasem oznacza stratę bramki, przegrany mecz albo chaos, który źle wygląda z boku. Ale właśnie w tym chaosie dziecko naprawdę się uczy. Jeśli trener podejmie za nie każdą decyzję, dziecko będzie tylko wykonawcą poleceń. Jeśli pozwoli mu zobaczyć sytuację, zareagować, popełnić błąd i spróbować znowu, zacznie budować rozumienie gry. A przecież celem nie jest wychowanie dzieci, które słyszą trenera. Celem jest wychowanie dzieci, które widzą boisko.
Słowo „szkolenie” ma jeszcze jedną pułapkę: bardzo łatwo łączy się z selekcją. Skoro szkolimy, to chcemy szybko wiedzieć, kto rokuje, kto odstaje, kto nadaje się do grupy mocniejszej, a kto nie pasuje do projektu. Tymczasem przy dzieciach rozwój nie idzie równo. Jedno dziecko wcześniej rośnie, drugie później dojrzewa, jedno szybciej łapie koordynację, drugie potrzebuje więcej czasu, jedno jest odważne od pierwszego treningu, drugie dopiero po kilku miesiącach zaczyna się otwierać. Jeśli patrzymy na to wyłącznie przez pryzmat „szkolenia zawodników”, łatwo za wcześnie kogoś skreślić. Jeśli patrzymy przez pryzmat nauczania, mamy więcej cierpliwości. Nauczyciel nie wyrzuca dziecka z matematyki tylko dlatego, że w pierwszym semestrze wolniej liczy. Trener dzieci też nie powinien rezygnować z zawodnika tylko dlatego, że dziś rozwija się wolniej niż rówieśnicy.
To nie znaczy, że w dziecięcej piłce wszystko ma być zabawą bez zasad. Przeciwnie, dobre nauczanie wymaga organizacji, konsekwencji i jakości. Dzieci powinny uczyć się punktualności, współpracy, odpowiedzialności, szacunku do trenera, kolegów i przeciwnika. Powinny poznawać podstawy techniki, zachowania boiskowe, proste zasady taktyczne i kulturę rywalizacji. Ale to wszystko musi być podane w sposób dostosowany do wieku. Trening dziecka nie może być kopią treningu dorosłych w mniejszym rozmiarze. Dziecko potrzebuje innych bodźców, innego języka, innej cierpliwości i innej skali oczekiwań. Jeśli potraktujemy je jak miniaturowego seniora, stracimy to, co w nim najcenniejsze: naturalność, ciekawość i spontaniczność.
Najlepsi trenerzy dzieci to często nie ci, którzy najgłośniej mówią o szkoleniu, ale ci, którzy naprawdę potrafią uczyć. Umieją zejść do poziomu dziecka, wytłumaczyć prosto trudną rzecz, dobrać ćwiczenie do możliwości grupy i zauważyć postęp, którego nie widać w wyniku meczu. Widzą, że dziecko, które jeszcze miesiąc temu bało się pojedynku, dziś pierwszy raz spróbowało dryblingu. Widzą, że ktoś, kto zawsze stał z boku, zaczyna wołać o piłkę. Widzą, że zawodnik po błędzie już nie płacze, tylko wraca do gry. To są małe rzeczy, ale właśnie z nich składa się prawdziwy rozwój. Tabelka turniejowa tego nie pokaże. Post na Facebooku też często tego nie pokaże. Ładne zdjęcie na Instagramie ani rolka Tik Toku też nie. Ale dobry trener wie, że takie momenty są ważniejsze niż puchar za trzecie miejsce.
Może zatem problem polskiej piłki zaczyna się wcześniej, niż zwykle myślimy. Nie przy reprezentacji, nie w Ekstraklasie, nie przy transferach i nawet nie przy kolejnym Narodowym Modelu Gry. Może zaczyna się wtedy, gdy na pierwszym treningu małego dziecka czy rodzica mówimy, że zaczynamy „szkolenie”. Może powinniśmy powiedzieć dużo prościej: chodź, nauczymy cię grać w piłkę. Nauczymy cię cieszyć się piłką, próbować, myśleć, współpracować, wygrywać i przegrywać. Potem przyjdzie czas na poważniejsze granie, specjalizację, wymagania i selekcję. Ale najpierw musi być dziecko, piłka i radość z tego, że można grać. Bo jeśli najpierw szkolimy, a dopiero potem próbujemy nauczyć miłości do futbolu, to od samego początku ustawiamy wszystko odwrotnie.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂








