Pieniądze nie grają. Papszun się śmieje

Ekstraklasa znowu robi to, co potrafi najlepiej. Czyli co? Weryfikuj plany prezesów. Latem jedni wydawali miliony, drudzy ogłaszali wielkie projekty, trzeci mówili o pucharach, a czwartych przekonywano, że właśnie wykonali transfer, który „zmienia układ sił w lidze”. Minęło jedenaście kolejek i połowa tych projektów już potrzebuje tlenu. W Kielcach Zieliński właśnie stracił pracę. W Łodzi miliony nadal nie potrafią zamienić się w zwycięstwa. W Białymstoku drużyna, która przyzwyczaiła wszystkich do dobrego futbolu, przegrała czwarty ligowy mecz z rzędu. W Częstochowie wymiana trenerów przypomina losowanie totka (Dawid Szwarga witamy!). A Marek Papszun? Siedzi sobie w stolicy, patrzy na to wszystko i pewnie gdzieś pod nosem się uśmiecha. Bo jego Legia wcale nie musi zachwycać. Ona po prostu zbiera punkty.
Najlepszym przykładem przeszacowania jest Widzew. Pieniądze są. Właściciel jest. Kibice są. Stadion pełny. Transfery takie, o których jeszcze kilka lat temu w Łodzi można było tylko marzyć. I co z tego? Po jedenastu kolejkach wciąż właściwie nie wiadomo, czym ten Widzew chce być. Kolejni zawodnicy przychodzą, trenerzy się zmieniają, wymagania rosną, a tabela pozostaje brutalnie odporna na wysokość przelewów. Po porażce z Piastem przyszło szczęśliwe 0:0 z Wisłą i znowu więcej było pytań niż odpowiedzi. Można mieć najdroższą kadrę i właściciela gotowego wyciągać kartę na parę milionów przy każdym okienku. Ale jeśli jedenastu ludzi nie tworzy drużyny, to jest jak w Łodzi.
I właśnie Widzew powinien dziś wisieć na ścianie w gabinecie każdego właściciela klubu jako ostrzeżenie. Można próbować kupić jakość, ale nie można kupić gotowego zespołu. Można przyspieszyć rozwój infrastruktury, sprowadzić lepszego napastnika, zapłacić więcej agentowi i zaoferować wyższy kontrakt. Nie kupi się natomiast hierarchii w szatni. Nie kupi się charakteru drużyny, która przy 1:1 w 85 min wie, co ma zrobić. Tego trzeba się nauczyć. Widzew chciał przeskoczyć kilka etapów i teraz piłka każe mu wrócić na początek. Najgorsze, że im więcej klub wydaje, tym bardziej każda kolejna porażka wygląda groteskowo. Biednemu można współczuć. Tyle.
W Koronie też pieniądze miały zmienić rzeczywistość. Wzrosły możliwości, przyszli lepsi zawodnicy, pojawiły się większe ambicje i nagle to, co jeszcze niedawno byłoby przyzwoitym sezonem, przestało wystarczać. Jacek Zieliński kilka dni temu mógł jeszcze mówić o budowie zespołu. Potem pojechał do Poznania i dostał lanie 1:6. Dzień później nie był już trenerem Korony, a klub szybko sięgnął po Roberta Kolendowicza. Tak błyskawicznie działa dziś polski futbol. Najpierw zwiększamy budżet, potem zwiększamy oczekiwania, następnie skracamy czas, który dajemy trenerowi. Tylko po raz kolejny warto zapytać, czy problem Korony rzeczywiście siedział wyłącznie na ławce trenerskiej. Bo jeśli co kilka miesięcy odpowiedzią na problemy ma być nowe nazwisko trenera, to bardzo szybko zabraknie nazwisk, a problem zostanie.
Jeszcze ciekawsza jest Jagiellonia. Tutaj nie można powiedzieć, że nic wcześniej nie działało. Wręcz przeciwnie. Siemieniec stworzył zespół, który przez kilka sezonów dawał wyniki, grał atrakcyjnie, zdobył mistrzostwo, medal i regularnie reprezentował Polskę w Europie. Dlatego obecny kryzys jest tak interesujący. Cztery ligowe porażki z rzędu. Sześć przegranych w dziesięciu ligowych spotkaniach. Błędy indywidualne, spadek pewności siebie, coraz więcej nerwowości. Do tego Europa, zmęczenie, rotacje, urazy i zamieszanie wokół samego trenera. To jeszcze nie moment, żeby palić projekt Siemieńca, bo jego wcześniejsza praca daje mu olbrzymi kredyt. Rysą jest jednak afera SMS-owa. Czuć w Białymstoku biały dym, ale kiedy dojdzie do zmiany?
A Raków? Tutaj trudno już nadążyć. Jeszcze niedawno ten klub uchodził za wzór stabilności, konsekwencji i długoterminowego planowania. Dziś trener zmienia trenera, który wcześniej zmienił trenera, który miał naprawić pracę poprzedniego trenera. Kaczmarek został wykupiony z Radomiaka, dostał kilka spotkań i po 41 dniach pożegnał się z pracą mimo zwycięstwa w ostatnim meczu. Przez mniej więcej rok pierwszą drużynę prowadziło już pięciu szkoleniowców. Teraz pojawia się powrót Dawida Szwargi, czyli kolejny ruch w stronę świata Marka Papszuna. I może właśnie tutaj znajduje się cały dramat Rakowa. Klub próbuje znaleźć kolejnego Papszuna, zamiast zaakceptować, że drugiego Papszuna po prostu nie ma.
A sam Papszun siedzi już po drugiej stronie barykady i robi to, co robił zawsze. Nie musi grać najpiękniej. Nie musi wygrywać 5:0. Nie potrzebuje nawet napastnika za pięć milionów euro (pozdrawiam wszystkich fanów Rajovica). Ma Rafała Adamskiego i Łukasza Zjawińskiego. Jeden jeszcze niedawno nie był nawet szerzej kojarzony z Ekstraklasą, drugi długo odbijał się od tego poziomu i odbudował nazwisko dopiero na zapleczu. A potem przychodzi Wisła Kraków i właśnie Zjawiński oraz Adamski strzelają gole na 2:0. Zadanie wykonane.
Legia nie gra dziś futbolu, po którym trzeba wstawać z fotela. Z Cracovią toporny mecz na 1:1. Częściej Warszawianie to zespół, który zarządza niż dominuje. Tylko że spójrzmy dookoła. Widzew szuka siebie. Korona właśnie wymieniła trenera. Raków zmienia trenerów szybciej, niż zdążą nauczyć się imion wszystkich pracowników klubu. Jagiellonia przegrywa cztery ligowe mecze z rzędu. Inne zespoły mają swoje problemy. Nawet Lech, Górnik, Wisła czy Pogoń. A Legia? Raz wygra 3:1, raz 2:0, gdzieś wyrwie punkty w końcówce, gdzieś przepchnie mecz i jedzie dalej. Papszun nie musi dzisiaj budować najlepszego zespołu w Europie. Wystarczy, że zbuduje najbardziej regularny zespół w bardzo nieregularnej, słabej Ekstraklasie.
I tutaj dochodzimy do najsmutniejszego wniosku. Nasza liga kolejny raz pokazuje, że często nie wygrywa ten, kto ma najwięcej pieniędzy, tylko ten, kto najmniej sam sobie przeszkadza. Transfery są ważne. Budżet jest ważny. Infrastruktura jest ważna. Ale bez pomysłu można wydać dwadzieścia milionów i nadal nie wiedzieć, jak zdobyć punkty na ciężkim terenie w Gliwicach czy Lubinie. Bez cierpliwości można zatrudnić świetnego trenera i zwolnić go, zanim zdąży naprawdę wpłynąć na drużynę. Bez konsekwencji można co pół roku wymieniać połowę kadry, a później dziwić się, że coś jest nie tak. Jest takie powiedzenie: należy uczyć się na błędach, najlepiej na cudzych. Kto to robi, zawsze jest czubie tabeli.
FAQ
Dlaczego pieniądze nie gwarantują sukcesu w Ekstraklasie?
Wysoki budżet pozwala sprowadzać lepszych zawodników i rozwijać klub, ale nie gwarantuje stworzenia zgranego zespołu. O wynikach decydują również stabilność, organizacja, hierarchia w drużynie, konsekwencja i odpowiedni trener.
Co jest największym problemem Widzewa?
Widzew dysponuje dużymi możliwościami finansowymi i ambitną kadrą, ale wciąż nie wypracował wyraźnej tożsamości zespołu. Duża liczba transferów i zmiany trenerów nie przełożyły się dotychczas na oczekiwaną regularność wyników.
Dlaczego Jacek Zieliński stracił pracę w Koronie?
Jacek Zieliński pożegnał się z Koroną po wysokiej porażce 1:6 w Poznaniu. Rosnący budżet i większe oczekiwania wobec zespołu sprawiły, że cierpliwość władz klubu była znacznie mniejsza.
Czy Jagiellonia Białystok jest w kryzysie?
Seria czterech ligowych porażek z rzędu i sześciu przegranych w dziesięciu spotkaniach wskazuje na poważny kryzys wyników. Jednocześnie wcześniejsze sukcesy zespołu Adriana Siemieńca sprawiają, że trener ma znacznie większy kredyt zaufania.
Co dzieje się z Rakowem Częstochowa?
Raków w ostatnim czasie bardzo często zmienia szkoleniowców, mimo że wcześniej był kojarzony ze stabilnością i długoterminowym planowaniem. Powrót Dawida Szwargi pokazuje również, jak silny pozostaje wpływ filozofii stworzonej wcześniej przez Marka Papszuna.
Dlaczego Marek Papszun może wykorzystać problemy rywali?
Legia nie musi dominować w każdym meczu, jeśli regularnie zdobywa punkty. Przy problemach Widzewa, Rakowa, Korony, Jagiellonii i innych rywali konsekwencja może okazać się ważniejsza niż efektowny styl gry.
Kto jest lepszy?
Wybierz jedną kartę i zobacz wynik głosowania.






