Afimico Pululu i legendy klubowej wierności na tle symboli transferowego futbolu.
Pululu i najemnicy futbolu. Czy barwy klubowe jeszcze coś znaczą?

Słowo na niedzielę: Pululu, najemnicy i koniec piłkarskiej wierności. Czy barwy klubowe jeszcze coś znaczą?

Afimico Pululu jeszcze niedawno był jedną z twarzy Jagiellonii Białystok. Dla kibiców nie był tylko napastnikiem, który strzelał gole i dawał konkrety na boisku, ale częścią drużyny, która zapisała się w historii klubu i dała dla całego Podlasia ogromne emocje. Takie postacie naturalnie obrastają sympatią, wspomnieniami i poczuciem, że „to nasz człowiek”. A potem przychodzi moment, w którym romantyczna opowieść zderza się z realiami rynku: kończy się kontrakt, pojawiają się nowe kierunki, nowe pieniądze i nowe możliwości. Pululu nie jest tu wyjątkiem ani jedynym winowajcą współczesnej piłki. Jest raczej symbolem czasów, w których kibic przywiązuje się do zawodnika, a zawodnik coraz częściej przywiązuje się przede wszystkim do kolejnej oferty. I właśnie dlatego jego historia jest dobrym punktem wyjścia do pytania, czy w dzisiejszym futbolu barwy klubowe znaczą jeszcze coś więcej niż aktualny zapis w umowie.

Nie chodzi o to, żeby z Pululu robić czarny charakter. On nie wymyślił współczesnej piłki i nie on ustalił zasady gry. Jest raczej przykładem tego, jak działa dziś futbol: klub daje scenę, zawodnik daje jakość, kibice dają emocje, a potem przychodzi rynek i wszystkim przypomina, że sentyment rzadko wygrywa z kontraktem. Pululu może być wdzięczny Jagiellonii, Jagiellonia może być wdzięczna Pululu, ale na końcu i tak decyduje przyszłość zawodnika, długość umowy, wysokość pensji i plan na kolejne lata kariery. Z perspektywy piłkarza to jest logiczne. Kariera trwa krótko, kontuzja może przyjść w każdym momencie, a dobry kontrakt może ustawić życie rodzinie. Z perspektywy kibica boli jednak to, że zawodnik, który jeszcze wczoraj był „nasz”, dziś staje się kolejnym nazwiskiem w transferowych plotkach.

Kiedyś piłkarz odchodził z klubu i kibic czuł, że kończy się pewien rozdział. Dzisiaj coraz częściej wygląda to tak, jakby kończyła się po prostu jedna umowa, a zaczynała następna faktura. Futbol oczywiście zawsze był rynkiem, zawsze były transfery, zawsze byli zawodnicy, którzy zmieniali kluby, szukali większych wyzwań i lepszych pieniędzy. Problem w tym, że kiedyś za słowem „barwy” naprawdę coś stało. Koszulka nie była tylko strojem roboczym, herb nie był tylko elementem graficznym, a stadion nie był tylko miejscem świadczenia usługi sportowej. Dziś coraz częściej piłkarz mówi o przywiązaniu, dopóki nie pojawi się oferta, której nie wypada odrzucić. I wtedy wszystkie piękne słowa o projekcie, kibicach, mieście i rodzinnej atmosferze bardzo szybko przegrywają z tabelką wynagrodzeń.

W polskiej piłce takie sytuacje są szczególnie bolesne, bo kibice mocniej przywiązują się do zawodników, którzy razem z klubem piszą historię. Jagiellonia nie jest sztucznym projektem bez emocji, tylko klubem z miastem, historią, trybunami i poczuciem wspólnoty. Jeśli zawodnik jest ważną częścią drużyny, która daje kibicom coś wyjątkowego, jego odejście zawsze będzie odbierane mocniej niż zwykły ruch kadrowy. Można rozumieć decyzję Pululu i jednocześnie czuć rozczarowanie. Można życzyć mu powodzenia i jednocześnie mieć poczucie, że coś pękło. Właśnie na tym polega kibicowanie: nie jest racjonalne, nie liczy tylko liczb i nie czyta wyłącznie zapisów w kontrakcie. Kibic nie zakochuje się w Excelu. Kibic zakochuje się w ludziach, którzy noszą jego barwy.

Jeszcze wyraźniej widać ten problem na przykładzie João Félixa. Kiedy Atlético Madryt płaciło za niego fortunę, miał być jednym z symboli nowej generacji: talent, lekkość, technika, przyszłość. Potem były kolejne etapy, kolejne wypożyczenia, Chelsea, Barcelona, Milan, znowu Chelsea i wreszcie Arabia Saudyjska. Można opowiadać o projekcie sportowym, nowym początku, odbudowie kariery i grze u boku Cristiano Ronaldo. Ale trudno nie widzieć w tym także symbolu epoki, w której piłkarz zamiast budować legendę w jednym miejscu, staje się kosztowną paczką przesyłaną między klubami. João Félix ma ogromny talent, ale jego kariera coraz bardziej wygląda jak mapa transferowa niż opowieść o sportowej tożsamości. To już nie jest historia zawodnika, który wrasta w klub. To historia zawodnika, który szuka kolejnego miejsca, w którym rynek jeszcze wierzy w jego potencjał.

A przecież kiedyś mieliśmy piłkarzy, którzy byli niemal synonimem swoich klubów. Paolo Maldini był Milanem. Francesco Totti był Romą. Carles Puyol był Barceloną. Nie dlatego, że nigdy nie mieli okazji odejść, bo z pewnością mieli. Nie dlatego, że gdzie indziej nie mogliby zarobić więcej albo wygrać czegoś szybciej. Ich wielkość polegała także na tym, że potrafili zostać. Maldini nie był tylko obrońcą Milanu, był jego twarzą, pamięcią i ciągłością. Totti nie był tylko kapitanem Romy, był częścią miasta, kimś, kogo kibice traktowali jak własnego człowieka. Puyol nie był tylko stoperem Barcelony, był ucieleśnieniem charakteru, który wykraczał poza wynik meczu.

Dzisiaj takich historii jest coraz mniej, bo futbol przestał nagradzać cierpliwość tak mocno, jak nagradza ruch. Zmieniasz klub – dostajesz premię, nowy kontrakt, prowizję, nową kampanię w mediach i świeżą narrację. Zostajesz – czasem jesteś romantykiem, czasem frajerem, a czasem po prostu kimś, kto nie wykorzystał okazji. Kiedyś kibic mówił: „on jest nasz”. Dziś częściej mówi: „oby został jeszcze sezon”. To drobna różnica językowa, ale ogromna różnica emocjonalna. Przywiązanie do barw zmieniło się z fundamentu w luksus. Coś, co dawniej budowało wielkość, dziś coraz częściej wygląda jak wyjątek od rynkowej normy.

Na obecnym mundialu jednym z ciekawszych kontrastów wobec transferowej karuzeli jest Iñaki Williams. Ma ponad 30 lat, reprezentuje Ghanę i od lat pozostaje związany z Athletic Club, czyli klubem, który sam w sobie jest jednym z ostatnich bastionów piłkarskiej tożsamości. Athletic to nie jest zwykły klub transferowy. To miejsce, gdzie pochodzenie, lokalność, cantera i więź ze społecznością nadal znaczą więcej niż tylko liczba w kontrakcie. Williams nie jest kalką Maldiniego czy Tottiego, bo jego historia ma własny kontekst, ale w dzisiejszej piłce już samo wieloletnie trwanie w jednym środowisku zaczyna wyglądać jak coś niemal egzotycznego.

Oczywiście łatwo moralizować z pozycji kibica. Gdyby komuś z nas zaproponowano kilka razy wyższą pensję, lepsze warunki pracy i zabezpieczenie rodziny, wielu zrobiłoby dokładnie to samo, co piłkarze. Nie wolno udawać, że zawodnik ma obowiązek kochać klub bardziej niż własną przyszłość. Piłkarz nie jest własnością trybun. Ma prawo odejść, negocjować, zarabiać i wybierać. Ale w tym samym czasie kibic ma prawo przestać wierzyć w wielkie deklaracje. Jeśli piłkarz mówi o miłości do klubu, a po chwili wybiera ofertę korzystniejszą finansowo, niech nie dziwi się, że słowo „miłość” traci wartość. W dorosłym futbolu uczciwiej byłoby czasem powiedzieć: „było mi tu dobrze, ale wybrałem lepszy kontrakt”. Może mniej romantycznie, ale przynajmniej prawdziwie.

Największy problem polega na tym, że futbol sam wychował sobie najemników. Kluby wypychają zawodników, gdy ci przestają pasować do planu. Prezesi mówią o lojalności, a potem sprzedają piłkarza, gdy pojawi się odpowiednia oferta. Kibice kochają zawodnika, dopóki strzela gole, a gdy forma spada, pierwsi żądają transferu. Agenci budują kariery na ruchu, prowizjach i kolejnych negocjacjach. Media podgrzewają każde okienko transferowe, jakby było osobnym turniejem. W takim świecie trudno oczekiwać, że piłkarze będą ostatnimi romantykami. Skoro wszyscy wokół traktują futbol jak rynek, zawodnik też zaczyna zachowywać się jak produkt premium.

Dlatego nie chodzi o prosty podział: dawniej byli wierni, dziś są chciwi. To byłoby zbyt łatwe. Dawniej też byli piłkarze odchodzący za pieniędzmi, a dziś też są tacy, którzy naprawdę przywiązują się do klubów. Różnica polega na proporcjach i na języku. Kiedyś transfer bywał zdradą (Luis Figo!!!) albo dramatem, dziś jest naturalnym etapem kariery. Kiedyś koszulka oznaczała przynależność, dziś coraz częściej oznacza aktualnego pracodawcę. Kiedyś kapitan był kimś, kto niósł klub przez lata, dziś bywa kimś, kto może za chwilę wrzucić pożegnalny post i przejść do konkurencji. Piłka nie straciła emocji całkowicie, ale coraz częściej sprzedaje je w opakowaniu, które ma krótki termin ważności.

Historia Pululu, kariera João Félixa i legenda Maldiniego, Tottiego czy Puyola są więc częścią tej samej rozmowy. Rozmowy o tym, czy w futbolu zostało jeszcze miejsce na przywiązanie, czy już tylko na dobrze opowiedzianą zmianę pracodawcy. Kibice nadal chcą wierzyć, że piłkarz całuje herb, bo coś czuje, a nie dlatego, że dobrze wygląda to na zdjęciu. Chcą mieć swoich ludzi, swoje legendy, swoje historie i swoje twarze na lata. Ale współczesna piłka coraz częściej odpowiada im: nie przywiązujcie się za bardzo. Bo kontrakt się kończy, agent dzwoni, rynek pracuje, a za rogiem czeka ktoś z większym portfelem. I może właśnie dlatego dawni one-club men wydają się dziś tak wielcy. Nie tylko dlatego, że byli świetnymi piłkarzami. Dlatego, że w czasach, gdy można było odejść, potrafili zostać.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej