Trener i grupa dzieci na boisku piłkarskim z napisem „Akademia czy przechowalnia?”
Duża akademia nie zawsze oznacza lepszy rozwój. Dla dziecka najważniejsze są gra, minuty na boisku i realna uwaga trenera.

Akademia czy przechowalnia? O dzieciach, które trenują, ale nie grają

W polskiej piłce dziecięcej bardzo łatwo zachwycić się dużą akademią. Ładne logo, kilka boisk, jednakowe dresy, zdjęcia z turniejów, sztab trenerów, podział na grupy i komunikat, że klub prowadzi szkolenie w wielu rocznikach. Dla rodzica brzmi to jak obietnica porządku, jakości i większych możliwości. Dla dziecka może to być ekscytujące, bo nagle trafia do miejsca, które wygląda poważniej niż mała lokalna szkółka. Problem zaczyna się wtedy, gdy po kilku miesiącach okazuje się, że dziecko rzeczywiście trenuje, ale prawie nie gra. Ma większy herb na koszulce, ale mniej minut na boisku. I wtedy trzeba zadać niewygodne pytanie: czy to jeszcze akademia, czy już przechowalnia dzieci, które opłacają system, ale nie są jego realną częścią?

Znam drużyny, które w jednym roczniku mają po trzy zespoły zgłoszone do rozgrywek. Na papierze wygląda to imponująco, bo można powiedzieć: mamy szerokie szkolenie, dużo dzieci, kilka poziomów zaawansowania i pełną strukturę. Tyle że za tymi trzema zespołami bywają jeszcze dzieci z czwartej i piątej grupy, które już w żadnych rozgrywkach nie uczestniczą. One przychodzą na treningi, płacą składki, zakładają ten sam dres, czasem pojawiają się na klubowych zdjęciach, ale mecz ligowy oglądają z daleka albo wcale. Ich piłkarska rzeczywistość zaczyna ograniczać się do dwóch treningów w tygodniu i okazjonalnego sparingu, jeśli akurat ktoś znajdzie termin, boisko i przeciwnika. W teorii są zawodnikami akademii. W praktyce są dziećmi trenującymi obok prawdziwego życia drużyny.

Trzeba tu uważać, żeby nie pomylić dwóch zupełnie różnych spraw. Nie chodzi o roszczeniowego rodzica, który po miesiącu treningów żąda pierwszego składu, opaski kapitana i kompletu minut w każdym meczu. Są rodzice, którzy rzeczywiście przesadzają, naciskają, nie rozumieją procesu i myślą, że składka automatycznie kupuje miejsce w wyjściowej 7-ce, 9-ce czy 11-ce. Ale jest też druga strona medalu, o której mówi się znacznie ciszej. Czasami rodzic przychodzi zupełnie spokojnie i mówi: my nie oczekujemy cudów, nie oczekujemy gry w pierwszej drużynie, nie oczekujemy pucharów, ale dziecko potrzebuje czegoś więcej niż same treningi i mecz od święta. I trudno się z tym nie zgodzić. Bo piłki nożnej nie da się nauczyć wyłącznie na treningu.

Mecz jest dla dziecka czymś innym niż trening. Na treningu można zatrzymać ćwiczenie, poprawić ustawienie, powtórzyć podanie i wytłumaczyć decyzję. W meczu dziecko musi samo zobaczyć przestrzeń, podjąć ryzyko, przegrać pojedynek, wrócić po stracie, zareagować na wynik i poczuć odpowiedzialność wobec drużyny. To właśnie tam „wychodzi” charakter, koncentracja, odwaga i rozumienie gry. Dziecko, które tylko trenuje, może technicznie wykonywać ćwiczenia, ale niekoniecznie uczy się futbolu w jego najważniejszej postaci. Bo piłka nożna nie jest zbiorem zadań treningowych. Piłka nożna jest grą, a gry najlepiej uczy się przez granie.

Duże akademie mają dziś mnóstwo dzieci i to samo w sobie nie musi być złe. Popularność piłki jest dobra, dzieci powinny się ruszać, a kluby powinny być otwarte na różne poziomy zaawansowania. Problem zaczyna się wtedy, gdy liczba dzieci rośnie szybciej niż jakość organizacji. Pierwsza drużyna ma trenera, ligę, turnieje, opiekę i jasny plan. Druga jeszcze jakoś funkcjonuje. A potem zaczyna się szara strefa: trzecia, czwarta grupa, piąta grupa, dzieci mniej zaawansowane, później rozwijające się, słabsze fizycznie albo po prostu takie, które nie mieszczą się w aktualnej selekcji. One też mają prawo do rozwoju, ale zbyt często dostają tylko treningowy abonament.

Oczywiście klub może powiedzieć, że wystawienie kolejnego zespołu to nie jest prosta sprawa. I będzie miał rację. Rozgrywki kosztują, sędziowie kosztują, boiska kosztują, transport kosztuje, opieka trenerska kosztuje, a organizacja dodatkowej drużyny wymaga czasu i ludzi. Nie każdy klub ma możliwości, żeby zgłosić trzeci, czwarty czy piąty zespół w roczniku i regularnie zapewniać mu mecze. Tylko że wtedy trzeba uczciwie powiedzieć rodzicom, na czym polega oferta. Jeśli dziecko jest w grupie treningowej bez realnej perspektywy gry, rodzic powinien to wiedzieć od początku. Najgorsza jest sytuacja, w której akademia sprzedaje marzenie o rozwoju, a w praktyce część dzieci staje się zapleczem finansowym dla tych, którzy grają naprawdę.

Najbardziej boli model, w którym najsłabsze dzieci trafiają do jednej ogromnej grupy i pracuje z nimi jeden trener. Trzydzieści albo więcej dzieci, jeden człowiek, jedno boisko albo jego fragment i oczekiwanie, że z tego ma powstać rozwój. Można oczywiście zrobić zajęcia, można rozstawić ćwiczenia, można zapanować nad grupą, jeśli trener ma doświadczenie i charakter. Ale nie oszukujmy się: przy takiej liczbie dzieci indywidualizacja jest fikcją albo luksusem pojawiającym się na kilka sekund. Najmocniejsi i tak znajdą piłkę, najodważniejsi i tak będą widoczni, a ci słabsi jeszcze łatwiej schowają się w tłumie. I potem dziwimy się, że dziecko nie robi postępu, choć w rzeczywistości przez większość czasu było tylko jednym z trzydziestu numerów na liście obecności.

W takim układzie pojawia się brzydkie, ale prawdziwe słowo: składkowicze. To dzieci, które formalnie są częścią akademii, ale sportowo znajdują się na marginesie jej zainteresowania. Ich obecność pomaga utrzymać strukturę, opłacić trenerów, boiska i działalność klubu, ale one same nie zawsze dostają proporcjonalną jakość. To bardzo niewygodny temat, bo nikt nie chce powiedzieć rodzicowi: pana dziecko nie jest dla nas priorytetem, ale składka się przyda. Łatwiej mówić o procesie, cierpliwości, pracy u podstaw i potrzebie czasu. Tyle że proces bez meczów, bez odpowiedniej liczby trenerów i bez realnego planu bardzo szybko staje się pustym hasłem. A dziecko nie rozwija się od samego przebywania w akademii.

Nie chodzi o to, żeby każdy grał tyle samo, zawsze i bez względu na zaangażowanie. Sport uczy rywalizacji, odpowiedzialności i tego, że na pewne rzeczy trzeba zapracować. Różnice w minutach są naturalne, różnice w poziomie też są naturalne, a trener ma prawo dobierać skład do meczu, ligi i celów szkoleniowych. Ale czym innym jest rozsądna rotacja, a czym innym sytuacja, w której część dzieci praktycznie nie ma swojego boiska meczowego. Czym innym jest uczenie dziecka, że musi trenować, by grać więcej, a czym innym trzymanie go przez miesiące w systemie, w którym nawet dobra praca niewiele zmienia, bo nie ma dla niego drużyny w rozgrywkach. To już nie jest selekcja. To jest organizacyjna ślepa uliczka.

Duże akademie często powtarzają, że mają lepsze środowisko. Czasem rzeczywiście mają: lepszą infrastrukturę, mocniejszych trenerów, większą liczbę grup, lepszą organizację i wyższy poziom rywalizacji. Ale to wszystko ma sens tylko wtedy, gdy dziecko faktycznie z tego korzysta. Jeśli młody zawodnik trafia do dużej akademii, ale ląduje w grupie trzydziestu dzieci, bez regularnego grania i bez realnej uwagi trenera, to wielki herb staje się dekoracją. Mniejszy klub, który daje mu mecze, odpowiedzialność, relację i czas na boisku, może być dla niego lepszym miejscem. Nie bardziej efektownym, nie bardziej prestiżowym, ale lepszym szkoleniowo. A w piłce dziecięcej to powinno znaczyć najwięcej.

Rodzice też muszą nauczyć się zadawać inne pytania. Nie tylko: jaki to klub, jaka liga, jaki dres i ile dzieci trenuje w akademii. Trzeba pytać: ile dzieci jest w grupie, ilu trenerów prowadzi zajęcia, czy dziecko będzie miało mecze, jak często grają słabsze grupy, czy istnieje realna ścieżka przechodzenia między zespołami i co się dzieje z zawodnikami, którzy nie mieszczą się w pierwszych drużynach. To są pytania ważniejsze niż zdjęcie na tle dużego herbu. Bo dziecko może być w pięknej akademii i stać w miejscu. Może też być w małym klubie i co tydzień robić krok do przodu, bo gra, popełnia błędy i czuje, że jest komuś potrzebne.

Trenerzy w dużych akademiach również są często ofiarami tego systemu. Dostają zbyt liczne grupy, zbyt mało przestrzeni, zbyt dużo oczekiwań i zbyt mało realnych narzędzi. Jeden trener z trzydziestką dzieci nie jest cudotwórcą. Może mieć serce, wiedzę i dobre intencje, ale fizyki nie oszuka. Nie zobaczy wszystkiego, nie poprawi każdego, nie da każdemu wystarczającej liczby powtórzeń i nie zbuduje relacji z każdym dzieckiem na takim poziomie, jakiego wymaga prawdziwe szkolenie. Dlatego problem nie polega tylko na trenerach. Problem polega na modelu, w którym akademia przyjmuje więcej dzieci, niż jest w stanie sensownie prowadzić.

Najuczciwiej byłoby rozdzielić dwa pojęcia: nabór i szkolenie nauczanie. Nabór to przyjęcie dziecka do klubu. Nauczanie to stworzenie mu warunków, w których może się rozwijać. W polskiej piłce dziecięcej zbyt często chwalimy się tym pierwszym, a zbyt rzadko rozliczamy z drugiego. Pełne grupy wyglądają dobrze w statystykach, szerokie roczniki dobrze brzmią w materiałach promocyjnych, a zdjęcia z dużą liczbą dzieci budują wizerunek akademii. Tylko że sama liczba dzieci nie jest dowodem jakości. Czasem jest wręcz dowodem, że klub świetnie prowadzi rekrutację, ale niekoniecznie równie dobrze prowadzi proces.

Dlatego „akademia czy przechowalnia” to pytanie, które powinno wybrzmieć mocno. Jeśli dziecko trenuje, ale nie gra, to trzeba zapytać, jaki jest plan. Jeśli grupa liczy ponad 25 osób na jednego trenera, trzeba zapytać, jak wygląda realna jakość pracy. Jeśli klub ma pięć grup w roczniku, ale tylko dwie uczestniczą w rozgrywkach, trzeba zapytać, co dzieje się z resztą. Jeśli słabsze dzieci są wrzucane do jednego worka, trzeba zapytać, czy ktoś naprawdę chce je rozwijać, czy tylko utrzymać przy składce. To nie są pytania przeciwko akademiom. To są pytania w obronie dzieci.

Na końcu trzeba powiedzieć rzecz najprostszą. Dziecko nie rozwija się od samego noszenia herbu. Nie rozwija się od bycia na liście, w systemie, w aplikacji i na klubowym zdjęciu. Dziecko rozwija się wtedy, gdy ma kontakt z piłką, trenerem, grą, błędem, rywalem i odpowiedzialnością. Jeśli duża akademia potrafi to dać, świetnie. Jeśli nie potrafi, to nie powinna udawać, że sam rozmiar jest jakością. Bo w piłce dziecięcej nie chodzi o to, ilu zawodników klub potrafi przyjąć. Chodzi o to, ilu naprawdę potrafi prowadzić.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej