Jagiellonia jest dziś w newralgicznym miejscu. Z jednej strony to klub, który w ostatnich latach przestał być sympatyczną historią z Podlasia, a stał się jedną z najbardziej konsekwentnych piłkarskich marek w Polsce. Mistrzostwo, regularna gra w Europie, wielkie transfery wychodzące, piłkarze sprzedawani za kwoty, o których w Białymstoku jeszcze niedawno można było tylko marzyć. Z drugiej strony kibic patrzy na aktualne okno transferowe i ma prawo zapytać: skoro klub sprzedaje za grube miliony, to dlaczego nie kupuje jak klub, który faktycznie chce się rozpychać w Europie?
To pytanie nie bierze się z histerii. Ono bierze się z prostego rachunku. Oskar Pietuszewski odszedł zimą do Porto za kwotę, którą różne źródła podawały w przedziale od ok. 8 mln euro podstawy do 10 mln euro z bonusami i procentem od kolejnej sprzedaży. Bartosz Mazurek ma kosztować Red Bull Salzburg ok. 7,5 mln euro plus dodatki. To są pieniądze, które zmieniają skalę myślenia o klubie. To nie są już „fajne sprzedaże jak na Jagiellonię”. To są transfery, które lokują klub w zupełnie innej rozmowie.
I właśnie dlatego obecne ruchy przychodzące wyglądają na razie bardziej jak ostrożne szukanie wartości niż jak ofensywa klubu, który co roku chce grać w pucharach. Michał Perchel z Puszczy Niepołomice to młody bramkarz, ruch z potencjałem, ale nie transfer, który zmienia temperaturę dyskusji. Nik Prelec, słoweński napastnik z Oxford United, podpisał kontrakt do 2029 roku, a w CV ma Sampdorię, Cagliari, WSG Tirol, Austrię Wiedeń i Oxford. To nazwiska brzmiące ciekawie, ale też kariera pełna zakrętów, wypożyczeń i prób odbudowy. Rodrigo Conceição z CD Tondela, portugalski prawy obrońca, według doniesień ma kosztować ok. 400 tys. euro i podpisać dwuletnią umowę. To wszystko może się obronić, ale na papierze nie wygląda jak jasny komunikat: „wchodzimy na wyższy poziom”.
Najłatwiej powiedzieć: spokojnie, przecież Jagiellonia już raz trafiła Pululu. Przyszedł piłkarz bez wielkiego rozgłosu, bez marketingowego huku, bez transferowej fanfary, a skończył jako jedna z najważniejszych postaci nowej historii klubu. Tyle że właśnie tu zaczyna się problem. Nie można budować całej polityki sportowej na nadziei, że znów uda się znaleźć Pululu. Takie historie są piękne, ale są wyjątkami, nie planem strategicznym. Pululu napisał w Białymstoku kapitalny rozdział, odszedł po wygaśnięciu kontraktu, a pobyt w Jagiellonii zakończył 56 bramkami i statusem króla strzelców Ligi Konferencji. Tego nie zastępuje się samą wiarą w scouting.
Jagiellonia nie jest już klubem na dorobku. To jest najważniejsza granica w tej dyskusji. Klub na dorobku może mówić: nie przepłacamy, szukamy okazji, musimy być sprytni, każdy grosz oglądamy dwa razy. Klub regularnie grający w Europie, sprzedający wychowanków za 7–10 milionów euro i mający ambicje utrzymania się w czubie Ekstraklasy też powinien być rozsądny, ale sama oszczędność nie może być jego główną strategią. Za jakość trzeba płacić. Za gotowego piłkarza trzeba płacić. Za przewidywalność trzeba płacić. Za to, żeby trener nie musiał przez trzy miesiące odbudowywać zawodnika po zakrętach kariery, też trzeba płacić.
Oczywiście Jagiellonia ma jeden ważny atut: czas. Europejskie puchary nie zaczynają się dla niej od pierwszej rundy. Białostoczanie startują od trzeciej rundy eliminacji Ligi Europy, a pierwszy mecz tej fazy zaplanowano na 6 sierpnia. To daje chwilę oddechu. Nie trzeba panikować w połowie lipca tak, jak panikowałby klub grający już za kilka dni z rywalem z Kazachstanu, Irlandii czy Mołdawii. Ale to nie znaczy, że można przeciągać wszystko bez końca. Zespół potrzebuje czasu na zgranie, napastnik potrzebuje automatyzmów, obrońca potrzebuje relacji z bramkarzem, a trener potrzebuje kadry przed najważniejszym momentem lata, nie po nim. A liga tuż-tuż…
W tle jest też większa sprawa: ośrodek treningowy. Od miesięcy przewija się temat dużej inwestycji Jagiellonii w bazę. Według medialnych doniesień klub planuje centrum treningowe za ok. 100 mln złotych, z minimum sześcioma boiskami i szkołą mistrzostwa sportowego. Pisano również, że klub dysponuje znaczącą częścią środków, a reszty szuka m.in. w dotacjach i wsparciu zewnętrznym. Jeśli więc pieniądze ze sprzedaży zawodników są gromadzone pod infrastrukturę, trzeba to uczciwie powiedzieć. Kibic może nie być zachwycony, że pieniądze nie idą w całości na kadrę, ale zrozumie, że klub buduje fundament pod przyszłość. Gorzej, jeśli nikt jasno nie tłumaczy proporcji: ile idzie na drużynę, ile na ośrodek, ile na bezpieczeństwo finansowe.
Tu pojawia się jeszcze jeden wrażliwy temat, często wskazywany przez kibiców jako przyczyna praktycznie wszystkich nieszczęść: struktura właścicielska. Jagiellonia jest sportową spółką akcyjną i ma wielu akcjonariuszy. Oficjalna strona klubu wymienia wśród nich m.in. MTC Plus, ASDEX, Artura Laskowskiego, Jarosława Łukaszewicza, Wiesława Wołoszyna, Fargotex, Piotra Laskowskiego i kolejne osoby oraz podmioty. Naturalne jest więc pytanie kibica: czy klub akumuluje pieniądze tylko pod rozwój, czy także pod interes właścicielski? Dostępne informacje ze sprawozdań wskazują, że zysk netto za 2025 rok miał zostać przeznaczony na rozwój Akademii Piłkarskiej, w tym np. budowę akademii, metody szkoleniowe, trenerów i współpracę z lokalnymi klubami. Kibicowskie hasło „udziałowcy chcą zarobić” jest zrozumiałym fanowskim podejrzeniem, ale na dziś nie powinno być przedstawiane jako fakt o wypłatach ze spółki. Chyba że o czymś nie wiemy 🙂
I właśnie ta niejasność budzi emocje. Kibice Jagiellonii nie są tylko niecierpliwi. Oni są trochę zawiedzeni. To nie jest oczekiwanie transferu za transferem dla samego hałasu. To jest poczucie, że klub wszedł na poziom, na którym trzeba wysyłać mocniejsze sygnały.
Niemniej jednak po stronie Jagiellonii jest mocny argument obronny: ten klub już wiele razy udowadniał, że widzi coś wcześniej niż kibice. Wiele razy patrzyliśmy na transfer i pytaliśmy: kto to jest? Po kilku miesiącach okazywało się, że ktoś w klubie wiedział więcej. Adrian Siemieniec też wiele razy wyciągał z piłkarzy więcej, niż można było zakładać po CV.
Jagiellonia stała się mocna nie dlatego, że kopiowała Legię, Lecha czy Raków, tylko dlatego, że miała własną logikę. I tej logiki nie można przekreślać tylko dlatego, że lipcowa prezentacja transferowa nie robi jeszcze efektu „wow”.
Plusem jest również to, że klub wzmacnia zaplecze. Po odejściu Łukasza Masłowskiego nowym dyrektorem sportowym został Radosław Kucharski. Do sztabu dołączyli Maciej Idczak, Maciej Majdowski i Wiktor Kask, czyli ludzie od przygotowania motorycznego i analizy. Wcześniej klub wzmacniał też obszar przygotowania fizycznego Martinem Bielcem. To nie są transfery, które sprzedają karnety, ale pokazują, że Jagiellonia myśli o strukturze.
W klubie grającym ligę i Europę sztab, analiza, regeneracja i przygotowanie motoryczne nie są dodatkiem. Są warunkiem przeżycia sezonu. Każdy widział, jak wygląda grudzień i maj w przypadku większości piłkarzy Jagi. Jagiellonia w sierpniu i lutym to zupełnie inny zespół.
Wydaje się, że Jagiellonia nie robi nic nielogicznego, ale robi za mało, żeby kibic mógł spać spokojnie. Sprzedaże Pietuszewskiego i Mazurka pokazują, że klub umie kapitalizować rozwój. Plan budowy ośrodka pokazuje, że pieniądze nie muszą znikać w próżni. Wzmocnienia sztabu pokazują, że klub rozumie wymagania gry na kilku frontach. Ale transfery do pierwszej drużyny na razie nie nadążają za skalą ambicji, którą sam klub stworzył własnymi sukcesami.
Kibicom zostaje zaufać. I to nie jest puste zdanie. Jagiellonia naprawdę zapracowała na kredyt zaufania. W ostatnich latach wiele razy wydawało się, że zaraz coś się posypie, a potem wychodziło lepiej, niż przewidywali sceptycy. Tyle że kredyt zaufania też ma termin spłaty.
Jeśli zespół dobrze zacznie ligę, przejdzie pierwszego rywala w Europie i Prelec okaże się nowym realnym numerem dziewięć, dzisiejsze nerwy zostaną wyśmiane. Jeśli jednak Jaga przegra trzy pierwsze mecze, odpadnie z pucharów i nagle zacznie szukać wzmocnień w pośpiechu, ta sama ostrożność zostanie nazwana brakiem ambicji.
Na dziś pytanie brzmi: dokąd Jagiellonia chce polecieć? Czy z pilotem, czy bez? Czy chce być klubem, który co roku sprzedaje młodych za miliony i spokojnie buduje infrastrukturę? Czy klubem, który wykorzysta ten moment, żeby na stałe wejść do polskiego topu i nie bać się płacić za jakość?
Najgorszy byłby wariant pośredni: sprzedawać jak klub europejski, kupować jak klub na dorobku i tłumaczyć wszystko cierpliwością. Bo cierpliwość jest cnotą tylko wtedy, gdy na końcu widać plan. Jeśli widać tylko kasę na koncie i oszczędne transfery, to nawet najbardziej wyrozumiały kibic w końcu zapyta: Jagiellonio, dokąd lecisz?
Wczoraj na stadionie Jagiellonii Sanah dosłownie pokazała, jak się lata, a dziś kibice mogą tylko zapytać, czy podobnie wysoko poleci sportowy projekt klubu. Bo jeśli Jaga ma już skrzydła, pieniądze i europejski pas startowy, to najwyższy czas pokazać, że nie chodzi tylko o piękny lot nad stadionem, ale o kierunek, który naprawdę prowadzi wyżej.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂









