Wyobraźmy sobie przez chwilę świat alternatywny. Polska wygrywa baraż ze Szwecją, Lewandowski strzela decydującego gola, a cały kraj wchodzi w stan dobrze znanej przedturniejowej gorączki. W telewizji ruszają programy specjalne, eksperci mówią o „nowym rozdaniu”, a na paskach informacyjnych pojawia się zdanie, którego żaden rozsądny naród nie powinien wypowiadać zbyt wcześnie: „drugie miejsce jest w zasięgu”. Nagłówki pokazują z kim Polska może zagrać w kolejnej fazie turnieju. Kibice kupują koszulki, dziennikarze rysują ustawienia, a selekcjoner przez kilka dni wygląda jak człowiek, który naprawdę uwierzył, że Polska potrafi rozegrać wielki turniej bez narodowej psychoterapii. Lewandowski ma być liderem, Zieliński artystą środka pola, a reszta drużyny ma przede wszystkim nie przeszkadzać historii. Wszyscy myślą, że skoro pokonaliśmy Szwecję, to logicznie rzecz biorąc, teraz świat powinien zacząć się nas bać. I tak rusza kolejny piękny polski mundial: najpierw nadzieja, potem matematyka, a później klasycznie zgodnie z Kazikiem… gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka.
Pierwszy mecz gramy z Tunezją i oczywiście zostaje on nazwany „meczem otwarcia”, choć w polskiej tradycji powinien od dawna nosić nazwę „meczu ostudzenia emocji”. Tunezja jest rywalem dokładnie z tej kategorii, która dla Polski bywa najbardziej niebezpieczna: teoretycznie do ogrania, lecz praktycznie zdolna zamienić nasze wielkie plany w narodową analizę błędów już po dziewięćdziesięciu minutach. Przed spotkaniem wszyscy powtarzają, że trzeba dobrze wejść w turniej, zagrać odważnie, wysoko podejść i od początku pokazać jakość. Po pierwszym gwizdku okazuje się jednak, że „odważnie” oznacza u nas dwa podania między stoperami i długą piłkę w stronę Lewandowskiego, który od razu zostaje sam z dwoma obrońcami oraz całym ciężarem polskiej historii. Tunezyjczycy nie robią nic kosmicznego, tylko biegają, przesuwają, grają prosto i wyglądają, jakby wiedzieli, po co wyszli na boisko. Polska natomiast wygląda, jakby jeszcze przez pierwsze pół godziny sprawdzała, czy mundial naprawdę już się zaczął. W 31. minucie Tunezja oddaje pierwszy naprawdę groźny strzał i oczywiście trafia, bo jak otwierać turniej, to z pełnym szacunkiem do tradycji.
Od tego momentu zaczyna się klasyczny polski scenariusz gonienia wyniku. Nagle gramy szybciej, ale głównie dlatego, że wcześniej graliśmy tak wolno, że każde przyspieszenie wygląda jak rewolucja przemysłowa. Lewandowski schodzi niżej po piłkę, bo jeśli nie zrobi tego sam, to piłka może nigdy nie dowiedzieć się, że ma do niego dotrzeć.
Zieliński próbuje znaleźć przestrzeń między liniami, ale przestrzeń między liniami w naszej reprezentacji jest jak Yeti: wszyscy o niej mówią, mało kto ją widział. W końcówce próbujemy jeszcze wrzucać piłki w pole karne, licząc na przypadek, odbitkę, rykoszet albo cud z katalogu „polska myśl turniejowa”. Tunezja jednak broni się spokojnie, wybija piłkę tam, gdzie trzeba, kradnie kolejne sekundy i z każdą minutą wygląda coraz bardziej jak drużyna, która dokładnie wie, co robi. Przegrywamy z Tunezją 0:1, a trener rywali nie zostaje zwolniony po meczu jak to miało miejsce naprawdę, tylko zostaje okrzyknięty bohaterem narodowym.
Po pierwszym spotkaniu zaczyna się wielka narodowa analiza meczu z Tunezją. Jedni mówią, że to dopiero początek turnieju i nie można po jednym meczu przekreślać całej drużyny. Drudzy odpowiadają, że turnieju może nie przegrywa się w pierwszym meczu, ale można go sobie w nim bardzo skutecznie podpalić od środka. Selekcjoner mówi, że drużyna próbowała reagować, pokazała fragmentami charakter i nadal ma bazę do dalszej pracy. Kibice słyszą „baza do dalszej pracy” i zaczynają lekko drżeć, bo w polskiej piłce taka baza często oznacza, że fundamenty stoją, ale dach jest ze strzechy. Lewandowski w wywiadzie mówi, że trzeba lepiej wykorzystywać momenty, co wszyscy tłumaczą sobie jako elegancką wersję zdania: „podajcie mi czasem normalnie, zanim skończę karierę”. Dziennikarze zaczynają liczyć warianty przed meczem z Holandią, a Tunezja wraca do hotelu z poczuciem, że wygrała z Polską nie cudem, tylko cierpliwością, organizacją i prostym planem. I nagle okazuje się, że już po pierwszej kolejce jesteśmy dokładnie tam, gdzie czujemy się najpewniej: z kalkulatorem w ręku, miną człowieka po pożarze i nadzieją, że inni też będą uprzejmi się pomylić.
Drugi mecz z Holandią od początku pachnie polskim „meczem o wszystko”, choć matematycznie jeszcze nikt tego nie chce powiedzieć wprost (bo przecież mogą wyjść trzy drużyny). Holandia wychodzi na boisko z miną drużyny, która wie, co chce grać, a Polska z miną drużyny, która wie, czego chce uniknąć. Plan jest prosty: przetrwać początek, zamknąć środek, nie dać się rozciągnąć i znaleźć Lewandowskiego w jednej dobrej sytuacji. Problem polega na tym, że Holendrzy od pierwszych minut grają tak, jakby ktoś im powiedział, że polska defensywa nie lubi, gdy przeciwnik szybko wymienia podania. Już w 12. minucie mamy pierwszą nerwową interwencję, w 18. pierwszy rzut rożny, w 23. pierwsze spojrzenie bramkarza w stronę obrońców mówiące więcej niż konferencja prasowa. Polska próbuje odpowiedzieć kontrą, ale kontra kończy się tam, gdzie często kończą się nasze dobre intencje: na niedokładnym ostatnim podaniu. Wtedy komentator mówi, że „są zalążki”, a kibice wiedzą, że jeśli są zalążki, to pełna roślina raczej nie zdąży wyrosnąć przed 90. minutą.
Holandia w końcu strzela gola po akcji tak prostej, że aż bolesnej. Szybkie przeniesienie ciężaru gry, wejście bocznego obrońcy, płaskie dogranie i strzał Gakpo z pola karnego, przy którym nasi zawodnicy wyglądają, jakby przez sekundę podziwiali architekturę stadionu. Przegrywamy 0:1, ale paradoksalnie zaczynamy grać odważniej, bo Polska często najlepiej wygląda wtedy, gdy plan już nie obowiązuje. Lewandowski dostaje wreszcie dobre podanie, obraca się, uderza, bramkarz broni, a cały kraj przez następne pół godziny żyje zdaniem: „gdyby to wpadło, mielibyśmy inny mecz”. W 63. minucie selekcjoner robi podwójną zmianę, która ma dać energię, szerokość i świeżość, czyli trzy rzeczy, które w polskim futbolu zazwyczaj istnieją głównie w zapowiedziach. Przez chwilę faktycznie jest lepiej, wygrywamy kilka pojedynków, oddajemy strzał z dystansu i nawet Holendrzy przez moment wyglądają, jakby przypomnieli sobie, że mecz jeszcze trwa. Niestety chwilę później tracimy drugiego gola po własnej stracie.
Przy 0:2 zaczyna się już etap godnościowy. Nie chodzi o wynik, tylko o reakcję, twarz, charakter i to, żeby eksperci po meczu mogli powiedzieć, że „były momenty”. Polska rzeczywiście ma momenty, bo w 78. minucie po dośrodkowaniu i zamieszaniu Lewandowski strzela kontaktowego gola. Stadion nagle ożywa, kibice zaczynają wierzyć, komentator podnosi głos, a w domach w całej Polsce pojawia się ta niebezpieczna myśl: może jednak. Przez dziesięć minut gramy tak, jakby ktoś wreszcie odblokował przycisk intensywności. Holendrzy cofają się o kilka metrów, my wrzucamy piłki w pole karne, a każdy aut zaczyna wyglądać jak fragment wielkiej operacji narodowej. W doliczonym czasie mamy jeszcze jedną sytuację, piłka spada na szesnasty metr, strzał leci obok słupka i zostaje nam klasyczne polskie pocieszenie: byliśmy blisko. Holandia wygrywa 2:1, my przegrywamy, ale oczywiście „po walce”.
Po takim meczu zaczyna się najpiękniejszy polski rytuał: porażka, która daje nadzieję. W normalnym kraju przegrany mecz to przegrany mecz, ale u nas porażka z mocnym rywalem po niezłym fragmencie gry potrafi zostać przedstawiona jak zapowiedź wielkiego przełomu. Eksperci mówią, że z taką drugą połową można jeszcze myśleć o awansie, bo przecież w tym mundialu wychodzą także niektóre drużyny z trzecich miejsc. Kibice natychmiast chwytają się tej informacji jak koła ratunkowego rzuconego człowiekowi, który sam wcześniej podpalił łódkę. Zaczyna się więc narodowe liczenie: trzy punkty mogą wystarczyć, ale trzeba wygrać z Japonią, najlepiej nie jednym golem, a jeszcze mile widziane byłoby, żeby Tunezja przegrała odpowiednio wysoko, Holandia zrobiła swoje, a bilans bramkowy nie zachował się wobec nas jak urząd skarbowy. Lewandowski znów staje się centrum debaty, bo strzelił gola, ale jednocześnie przez większość meczu był odcięty od podań. Selekcjoner na konferencji mówi, że widział rzeczy dobre, a naród natychmiast zaczyna się zastanawiać, czy widział też tabelę, regulamin awansu i rubrykę „bramki stracone”.
Trzeci meczu dopiero przed nami. Przed Polską zostaje Japonia, czyli rywal niewygodny, szybki, poukładany i dokładnie taki, z którym nasze „musimy zrobić swoje” może bardzo szybko zamienić się w „trzeba było zrobić swoje wcześniej”. Polska po dwóch kolejkach nie jest martwa, ale też trudno powiedzieć, że wygląda jak drużyna krocząca po awans. Ma zero punktów po Tunezji, porażkę po walce z Holandią i nadzieję zbudowaną na tym, że format turnieju jest tak szeroki, iż nawet matematyka czasem lituje się nad przegranymi. Teraz trzeba wygrać z Japonią, poprawić bilans i patrzeć na innych, czyli wrócić do naszego naturalnego środowiska: kalkulator, tabela, symulacje i zdanie „jeszcze wszystko może się zdarzyć”. I może właśnie dlatego ten felieton jest śmieszny tylko do pewnego momentu. Bo w krzywym zwierciadle widać nie wymyśloną reprezentację, ale naszą starą, dobrze znaną mundialową duszę: najpierw sami komplikujemy sobie życie, potem szukamy ratunku w regulaminie, a na końcu wierzymy, że mecz o wszystko z Japonią naprawdę będzie tym razem o coś.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂









