Dzień Dziecka kojarzy się z uśmiechem, prezentami, turniejami, balonami, medalami i zdjęciami dzieci w za dużych koszulkach piłkarskich. Powinien być dniem lekkim, radosnym i pełnym prostego przypomnienia, że sport najmłodszych ma przede wszystkim dawać dzieciom szczęście. Niemniej jedna, gdy spojrzymy uczciwie na dziecięcą piłkę nożną w Polsce, ten obraz bardzo szybko traci swój koloryt. Za ładnymi grafikami, pamiątkowymi dyplomami i postami w mediach społecznościowych często kryje się system, który coraz częściej odbiera dzieciom to, co w futbolu najważniejsze – radość z gry. Piłka dziecięco-młodzieżowa w Polsce w wielu miejscach leży dziś w gruzach, bo zbyt często myli się szkolenie z selekcją, rozwój z wynikiem, a dziecięcą pasję z projektem sportowym dorosłych. Nie chodzi o to, żeby dramatyzować dla samego dramatyzowania, ale żeby wreszcie powiedzieć głośno, że problem istnieje. Ten tekst otwiera serię artykułów poświęconych piłce dziecięco-młodzieżowej w Polsce. Zaczynamy od pytania najważniejszego: czy w pogoni za wynikiem nie zabijamy dzieciom miłości do futbolu?
W dziecięcej piłce coraz częściej widać problem z przesadnym przywiązaniem do wyniku. Oczywiście nikt nie mówi, że dzieci mają grać bez emocji, bez rywalizacji i bez chęci wygrywania, bo sport bez tego traci swój naturalny smak. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy wynik meczu staje się ważniejszy niż rozwój zawodników, dobra atmosfera i radość z gry. Zdarza się, że trenerzy, rodzice albo całe otoczenie zbyt szybko zaczynają patrzeć na dziecięcy futbol jak na poważną seniorską rywalizację. Wtedy więcej minut dostają ci, którzy akurat dziś są silniejsi, szybsi albo bardziej skuteczni, a dzieci rozwijające się wolniej czekają na swoją szansę zdecydowanie dłużej. Nie zawsze wynika to ze złej woli, często raczej z presji otoczenia i przekonania, że zwycięstwo najlepiej potwierdza jakość pracy. Problem w tym, że w najmłodszych rocznikach (zwłaszcza w skrzacie, żaku i orliku) równie ważne jak wynik powinny być odwaga, nauka gry, próbowanie nowych rozwiązań i poczucie, że każdy jest częścią drużyny. Gdy dziecko zbyt wcześnie zaczyna czuć, że jego wartość zależy głównie od tego, czy pomaga wygrać mecz, to piłka bardzo szybko przestaje być beztroską przygodą.
Coraz częściej dzieci są selekcjonowane zbyt wcześnie, zbyt brutalnie i zbyt powierzchownie. Już w najmłodszych rocznikach pojawia się podział na tych „rokujących” i tych, którzy mają być tylko tłem dla bardziej zdolnych kolegów (sam znam przypadek, że trener jednej z niby topowych Akademii w Polsce skreślił 8latka słowami „nie rokuje”). W teorii wszyscy mówią o rozwoju, cierpliwości i indywidualnym podejściu, ale w praktyce wielu młodych zawodników bardzo szybko dostaje sygnał, że nie pasuje do wyścigu. Nie wszyscy grają w ligach, nie wszyscy dostają podobną liczbę minut, nie wszyscy są zabierani na turnieje i nie wszyscy czują, że klub naprawdę na nich czeka. Dzieci, które dojrzewają później, są niższe, słabsze fizycznie albo mniej przebojowe, bardzo często przegrywają nie dlatego, że nie mają potencjału, ale dlatego, że dorośli nie potrafią poczekać. Tymczasem rozwój dziecka nie odbywa się według jednej tabelki i jednego kalendarza. Jeden zawodnik błyszczy w wieku ośmiu lat, a potem stoi w miejscu, drugi rozwija się spokojniej i dopiero po kilku sezonach pokazuje prawdziwe możliwości. Krótkowzroczna selekcja niszczy tych drugich, zanim w ogóle dostaną szansę, żeby dojść do głosu.
Dużą odpowiedzialność ponoszą trenerzy, którzy zamiast patrzeć szeroko, często patrzą tylko na najbliższy weekend. W dziecięcej piłce zbyt łatwo pomylić dobrego trenera z trenerem, który dużo wygrywa. Jeśli zespół zdobywa puchary, rodzice są zadowoleni, klub wrzuca zdjęcia, a trener może powiedzieć, że jego rocznik „idzie mocno”. Tyle że prawdziwe szkolenie nie polega na tym, żeby ośmiolatków ustawić pod wynik, zamknąć im grę w kilku schematach i korzystać głównie z tych, którzy są dziś najsilniejsi. Prawdziwe szkolenie polega na tym, żeby rozwijać technikę, odwagę, decyzyjność, rozumienie gry i charakter, nawet jeśli po drodze przyjdą porażki. Trener krótkowzroczny chce wygrać sobotę, trener odpowiedzialny chce wychować zawodnika na lata. To ogromna różnica, choć w tabeli po meczu często jej nie widać. Najbardziej cierpią dzieci, bo to one płacą cenę za dorosłą potrzebę natychmiastowego sukcesu.
Swoje robią również rodzice, którzy bardzo często wchodzą w świat dziecięcej piłki z dobrymi intencjami, ale kończą jako dodatkowe źródło presji. Przy linii bocznej słychać podpowiedzi, pretensje, komentarze do sędziego, uwagi do trenera i porównywanie dzieci między sobą. Dziecko po meczu nie zawsze słyszy pytanie, czy dobrze się bawiło, ale często dostaje analizę błędów, ocenę podań i przypomnienie, że mogło bardziej powalczyć. Trudno się dziwić, że później młody zawodnik zaczyna grać nie po to, żeby próbować i uczyć się, ale po to, żeby nie zawieść dorosłych. A przecież dziecięca piłka powinna być miejscem bezpiecznym, w którym można stracić piłkę, źle podać, nie trafić do bramki i nadal czuć, że świat się nie zawalił. Rodzic powinien być kibicem, wsparciem i spokojnym zapleczem, a nie drugim trenerem, skautem i komentatorem w jednej osobie. Najprostsze zdanie po meczu brzmi czasem lepiej niż najbardziej fachowa analiza. „Fajnie było patrzeć, jak grasz” może dla dziecka znaczyć więcej niż cały wykład o ustawieniu ciała przy strzale.
W tym całym systemie najczęściej zapomina się, że nie każde dziecko zostanie piłkarzem zawodowym. I bardzo dobrze, bo dziecięca piłka nie powinna istnieć wyłącznie po to, żeby „produkować” profesjonalnych zawodników. Dla większości młodych ludzi futbol będzie przede wszystkim szkołą ruchu, współpracy, odpowiedzialności, emocji, relacji i radzenia sobie z porażką. To są wartości, które zostają na długo, nawet jeśli dziecko za kilka lat wybierze inny sport albo całkowicie inną drogę. Problem w tym, że jeśli od początku traktujemy dzieci jak materiał do selekcji, to wielu z nich nie dajemy szansy wynieść ze sportu nawet tych podstawowych korzyści. Zamiast przywiązania do aktywności fizycznej pojawia się zniechęcenie, zamiast odwagi – strach przed błędem, zamiast drużyny – poczucie bycia gorszym. To ogromna strata nie tylko dla klubów, ale też dla całego społeczeństwa. Bo nawet jeśli z danego rocznika nie wyjdzie zawodowiec, może wyjść człowiek, który przez sport nauczy się systematyczności, szacunku i pracy w grupie.
Dziecięca piłka potrzebuje dziś więcej cierpliwości, a mniej pośpiechu. Potrzebuje trenerów, którzy nie będą bali się rotować składem, dawać minut słabszym, tłumaczyć błędów i stawiać rozwój ponad chwilowy rezultat. Potrzebuje klubów, które nie będą budować wizerunku tylko i wyłącznie na pucharach, ale także na jakości pracy z każdym dzieckiem. Potrzebuje rodziców, którzy zrozumieją, że ich syn lub córka nie musi w wieku 9 lat grać jak przyszły reprezentant kraju. Potrzebuje też odwagi, żeby powiedzieć, że wygrywanie w dziecięcej piłce nie jest grzechem, ale obsesja wygrywania już nim bywa. Nikt rozsądny nie chce odbierać dzieciom rywalizacji, bo rywalizacja jest piękną częścią sportu. Chodzi jedynie o to, żeby rywalizacja nie zjadała zabawy, nauki i poczucia bezpieczeństwa. Jeśli dziecko po treningu chce wrócić na kolejny, to już jest pierwszy sukces szkoleniowy.
Dlatego przy okazji Dnia Dziecka warto złożyć najmłodszym piłkarzom nie tylko życzenia, ale też pewną obietnicę. Obietnicę, że dorośli przestaną robić z ich gry pole do własnych ambicji. Obietnicę, że trenerzy częściej spojrzą na rozwój niż na tabelę. Obietnicę, że rodzice częściej pochwalą za odwagę niż skrytykują za stratę piłki. Obietnicę, że kluby będą pamiętać o tych, którzy rozwijają się wolniej, są słabsi fizycznie albo po prostu potrzebują więcej czasu. To pierwszy artykuł z serii o piłce dziecięco-młodzieżowej w Polsce, dlatego nie zamykamy tematu, tylko go otwieramy. Chcemy przyjrzeć się kolejnym wątkom: selekcji, presji rodziców, pracy trenerów, ligom dziecięcym, turniejom, akademiom, szkoleniu technicznemu i temu, dlaczego tak wiele dzieci po kilku latach rezygnuje z futbolu. Napiszcie w komentarzach, co widzicie u siebie, jakie problemy są najważniejsze i które tematy powinniśmy zbadać w kolejnych publikacjach.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂








