Korona Kielce jeszcze niedawno była klubem, który bardziej kojarzył się z walką o płynność niż z ofensywą transferową. Przez lata w Kielcach najważniejszym pytaniem nie było „kogo kupić?”, tylko „jak przeżyć sezon?”. Miasto dopłacało, klub łatał budżet, a transfery częściej wyglądały jak polowanie na okazje niż jak budowanie kadry za konkretne pieniądze. Dlatego obecne ruchy robią wrażenie. Patrik Hellebrand za ok. 1,7 mln euro, Kamil Jakubczyk za ok. 1 mln euro, Ariel Mosór za ok. 0,5 mln euro. Według Transfermarkt Korona już na początku okna 2026/27 wydała ok. 3,2 mln euro na transfery przychodzące. Jak na kieleckie realia to „wiekopomna chwila”.
Najkrótsza odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: Korona ma pieniądze, bo ma nowego prywatnego właściciela, który zaczął klub realnie finansować. Nie z jednego magicznego sponsora, nie z nagłego boomu na bilety, nie z praw telewizyjnych, które nagle zrobiły z Kielc finansowego giganta. Za obecnym przyspieszeniem stoi model właścicielski: kapitał, pożyczki, dokapitalizowanie i ryzyko wzięte na siebie przez rodzinę Maciejczyków.
To bardzo ważne rozróżnienie. Klasyczny sponsoring wpływa do rachunku jako przychód. Wpłaty właściciela i podwyższenia kapitału poprawiają płynność, ale nie znaczą automatycznie, że klub sam zaczął zarabiać dużo więcej. Korona nie stała się nagle bogata jako organizacja. Korona dostała właściciela, który zaczął ją pompować kasą.
Punkt startowy był daleki od luksusu. W marcu 2025 roku kieleccy radni zgodzili się na sprzedaż 99% akcji Korony spółce Korona Forever za 108 tysięcy złotych. Sama cena wyglądała symbolicznie, ale tylko dla kogoś, kto patrzy na klub jak na zwykłą paczkę akcji. W praktyce razem z akcjami nowy właściciel brał na siebie obowiązek dokapitalizowania klubu kwotą 6 mln złotych, bieżące finansowanie, ryzyko sportowe i odpowiedzialność za płynność. Miasto zachowało 1% akcji i zapowiedziało dalsze wsparcie: 2 mln złotych rocznie na promocję poprzez sport oraz 300 tys. złotych rocznie na szkolenie dzieci i młodzieży do 2030 roku.
Tak niska cena akcji nie była więc promocją życia, tylko odzwierciedleniem sytuacji spółki. Sprawozdanie za sezon 2024/25 pokazywało ujemny kapitał własny na poziomie ok. 1,88 mln złotych, stratę netto ok. 4,66 mln złotych i ponad 113 mln złotych strat z lat ubiegłych. W tym samym tekście wskazano, że w roku obrotowym 2024/25 kapitał akcyjny Korony podwyższono o 10,8 mln złotych, z czego 7,8 mln objęła Gmina Kielce, a 3 mln Korona 4ever. Po dniu bilansowym zarejestrowano kolejne podwyższenie kapitału o 3 mln złotych, a główny akcjonariusz udzielił klubowi pożyczki 1,05 mln złotych. Do końca czerwca 2026 roku planowano też kolejne podwyższenie kapitału o 4,5 mln złotych.
To pokazuje mechanizm. Korona nie kupuje dziś dlatego, że sama wygenerowała potężną nadwyżkę operacyjną. Korona kupuje, bo właściciel zdecydował się wejść szybciej i mocniej, niż zakładał pierwotny plan. Jeszcze przy przejęciu mówiono o budżecie 30 mln złotych w sezonie 2025/26, 32 mln w 2026/27 i 35 mln w 2027/28, przy celach sportowych odpowiednio: 12., 10. i 8. miejsce w Ekstraklasie. Potem rzeczywistość przyspieszyła. Lokalne media podawały w marcu 2026 roku, że po aktualizacji wydatków budżet przekroczył 40 mln złotych, a prezes Leszek Czarny mówił wprost, że właściciel „co miesiąc zasila klub znaczącymi kwotami”.
Skąd Łukasz Maciejczyk ma pieniądze? Z biznesu, przede wszystkim z zaplecza rodzinnego skupionego wokół spółek związanych z produkcją gilz i filtrów papierosowych. Najważniejszą firmą w tej układance jest G.M.B.T. Magnus S.A. ze Skórnic. Według danych BizRaport, spółka w 2025 r. osiągnęła ok. 197,8 mln złotych przychodów i ok. 23,18 mln złotych zysku netto. W poprzednich latach również pokazywała wysokie przychody: ok. 148,5 mln złotych w 2024 roku i ok. 146,7 mln złotych w 2023 roku. To nie są liczby małego lokalnego przedsiębiorcy, który rzucił się na klub sercem i modlitwą. To zaplecze biznesowe, które daje możliwość prywatnego finansowania klubu na poziomie niedostępnym dla starej, miejskiej Korony.
Jednocześnie trzeba postawić granicę: publicznie nie widać pełnej ścieżki prywatnych pieniędzy, które trafiają do klubu. Nie można uczciwie napisać, że „konkretna spółka operacyjna sfinansowała konkretny transfer”. Widać za to finansowanie właścicielskie, podwyższenia kapitału, pożyczki i biznesowe zaplecze rodziny Maciejczyków. Zwrócić uwagę należy na istotny szczegół: biznes tytoniowy nie może w prosty sposób wejść do sportu jako klasyczny sponsor z logo na koszulce, bo przepisy ograniczają sponsorowanie sportu przez firmy tytoniowe. To tłumaczy, dlaczego model wygląda bardziej jak prywatne finansowanie właścicielskie niż typowa umowa sponsorska z marką na froncie koszulki.
Korona nadal ma też normalne źródła przychodów: dzień meczowy, karnety, merchandising, prawa mediowe, umowy marketingowe, sponsorów, wsparcie miasta i transfery wychodzące. Według raportu Grant Thornton „Finansowa Ekstraklasa” za sezon 2024/25 Korona miała 33,9 mln złotych przychodów ogółem i zajęła 13-ste miejsce w lidze pod względem przychodów. Klub uzyskał też 6,5 mln złotych przychodów transferowych, głównie dzięki sprzedanemu do Widzea Mariuszowi Fornalczykowi. Dla porównania: Legia miała 230,9 mln złotych przychodów, Lech 145,3 mln, Raków 142,9 mln, a Jagiellonia 129,2 mln. Korona nie jest więc jeszcze finansowym mocarzem Ekstraklasy. Jest klubem z dolnej połowy tabeli przychodów, który dostał prywatną, mocną kroplówkę.
W tym właśnie tkwi sedno obecnej sytuacji. Transfery Korony są duże przede wszystkim w skali samej Korony. Dla Lecha, Rakowa czy Legii wydanie kilku mln euro w oknie nie musi wywracać stolika. Dla Kielc to przełom, bo jeszcze niedawno rekordy transferowe klubu wyglądały zupełnie inaczej. Transfery Hellebranda, Jakubczyka czy Mosóra pokazują, że Korona przestała wyłącznie czekać na okazje i zaczęła licytować zawodników, których chcą też inni. To jest inny rodzaj rozmowy z rynkiem. Kiedyś piłkarz mógł zapytać: „czy Koronę stać?”. Teraz klub chce, żeby pytał: „jaki projekt proponują Kielce?”.
I tu przypomniała mi się historia Pawła Strąka, byłego piłkarza m.in. Wisły Kraków. Jechał on na negocjacje z Górnikiem Zabrze z założeniem, że chciałby dostać 20 tys. zł/msc. Przedstawiciel klubu rozpoczął rozmowę od narzekania na pustki w kasie, po czym zaproponował 40 tys. zł. Wtedy menedżer Strąka, Radosław Osuch, przytomnie stwierdził, że piłkarz tej klasy powinien zarabiać 60 tys. zł. Górnik zaakceptował tę kwotę. W efekcie Strąk podpisał kontrakt za trzykrotnie więcej, niż początkowo sam chciał. Klasyczna historia o tym, jak Górnik za czasów Allianz sam podbijał stawki, zanim zawodnik zdążył rozpocząć negocjacje. Czy tak będzie z Koroną?
Po co Maciejczyk to wszystko robi? Oficjalnie: żeby zbudować stabilny, mocniejszy klub. W praktyce: żeby skrócić drogę. Normalnie klub z przychodami na poziomie Korony musiałby latami budować bazę, scouting, akademię, sponsorów i stopniowo podnosić jakość kadry. Maciejczyk próbuje kupić czas. Najpierw dopłacić, podnieść poziom sportowy, zwiększyć atrakcyjność drużyny, poprawić frekwencję, sprzedaż, wartość zawodników i pozycję negocjacyjną wobec sponsorów. Jeśli to zadziała, Korona przejdzie z klubu „na utrzymanie” do klubu, który realnie walczy o górną połowę tabeli, a potem może o europejskie puchary. Jeśli nie zadziała, zostanie z wyższymi kontraktami, kosztami amortyzacji transferów i uzależnieniem od kolejnych wpłat właściciela.
Plany nie dotyczą tylko pierwszej drużyny. Władze klubu mówią o rozwoju akademii, infrastrukturze i centrum treningowym. Lokalne media relacjonowały, że klub postawił skyboxy, remontuje pomieszczenia na stadionie, pracuje nad zapleczem i chce rozwijać bazę treningową w Kielcach przy udziale miasta oraz środków z Ministerstwa Sportu. To ważne, bo jeśli Korona ma wyjść z modelu „właściciel płaci, klub wydaje”, musi zwiększyć własną wartość strukturalną. Sama drużyna jest najdroższą reklamą projektu. Akademia, baza, skyboxy, loże, frekwencja i sponsorzy mają być tym, co projekt utrzyma, kiedy pierwszy zastrzyk emocji minie.
Największe ryzyko jest oczywiste: czy przychody powtarzalne nadążą za ambicjami. W raporcie Grant Thornton Łukasz Maciejczyk deklarował, że po zmianach właścicielskich sytuacja finansowa klubu się ustabilizowała, płynność nie jest zagrożona, a plany zakładają pozyskiwanie nowych sponsorów, kolejne umowy marketingowe, wzrost wpływów z biletów i karnetów, nowe loże stadionowe oraz większą sprzedaż gadżetów. To jest logiczny plan. Tyle że plan musi zacząć zarabiać, bo właścicielskie pieniądze nie mogą być jedyną nogą stołu.
Na dziś fakty są takie: pieniądze są właścicielskie, źródłem siły jest prywatny biznes rodziny Maciejczyków, miasto nadal dokłada do promocji i szkolenia, budżet urósł szybciej niż pierwotnie zakładano, a transfery są próbą przeskoczenia kilku etapów naraz. To nie jest bajka o biednym klubie, który nagle znalazł worek z pieniędzmi. To jest test, czy w Kielcach da się zbudować prywatnie finansowany projekt piłkarski, który po pierwszej fali dopłat nauczy się zarabiać na siebie. Czy moim zdaniem to się uda? Na pewno to projekt na 4–6 lat – trzeba cierpliwości.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂









