PZPN znowu chce ratować polską piłkę przepisem. Tym razem chodzi o planowany limit Polaków w kadrach meczowych klubów Ekstraklasy, czyli pomysł, który na pierwszy rzut oka brzmi bardzo rozsądnie. Skoro w lidze gra coraz mniej krajowych zawodników, skoro selekcjonerzy reprezentacji coraz rzadziej mają z czego wybierać, a kluby coraz chętniej sięgają po przeciętnych obcokrajowców, to trzeba coś z tym zrobić. W teorii limit Polaków ma zmusić kluby, żeby bardziej patrzyły na rodzimych piłkarzy, dawały im miejsce w kadrze i nie budowały zespołów wyłącznie na zagranicznym imporcie. Problem polega jednak na tym, że polskiej piłki nie da się naprawić samą liczbą wpisaną do regulaminu. Można nakazać klubowi mieć ośmiu albo dziesięciu Polaków w kadrze meczowej, ale nie da się nakazać, żeby ci Polacy byli dobrze wyszkoleni, odważni, gotowi do gry i realnie lepsi od sprowadzanych zawodników. To trochę jak z remontem domu, w którym pękają fundamenty, a właściciel postanawia przemalować ściany. Będzie wyglądało lepiej, ale tylko przez chwilę.
Według medialnych doniesień rozważany jest obowiązek posiadania w 20-osobowej kadrze meczowej określonej liczby piłkarzy z polskim paszportem. W przestrzeni publicznej pojawia się wariant ośmiu, a nawet dziesięciu takich zawodników. Nie chodzi więc o nakaz wystawiania Polaków w pierwszym składzie, tylko o ich obecność w meczowej dwudziestce. To ważna różnica, bo taki przepis może poprawić statystyki, ale wcale nie musi poprawić poziomu gry. Polski zawodnik może przecież siedzieć na ławce, wejść na pięć minut albo być dopisany do kadry tylko dlatego, że wymaga tego regulamin. Wtedy formalnie wszystko będzie się zgadzać, ale szkoleniowo nie zmieni się prawie nic. Kluby będą spełniały wymóg, działacze odtrąbią sukces, a problem dalej będzie ten sam: nie produkujemy wystarczającej liczby zawodników gotowych do poważnej rywalizacji. Jeżeli przepis ma być tylko sposobem na ładniejsze liczby w protokole meczowym, to nie będzie reformą, tylko kolejną polską protezą.
Największe pytanie brzmi: kiedy ta zmiana miałaby wejść w życie? Na dziś wygląda to raczej na pomysł do dyskusji niż gotowy przepis, który od razu zmieni Ekstraklasę. Mówi się o rozmowach, konsultacjach z klubami i szukaniu rozwiązania, które miałoby wzmocnić pozycję polskich piłkarzy. Same kluby mogą jednak słusznie podnosić, że takich zmian nie można wrzucać do regulaminu na ostatnią chwilę. Budowanie kadry, kontrakty, transfery, budżety i plany sportowe układa się z wyprzedzeniem, a nie kilka tygodni przed startem sezonu. Jeśli PZPN naprawdę chce wprowadzać limit Polaków, powinien zrobić to uczciwie, spokojnie i z jasnym okresem przejściowym. Inaczej znowu skończy się konfliktem federacji z klubami, konferencjami, przeciekami i klasycznym polskim chaosem organizacyjnym. Pomysł może mieć sens, ale tylko wtedy, gdy będzie częścią większej strategii.
Najciekawsze jest to, że jeszcze niedawno prezes Cezary Kulesza przy zmianach dotyczących przepisu młodzieżowca mówił, że „gra ma być nagrodą, nie nakazem”. I trudno się z tym zdaniem nie zgodzić, bo ono brzmi bardzo rozsądnie. Młody zawodnik powinien grać dlatego, że jest przygotowany, rozwinięty i gotowy do rywalizacji, a nie dlatego, że klub musi wypełnić regulamin. Tyle że teraz PZPN trochę wraca do logiki nakazu, tylko w innej formie. Już nie młodzieżowiec w składzie, już nie limit minut, ale określona liczba Polaków w kadrze meczowej. Można oczywiście powiedzieć, że to nie to samo, bo nikt nie każe trenerowi wystawiać tych zawodników od pierwszej minuty. Ale duch rozwiązania jest podobny: skoro system nie dostarcza jakości, próbujemy wymusić obecność administracyjnie. To jest właśnie największy problem polskiej piłki, tj. zamiast naprawiać źródło, co kilka lat wymyślamy nowy zawór bezpieczeństwa.
Jest tu jeszcze jeden problem, o którym w całej dyskusji trzeba mówić bardzo wyraźnie: prawo Unii Europejskiej. Limit Polaków brzmi prosto w studiu telewizyjnym, dobrze wygląda w nagłówku i łatwo sprzedać go kibicom jako walkę o dobro krajowego piłkarza. Tyle że futbol zawodowy nie działa w próżni, a piłkarz jest również pracownikiem korzystającym ze swobody przepływu osób na unijnym rynku pracy. Jeżeli przepis mówiłby wprost: „w kadrze meczowej musi być określona liczba Polaków”, to automatycznie rodzi się pytanie, co z obywatelem Hiszpanii, Czech, Francji, Niemiec, Portugalii czy Słowacji zatrudnionym przez klub w Polsce. Czy taki zawodnik ma być wypychany z kadry meczowej tylko dlatego, że nie ma polskiego paszportu? Po wyroku Bosmana europejska piłka dobrze wie, że bezpośrednie ograniczanie zawodników z innych państw UE ze względu na obywatelstwo to bardzo grząski teren. PZPN może więc zderzyć się nie tylko z oporem klubów, ale również z pytaniem, czy taki przepis da się obronić prawnie.
Dlatego w Europie częściej stosuje się inną konstrukcję: nie limit obywatelstwa, lecz limit zawodników wyszkolonych lokalnie. To jest bardzo ważna różnica. Zawodnik „home-grown” nie musi być Anglikiem, Niemcem, Hiszpanem czy Polakiem, tylko musi spełniać kryterium szkolenia w danym klubie albo w danym kraju przez określony czas w młodym wieku. Taki przepis też może budzić wątpliwości, bo pośrednio faworyzuje lokalny rynek, ale jest znacznie łatwiejszy do obrony niż prosty limit narodowościowy. UEFA od lat używa właśnie modelu zawodników wyszkolonych w klubie lub federacji, a nie prostego hasła: „tylu i tylu obywateli danego państwa”. To pokazuje, że jeśli PZPN chce naprawdę pójść w regulacje, powinien bardzo uważać na język i konstrukcję przepisu. „Polacy w kadrze” brzmi medialnie, ale „zawodnicy szkoleni w Polsce” może być prawnie bezpieczniejsze i szkoleniowo bardziej logiczne. Bo celem nie powinien być sam paszport, tylko realne szkolenie.
Ten prawny szczegół mocno obnaża słabość całego pomysłu. Jeśli celem jest rozwój polskiego piłkarza, to samo obywatelstwo niczego nie rozwiązuje. Polski paszport nie poprawia przyjęcia kierunkowego, nie uczy gry pod presją czy nie daje odwagi w pojedynku jeden na jeden. Oczywiście ktoś powie, że lepszy każdy Kowalki od jakiegoś no name typu Novakovic. Sensowniejsze jednak byłoby premiowanie klubów za realne szkolenie, czyli za zawodników wychowanych w akademii, przeprowadzonych przez kolejne etapy rozwoju i wprowadzonych do pierwszego zespołu. Wtedy przepis nie byłby tylko ochroną rynku pracy dla krajowych piłkarzy, ale próbą nagrodzenia tych klubów, które naprawdę inwestują w rozwój. Bo dziś można sobie wyobrazić sytuację absurdalną: klub spełnia limit Polaków, ale większość z nich sprowadza z rynku, nie szkoląc praktycznie nikogo samodzielnie. Formalnie wszystko się zgadza, tylko polskie szkolenie dalej stoi w miejscu. A przecież to właśnie szkolenie jest tu najważniejszym problemem.
Sławomir Kopczewski, wiceprezes PZPN do spraw szkolenia, mówił, że najważniejszy w rozwoju młodego zawodnika jest dobrze wyedukowany trener. I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo to zdanie powinno wisieć nad każdą dyskusją o limicie Polaków. Nie liczba Polaków w kadrze meczowej jest punktem wyjścia, tylko jakość ich szkolenia od dziecka do seniora. Jeżeli w akademiach brakuje cierpliwości, indywidualizacji, dobrej techniki, odwagi w grze, specjalizacji pozycyjnej, jakości treningu i rozsądnego przejścia z juniora do seniora, to żaden przepis tego nie przykryje. Można wpisać do protokołu ośmiu Polaków, ale jeśli oni wcześniej byli szkoleni przeciętnie, to nadal będą przeciętni. Można nakazać klubom patrzeć na krajowych zawodników, ale nie da się nakazać im zaufania do piłkarzy, którzy nie są gotowi. Limit może więc pomóc tylko wtedy, gdy za nim pójdzie realne podniesienie poziomu pracy u podstaw. Bez tego będzie to kolejna reforma zrobiona od końca.
Oskar Pietuszewski jest świetnym przykładem, ale właśnie dlatego trzeba uważać, żeby nie zrobić z niego alibi dla całego systemu. Takie talenty pojawiają się w Polsce, rozpalają wyobraźnię, trafiają na okładki, budzą zainteresowanie zagranicznych klubów i pozwalają przez chwilę udawać, że wszystko idzie w dobrą stronę. Tyle że Pietuszewski to raczej wyjątek niż dowód na zdrowie systemu. Jeśli raz na jakiś czas pojawia się zawodnik, o którym mówi cała liga, to oczywiście trzeba się cieszyć, ale nie można na tej podstawie ogłaszać sukcesu szkolenia. Prawdziwy system poznaje się nie po jednej perełce, tylko po regularności produkowania dobrze przygotowanych piłkarzy na wielu pozycjach. My bardzo często zachwycamy się jednostkami, a potem dziwimy się, że reprezentacja ma dziury, kluby wolą obcokrajowców, a młodzi Polacy albo wyjeżdżają za wcześnie, albo giną po drodze. Talent potrafi przebić się mimo systemu. Reforma powinna sprawić, żeby talent przebijał się dzięki systemowi.
Problem z polskim szkoleniem polega na tym, że od lat wszystko – brzydko mówiąc – leży i kwiczy nie dlatego, że nie mamy dzieci chętnych do gry. Mamy dzieci, mamy rodziców, mamy kluby, mamy akademie, mamy turnieje, mamy boiska i mamy ogromne emocje wokół piłki. Brakuje natomiast spójności, jakości, cierpliwości i realnej odpowiedzialności za rozwój zawodnika. W wielu miejscach nadal liczy się wynik w wieku dziesięciu lat, a nie to, czy dziecko uczy się grać odważnie, podejmować decyzje i rozumieć futbol. Zawodników selekcjonuje się zbyt wcześnie, trenerów często rozlicza się z tabel, a przejście z juniora do seniora bywa dla młodych piłkarzy ścianą nie do przebicia. Potem dziwimy się, że Ekstraklasa sprowadza zagranicznych zawodników, bo są tańsi, gotowi fizycznie i łatwiej ich wpisać w bieżący wynik. Klub piłkarski nie jest instytucją charytatywną, tylko organizacją sportową, która chce wygrywać (i zarabiać !) . Jeśli polski piłkarz ma grać, musi być realnie przygotowany, a nie tylko chroniony przepisem.
Limit Polaków może być więc plasterkiem, ale nie operacją. Może zmusić kluby do większej ostrożności przy budowaniu kadr, może zwiększyć obecność krajowych zawodników w meczowych protokołach i może trochę ograniczyć modę na hurtowe sprowadzanie przeciętnych obcokrajowców. Nie zrobi jednak najważniejszego: nie nauczy dzieci lepiej przyjmować piłki, nie poprawi decyzyjności, nie wykształci trenerów, nie zwiększy jakości treningu i nie rozwiąże problemu przejścia z akademii do seniorów. Jeśli PZPN chce naprawdę ratować polskich piłkarzy, to musi jeszcze raz zacząć od szkolenia, trenerów, infrastruktury, standardów pracy w akademiach i mądrego monitorowania rozwoju. Regulamin może pomóc, ale tylko jako dodatek do całości. Jeżeli stanie się głównym narzędziem, to za kilka lat będę pisał kolejny, identyczny felieton, tylko pod innym hasłem. Bo polskiej piłce nie brakuje kolejnych przepisów. Polskiej piłce brakuje dobrze wyszkolonych piłkarzy.
Dlatego dyskusja o limicie Polaków w Ekstraklasie jest potrzebna, ale nie może być wygodną ucieczką od trudniejszych pytań. Łatwo jest policzyć obywatelstwa w kadrze meczowej, trudniej policzyć zmarnowane roczniki, słabe treningi, źle prowadzoną selekcję i zawodników, którzy w wieku siedemnastu lat nie są gotowi do dorosłej piłki. Łatwo powiedzieć klubom: musicie mieć ośmiu Polaków. Trudniej stworzyć system, w którym trener Ekstraklasy sam chce wystawić Polaka, bo ten daje jakość, a nie dlatego, że musi się zgadzać regulamin. PZPN powinien więc uważać, żeby nie pomylić skutku z przyczyną. Celem nie powinno być to, żeby w protokole było więcej polskich nazwisk. Celem powinno być to, żeby polscy piłkarze byli na tyle dobrzy, że nikt nie będzie musiał ich sztucznie dopisywać do kadry. Jeśli tego nie zrozumiemy, limit Polaków stanie się tylko kolejnym hasłem w kraju, który od lat obiecuje reformę szkolenia, ale zbyt rzadko dowozi ją na boisku.
Autor
-
Założyciel i współwłaściciel DziennikPiłkarski.pl. Łączy analityczne podejście z pasją do sportu. IT Project Manager, ekspert branży HVAC, mówi w pięciu językach. Mieszka w Stavanger (Norwegia). Fan Leo Messiego, kibic Liverpoolu, Viking FK i Legii Warszawa. Inwestor na rynku akcji i kryptowalut, związany z obszarem nowych technologii. Szczęśliwy ojciec i mąż.








