Grafika do artykułu o talencie, Mai Chwalińskiej i problemach systemu szkolenia dzieci oraz młodzieży w polskim sporcie.
Talent zaczyna się od człowieka, który potrafi go zauważyć — historia Mai Chwalińskiej jako punkt wyjścia do rozmowy o szkoleniu młodych sportowców w Polsce.

Talent zaczyna się od człowieka. Czy w Polsce istnieje system szkolenia młodych piłkarzy?

To drugi artykuł z serii o piłce dziecięco-młodzieżowej w Polsce, choć tym razem zaczynamy nie od piłki nożnej, lecz od tenisa. Sukces Mai Chwalińskiej pięknie nadaje się do sportowej opowieści, bo nie zaczyna się od wielkiego kontraktu, błyszczącej akademii i sztabu ludzi w firmowych dresach. Zaczyna się dużo prościej: od Dąbrowy Górniczej, lokalnego naboru do tenisa, jednego trenera i dziecka, któremu ktoś otworzył drzwi do dyscypliny. To właśnie w takich historiach sport jest najprawdziwszy, bo zanim pojawią się kamery, rankingi, turnieje, nagrody i wywiady, musi wydarzyć się coś znacznie mniej efektownego. Ktoś musi zauważyć dziecko. Ktoś musi zaprosić je na zajęcia. Ktoś musi powiedzieć rodzicom: warto spróbować, bo może coś z tego będzie. Historia Chwalińskiej bardzo dobrze pokazuje problem wspólny dla całego sportu: talent najpierw musi trafić na człowieka, który potrafi go dostrzec. Bo talent bez człowieka, który go rozpozna, bardzo często zostaje tylko talentem niewykorzystanym.

Historia Chwalińskiej pokazuje coś, o czym w polskim sporcie mówi się za rzadko. Wielkie kariery bardzo często zaczynają się nie od systemu, ale od przypadku, lokalnej inicjatywy i pasji pojedynczych ludzi. Od trenera, który zostaje po godzinach. Od naboru, który ktoś zorganizował, choć nikt nie gwarantował, że wyjdzie z niego zawodniczka wielkiego formatu. Od małego środowiska, które może nie ma ogromnych pieniędzy, ale ma człowieka z okiem, cierpliwością i przekonaniem, że warto pracować z dzieckiem. I tu pojawia się niewygodne pytanie: ilu takich sportowców nigdy nie dostaje swojej szansy? Ilu nie trafia na nabór, nie spotyka właściwego trenera, nie ma pieniędzy na wyjazdy albo po prostu rodzi się w miejscu, gdzie nikt nie potrafi otworzyć mu drzwi? Chwalińska jest piękną historią, ale każda taka historia powinna nas nie tylko cieszyć, lecz także niepokoić. Bo jeśli sukces zależy od tego, czy dziecko przypadkiem spotka odpowiedniego człowieka, to znaczy, że system nie działa tak, jak powinien.

W piłce nożnej lubimy myśleć, że jest łatwiej, bo przecież wystarczy piłka, boisko i kilku kolegów. To piękny obrazek, ale coraz bardziej oderwany od rzeczywistości. Dziś młody piłkarz bardzo szybko trafia do świata składek, selekcji, lig, turniejów, obozów, dodatkowych treningów, sprzętu i oczekiwań. Teoretycznie piłka jest najprostszą dyscypliną świata, ale droga do poważniejszego szkolenia wcale nie jest już taka prosta. Dziecko z mniejszej miejscowości, słabszego finansowo domu albo środowiska bez mocnego klubu ma dużo trudniejszy start niż rówieśnik, który od początku trafił do dobrej akademii, z dobrym trenerem i mocnym zapleczem. Talent nadal jest ważny, ale coraz częściej nie wystarcza. Trzeba jeszcze mieć gdzie go rozwijać, u kogo trenować i kto będzie miał cierpliwość, żeby nie skreślić dziecka po dwóch słabszych miesiącach.

W piłce, tak jak w historii Chwalińskiej, najważniejsze miejsce zajmuje trener. Nie logo na koszulce, nie nazwa akademii, nie kolorowy folder i nie zdjęcie z turnieju, tylko człowiek, który codziennie pracuje z dzieckiem. Dobry trener potrafi zobaczyć więcej niż wynik weekendowego meczu. Widzi odwagę, sposób poruszania się, decyzyjność, reakcję po błędzie, charakter, zaangażowanie i to coś, czego nie da się wpisać w tabelkę. Zły albo krótkowzroczny trener widzi głównie wzrost, szybkość, fizyczność i aktualną przydatność do wygrania najbliższego meczu. I tu zaczyna się dramat wielu dzieci w polskiej piłce. Jedne dostają czas, wsparcie i cierpliwość, inne bardzo szybko słyszą niewypowiedziany komunikat: nie jesteś nam potrzebny. A przecież w wieku 8, 9 czy 10 lat nikt nie powinien być traktowany jak projekt do natychmiastowej oceny.

Małe środowisko może być ogromną siłą, jeśli ma odpowiednich ludzi. W lokalnym klubie trener często zna dziecko, rodziców, szkołę, problemy, charakter i codzienność młodego zawodnika. Może stworzyć atmosferę, której nie da się kupić pieniędzmi. Może dać dziecku poczucie bezpieczeństwa, pewności siebie i przynależności. Może sprawić, że piłka stanie się nie tylko treningiem, ale miejscem, do którego chce się wracać. Problem w tym, że małe środowiska są często zostawione same sobie. Brakuje im sprzętu, boisk, trenerów, pieniędzy, wsparcia metodycznego i realnej opieki ze strony większego systemu. A potem dziwimy się, że dzieci z mniejszych miejscowości odpadają, zanim ktokolwiek z poważnej piłki zdąży je zobaczyć.

Wsparcie nie musi od razu oznaczać milionów. Czasem wsparciem jest dobrze zorganizowany nabór, dofinansowanie wyjazdu, szkolenie dla trenera, dostęp do boiska, prosty program dla lokalnych klubów albo możliwość konsultacji z kimś bardziej doświadczonym. Czasem wystarczy, żeby dziecko nie musiało odpadać tylko dlatego, że rodziców nie stać na kolejny obóz, dodatkowy trening czy dojazd do większego miasta. W polskim sporcie za często mówimy o talentach dopiero wtedy, gdy już wygrają, awansują albo podpiszą kontrakt. Dużo rzadziej interesuje nas etap, w którym talent jest jeszcze niepewny, kruchy i wymagający opieki. A to właśnie wtedy decyduje się najwięcej. Mistrza nie buduje się w dniu finału, tylko wtedy, gdy jako dziecko popełnia błędy i ktoś nadal pozwala mu próbować.

Najgorsze jest to, że system jako taki bardzo często nie pomaga, tylko przeszkadza. Zabija naturalność, bo zbyt wcześnie wprowadza presję wyniku. Zabija cierpliwość, bo trenerzy i kluby chcą efektu od razu. Zabija różnorodność, bo dzieci z mniejszych miejscowości, mniej zamożnych rodzin albo później dojrzewające fizycznie mają pod górkę od samego początku. Zabija pasję, bo zbyt szybko zamienia sport w selekcję, ranking i wyścig. Oczywiście są dobre akademie, świetni trenerzy i miejsca, gdzie pracuje się mądrze. Ale jako całość polski sport zbyt często opiera się na pasji jednostek, a nie na sprawnym systemie. Jeśli pojawia się sukces, natychmiast wszyscy chcą się przy nim ogrzać. Gdy talent dopiero potrzebuje pomocy, bardzo często zostaje sam.

W piłce nożnej widzimy to szczególnie wyraźnie. Mamy tysiące dzieci na treningach, mnóstwo turniejów, coraz więcej akademii, ładniejsze stroje, lepsze grafiki i większą aktywność w mediach społecznościowych. Ale czy mamy więcej dobrze wyszkolonych zawodników? Czy mamy trenerów, którym system realnie pomaga się rozwijać? Czy mamy drogę przejścia z małego klubu do większego bez chaosu, znajomości i przypadku? Czy umiemy chronić dziecko, które rozwija się później, ale może mieć ogromny potencjał? Czy potrafimy szkolić technicznie, odważnie i długofalowo, zamiast wygrywać mecze siłą fizyczną w wieku 9 lat? Można mieć Narodowy Model Gry, prezentacje, konferencje i hasła o rozwoju, ale na końcu wszystko rozstrzyga się na zwykłym treningu, przy zwykłym dziecku i zwykłym trenerze.

Dlatego sukces Mai Chwalińskiej warto potraktować nie tylko jako tenisową historię, ale jako lustro dla całego polskiego sportu. Jedna lokalna inicjatywa, jeden trener i jedno zauważone dziecko mogą zmienić bardzo wiele. Ale system nie powinien liczyć na szczęście, przypadek i pojedynczych zapaleńców. System powinien sprawiać, że takie historie nie są wyjątkiem, tylko naturalnym efektem dobrej pracy u podstaw. Na koniec warto jest sformułować pytania o fundamenty: trenerów, środowisko, wsparcie i drogę dziecka od pierwszych zajęć do poważnego sportu. W piłce nożnej od lat mówimy o reformach, modelach, programach, szkoleniu, akademiach i talentach. Tyle że wciąż za często największą różnicę robi nie system, lecz człowiek, który mimo systemu robi swoje. I może właśnie dlatego pytanie nie brzmi, czy w Polsce rodzą się talenty. Talenty rodzą się wszędzie. Prawdziwe pytanie brzmi: czy w Polsce jest system szkolenia?

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej