Grafika ilustracyjna przedstawiająca mundial jako turniej dla wybranych, z motywami FIFA, pieniędzy, polityki, wiz i ograniczonego dostępu do stadionów.
Grafika ilustracyjna do artykułu „Mundial dla wybranych” o cenach biletów, polityce wizowej i barierach dostępu do MŚ 2026.

Mundial dla wybranych. Święto futbolu, na które nie wszystkich zaproszono

Mundial już się rozpoczął, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że zanim piłka na dobre zaczęła krążyć po boisku, największy turniej świata zdążył już przegrać kilka ważnych meczów poza murawą. Miał być futbolowy festiwal, globalne święto, spotkanie narodów, kibiców, kultur i emocji. Miał być turniej, który łączy, bo przecież właśnie tym FIFA od lat lubi reklamować mistrzostwa świata. Problem w tym, że mundial 2026 od początku wygląda także jak impreza dla wybranych. Dla tych, których stać na horrendalnie drogie bilety, dla tych, którzy przejdą przez polityczne sito wizowe, dla tych, którzy mają odpowiedni paszport, odpowiednie pochodzenie i odpowiednio dużo szczęścia. Piłka nożna zawsze lubiła mówić o równości, ale tym razem bardzo szybko przypomniała, że równość kończy się tam, gdzie zaczyna się cennik, granica i decyzja urzędnika.

Najbardziej widoczne są oczywiście ceny. Mundial w Ameryce Północnej miał być wielki, nowoczesny i rekordowy, ale dla zwykłego kibica coraz częściej oznacza to jedno: bardzo drogi. Bilety, podróże, hotele, transport między miastami, jedzenie, ubezpieczenie, wizy, czas wolny w pracy – to wszystko składa się na koszt, który dla wielu fanów jest po prostu zaporowy. FIFA może mówić o globalnym zasięgu i rekordowym zainteresowaniu, ale pytanie brzmi, kto tak naprawdę może usiąść na stadionie. Czy mundial nadal jest świętem kibiców, czy już wydarzeniem dla tych, którzy mają wystarczająco gruby portfel? Jeśli finał, półfinał albo nawet atrakcyjny mecz grupowy kosztują tyle, że przeciętny fan może tylko westchnąć i odpalić telewizor, to coś poszło bardzo nie tak. Stadion powinien być miejscem żywej piłki, a nie salonem wystawowym dla klientów premium.

Nie chodzi o to, żeby udawać, że wielkie wydarzenie sportowe może być tanie. Nie może. Organizacja mundialu kosztuje fortunę, stadiony kosztują, bezpieczeństwo kosztuje, logistyka kosztuje, a futbol od dawna jest częścią globalnego biznesu. Problem zaczyna się wtedy, gdy ceny przestają być kosztem uczestnictwa, a stają się narzędziem selekcji. Kiedy zwykły kibic musi wybierać między marzeniem życia a finansowym rozsądkiem, mundial traci kawałek swojej duszy. Kiedy rodzina, która przez lata czekała na turniej w swoim kraju, odkrywa, że wspólny wyjazd na mecz jest luksusem, trudno mówić o święcie dla wszystkich. Piłka ma magiczną zdolność łączenia ludzi z różnych warstw społecznych, ale tylko wtedy, gdy ci ludzie naprawdę mają do niej dostęp. Mundial za szklanym ekranem VIP-owskiej ceny nadal jest mundialem, ale już nie takim, o jakim opowiadają reklamowe hasła.

Drugi problem jest jeszcze poważniejszy, bo dotyczy polityki. Mistrzostwa świata miały łączyć, a od pierwszych dni widać, że polityka weszła na turniej głównymi drzwiami. Najgłośniejszym symbolem stała się sprawa sędziego z Somalii, Omara Artana, który miał pisać piękną historię jako pierwszy arbiter z tego kraju na mundialu. Zamiast tego został zatrzymany na granicy i nie dopuszczono go do udziału w turnieju. Można tłumaczyć to procedurami, bezpieczeństwem i decyzjami państwa gospodarza, ale dla świata futbolu obraz jest bardzo prosty: człowiek wybrany przez piłkarski system nie mógł wykonywać swojej pracy, bo zderzył się z systemem politycznym. Jeśli nawet arbiter z nominacją FIFA i ważnymi dokumentami może zostać wykluczony z mundialu, to trudno potem mówić, że piłka jest ponad podziałami. Ona może chce być ponad podziałami, ale granica potrafi sprowadzić ją na ziemię w kilka minut.

Podobny cień wisi nad Iranem. Reprezentacja może wyjść na boisko, piłkarze mogą śpiewać hymn, kibice mogą patrzeć w telewizor, ale wokół całej sprawy od początku unosi się ciężka polityczna atmosfera. Wizy, ograniczenia, napięcia międzynarodowe, decyzje władz USA, niepewność dotycząca sztabów, mediów i kibiców – to wszystko sprawia, że mundial przestaje być wyłącznie turniejem sportowym. Dla jednych krajów udział w mistrzostwach oznacza prostą podróż, dla innych serię przeszkód, podejrzeń i decyzji administracyjnych. FIFA może powtarzać, że futbol łączy świat, ale trudno łączyć świat, jeśli część tego świata już na starcie musi tłumaczyć się ze swojego paszportu. Sportowcy z takich krajów grają nie tylko przeciwko rywalom. Grają też przeciwko politycznemu ciężarowi, którego sami nie wybrali.

Najbardziej niewygodne jest to, że FIFA bardzo chętnie korzysta z języka jedności, ale dużo gorzej radzi sobie z momentami, w których ta jedność wymaga realnej obrony. Łatwo mówić o wspólnocie, kiedy chodzi o ceremonie otwarcia, kolorowe spoty, dzieci z flagami i hasła na bandach reklamowych. Trudniej, gdy trzeba zmierzyć się z wizami, zakazami, polityką gospodarza i wykluczaniem ludzi, którzy formalnie powinni być częścią turnieju. Oczywiście FIFA nie kontroluje granic Stanów Zjednoczonych i nie wydaje decyzji imigracyjnych. Ale jeśli organizuje największą imprezę piłkarską świata w kraju, który prowadzi określoną politykę wizową, to nie może udawać zdziwienia, że ta polityka wchodzi do futbolu. Wybór gospodarza zawsze ma konsekwencje. Mundial nie odbywa się w abstrakcji, tylko w konkretnym państwie, z konkretnym rządem, prawem, napięciami i interesami.

W tle jest jeszcze amerykańska polityka i jej naturalna skłonność do traktowania wielkich wydarzeń jako pola wizerunkowego. Mundial w USA to nie tylko piłka, ale też bezpieczeństwo, dyplomacja, kontrola granic, komunikaty polityków i pokaz siły organizacyjnej. Dla FIFA to ogromny rynek, ogromne pieniądze i ogromna ekspozycja. Dla USA to okazja, żeby pokazać światu własną wersję gościnności, ale też własne zasady wpuszczania ludzi. I właśnie tu rodzi się zgrzyt. Bo mundial z definicji powinien być najbardziej otwartym turniejem świata, a jednocześnie odbywa się w rzeczywistości, w której otwartość jest mocno warunkowa. Jeśli chcesz przyjechać, musisz nie tylko kochać piłkę. Musisz jeszcze przejść przez polityczną bramkę, która dla jednych jest formalnością, a dla innych murem.

Dlatego hasło „mundial dla wybranych” nie jest tylko publicystyczną przesadą. To opis turnieju, który coraz wyraźniej pokazuje, że dostęp do futbolowego święta zależy od pieniędzy, paszportu, polityki i geografii. Bogaty kibic z właściwego kraju może kupić bilet, polecieć, zameldować się w hotelu i zrobić zdjęcie pod stadionem. Kibic z biedniejszego kraju, kraju objętego politycznymi napięciami albo kraju traktowanego z podejrzliwością może zostać przed ekranem, nawet jeśli kocha futbol dokładnie tak samo. Sędzia z Somalii może być wystarczająco dobry dla piłki, ale niewystarczająco bezpieczny dla granicy. Irański kibic może mieć reprezentację na mundialu, ale niekoniecznie realną drogę, by za nią pojechać. To nie jest obraz świata połączonego przez futbol. To obraz świata, który futbol tylko na chwilę podświetla.

Najsmutniejsze jest to, że na boisku pewnie i tak wydarzy się coś pięknego. Ktoś strzeli gola w ostatniej minucie, ktoś napisze historię małego kraju, ktoś wzruszy się podczas hymnu, ktoś wygra mecz życia, a kibice przez chwilę zapomną o cenach, wizach i polityce. Mundial nadal ma w sobie moc, której nie da się całkowicie zniszczyć nawet przez chciwość, biurokrację i geopolitykę. Ale właśnie dlatego trzeba o tym mówić. Bo jeśli piłka naprawdę ma łączyć, nie może być świętem z selekcją przy wejściu. Nie może udawać globalnej wspólnoty, gdy część kibiców i uczestników zostaje za drzwiami. Mundial powinien być największym spotkaniem futbolowego świata. Na razie zbyt często wygląda jak spotkanie tych, których świat akurat dopuścił do stołu.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej