Grafika publicystyczna „Mundial w starym garniturze” o potrzebie zmiany formatu Mistrzostw Świata
Mundial jest coraz większy, ale jego format wciąż tkwi w starej logice grup. Czy jedna duża tabela i finałowa szesnastka byłyby lepszym rozwiązaniem?

Mundial utknął w starych grupach. To chyba dobry czas zmienić format turnieju

Problemem współczesnego mundialu nie musi być sama liczba drużyn. Większy turniej może mieć sens, bo futbol naprawdę nie kończy się na Europie i Ameryce Południowej. Więcej reprezentacji oznacza więcej historii, więcej państw, więcej kibiców i więcej miejsc, w których dziecko może zobaczyć swoją flagę na największej piłkarskiej scenie świata. Problem zaczyna się gdzie indziej. Mundial powiększono, ale jego logikę zostawiono w starym świecie. To trochę tak, jakby ktoś dołożył piętra do budynku, ale zapomniał przebudować schody. Turniej jest większy, szybszy i bardziej globalny, ale format nadal próbuje udawać, że klasyczne grupy rozwiążą wszystko.

Dzisiejsza faza grupowa coraz częściej wygląda jak kompromis, który nikogo do końca nie zadowala. Z jednej strony mamy grupy po cztery zespoły, czyli model dobrze znany, prosty i historycznie oswojony. Z drugiej strony mamy dodatkowe awanse z trzecich miejsc, porównywanie drużyn z różnych grup, liczenie bilansu, kartek, bramek i układów, które nie zawsze są czytelne dla zwykłego kibica. Wygrywasz grupę, ale czasem czekasz, bo nie wiadomo, kto z trzeciego miejsca wpadnie do drabinki. Zajmujesz trzecie miejsce, ale też nie wiesz, czy masz się pakować, czy przygotowywać do fazy pucharowej. Kibic patrzy na tabelę i zamiast prostego „awansujemy albo odpadamy”, dostaje mundialową łamigłówkę. To już nie jest dramaturgia sportowa, tylko księgowość emocji.

Najgorsze są mecze, które zaczynają tracić znaczenie jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. W klasycznych grupach często dochodzi do sytuacji, w której jeden zespół ma już awans, drugi jest prawie bez szans, trzeci czeka na wynik z innego stadionu, a czwarty liczy, ile goli musi strzelić, żeby wyprzedzić kogoś, z kim nawet nie grał. Oczywiście można powiedzieć, że taki jest urok turniejów. Tylko że ten urok z czasem zaczyna przypominać kurz na starym meblu. Kiedy format generuje zbyt wiele meczów o niewielką stawkę albo o stawkę zależną od cudzej tabeli, traci się napięcie. A mundial powinien być turniejem, w którym każdy mecz ma ciężar. Nie tylko ten pierwszy, ostatni i ten, który akurat pasuje do kalkulatora.

Historia futbolu zna już przypadki, w których format turnieju sam zapraszał drużyny do kalkulowania. Najsłynniejszy przykład to mundial 1982 i tak zwana „hańba z Gijón”, gdy RFN wygrało z Austrią 1:0, a taki wynik dawał awans obu zespołom i eliminował Algierię. Po szybkim golu Niemców mecz zamienił się w piłkarską ciszę nocną, a FIFA po tym skandalu zmieniła przepisy tak, by ostatnie mecze w grupach były rozgrywane o tej samej porze. To pokazuje jedną prostą rzecz: kiedy regulamin zostawia drużynom furtkę do wygodnego wyniku, prędzej czy później ktoś z tej furtki skorzysta. Nie dlatego, że piłkarze są źli, tylko dlatego, że profesjonalny sport działa na interesie, awansie i minimalizowaniu ryzyka. Jeśli remis, niska porażka albo konkretna różnica bramek daje korzyść, to trudno oczekiwać, że wszyscy nagle zachowają się jak romantycy z podwórka. Format musi być tak zbudowany, żeby opłacało się grać, a nie czekać, liczyć i udawać, że tempo meczu przypadkiem spadło do zera.

To nie jest tylko historia sprzed czterdziestu lat. Na mundialu 2018 Japonia w końcówce meczu z Polską przy wyniku 0:1 grała zachowawczo, bo wiedziała, że przy równoległym wyniku Senegal – Kolumbia awansuje dzięki klasyfikacji fair play. Kibice buczeli, komentatorzy kręcili głowami, ale z punktu widzenia Japonii kalkulacja była brutalnie logiczna: nie ryzykować kolejnego gola, utrzymać korzystny układ kartek i przejść dalej. W tym samym turnieju Francja i Dania zagrały bezbramkowy mecz, który dawał obu drużynom awans, a spotkanie zostało zapamiętane raczej jako wygodny układ niż święto ofensywnej piłki. Jeszcze wcześniej, na Euro 2004, słynne 2:2 Szwecji z Danią wyrzuciło z turnieju Włochów i do dziś funkcjonuje jako jeden z najbardziej podejrzliwie wspominanych wyników fazy grupowej. Można oczywiście za każdym razem mówić, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. Tylko właśnie o to chodzi: czasem największym problemem nie jest złamanie przepisów, lecz regulamin, który nagradza zachowania sprzeczne z duchem gry.

Dlatego może czas przestać bronić grup tylko dlatego, że zawsze były grupy. UEFA już wykonała ten krok w Lidze Mistrzów, Lidze Europy i Lidze Konferencji. Zamiast klasycznych grup mamy jedną dużą tabelę, różne zestawy rywali, ranking wszystkich drużyn i jasną walkę o miejsca. Nie jest to format idealny, bo każdy system ma swoje słabości, ale przynajmniej odpowiada na problem starego podziału na małe, zamknięte grupki. W jednej tabeli od razu widać, gdzie jesteś. Nie porównujesz się tylko z trzema drużynami, ale z całym turniejem. I właśnie to mogłoby być kierunkiem dla mundialu.

Wyobraźmy sobie mundial z jedną dużą fazą ligową. Nie dwanaście oddzielnych miniświatów, tylko jedna wspólna tabela, w której każda reprezentacja rozgrywa cztery mecze z rywalami dobranymi metodą serpentyny. Najmocniejsze zespoły trafiają na odpowiednio rozłożony zestaw przeciwników z różnych koszyków, słabsze dostają podobnie zbalansowane ścieżki, a cały terminarz jest budowany tak, żeby nikt nie miał skrajnie łatwej albo skrajnie absurdalnej drogi. Nie każdy gra z każdym, bo to byłoby niemożliwe, ale każdy gra w tym samym systemie i dla tej samej tabeli. Po fazie ligowej zostaje finałowa szesnastka. Wtedy zaczyna się klasyczna, czysta faza pucharowa: 1. miejsce gra z 16., 2. z 15., 3. z 14. i tak dalej.

Taki format miałby jedną ogromną zaletę: prawie każdy mecz miałby znaczenie. Nie grasz tylko o awans z małej grupy, ale o pozycję w jednej wielkiej tabeli. Każdy punkt, każda bramka i każdy stracony gol wpływałyby na miejsce w rankingu. Nawet jeśli masz już pewny awans do szesnastki, nadal grasz o łatwiejszą ścieżkę, bo różnica między 3. a 12. miejscem może oznaczać zupełnie innego rywala. Jeśli jesteś niżej, każdy mecz jest walką o przetrwanie, ale nie w absurdalnym porównaniu trzecich miejsc z różnych grup, tylko w jednej czytelnej klasyfikacji. Kibic nie musi sprawdzać dwunastu tabel i regulaminu awansu. Patrzy na jedną tabelę i wie, gdzie jest jego drużyna.

Ostatnia kolejka takiej fazy ligowej musiałaby być rozgrywana jednocześnie. To jedyny, poważny problem. W tym samym czasie miałby się odbyć 16 meczów. Ale w dobie komercjonalizacji czy to nie jest możliwe? Jeśli ostatnie mecze jednej wielkiej tabeli odbywałyby się równolegle, trudniej byłoby kalkulować, ustawiać tempo i grać wyłącznie pod konkretny wariant. Drużyny wiedziałyby, że muszą robić swoje, bo sytuacja w tabeli może zmienić się co kilka minut. To dałoby emocje podobne do ostatniej kolejki ligi, gdzie co chwilę ktoś wskakuje nad kreskę, spada pod kreskę albo zmienia rywala w fazie pucharowej. Mundial dostałby chaos, ale chaos sportowy. Nie chaos regulaminowy.

Metoda serpentyny mogłaby dodatkowo ograniczyć przypadkowość losowania. Dziś czasem jedna grupa wygląda jak ścieżka spacerowa, a inna jak tor przeszkód ustawiony przez sadystę. W dużej fazie ligowej można lepiej rozłożyć rywali według koszyków, kontynentów i siły sportowej. Najmocniejsi nie musieliby grać wyłącznie ze słabszymi, słabsi nie trafialiby na samych gigantów, a średniacy nie byliby skazani na jedną „grupę śmierci”. Oczywiście nigdy nie da się stworzyć idealnie równego terminarza, bo futbol nie jest matematyką i forma reprezentacji zmienia się szybciej niż ranking. Ale można stworzyć system, w którym losowanie ma mniejszą władzę nad turniejem. A na mundialu to powinno być ważne.

Dlatego pomysł jednej dużej tabeli, ostatniej kolejki rozgrywanej równolegle i jasnej drabinki 1-16 nie jest tylko estetyczną fanaberią. To próba ograniczenia sytuacji, w których drużynie bardziej opłaca się kalkulować niż grać. Jeśli każdy punkt, każda bramka i każda pozycja w tabeli wpływają na rozstawienie w fazie pucharowej, trudniej odpuścić mecz jako „już nieważny”. Jeśli ostatnie mecze drużyn walczących o podobne miejsca odbywają się jednocześnie, trudniej grać pod znany wynik z innego stadionu. Jeśli po fazie ligowej 1. miejsce gra z 16., 2. z 15., a 3. z 14., to wyższa pozycja ma realną wartość do samego końca. Taki format nie wyeliminuje całej kalkulacji, bo w sporcie kalkulacja zawsze będzie istnieć. Ale może sprawić, że najbezpieczniejszą kalkulacją będzie po prostu grać lepiej, strzelać więcej i zajść jak najwyżej.

Największy opór wobec takiego pomysłu byłby oczywiście tradycyjny: „ale mundial zawsze miał grupy”. Tylko że futbol nie może być zakładnikiem własnych przyzwyczajeń. Kiedyś mundial miał mniej drużyn, inne realia logistyczne, inną telewizję, inną komercję i inną globalną skalę. Skoro turniej zmienił rozmiar, musi też zmienić sposób myślenia. Stary format był dobry dla starego mundialu. Nowy mundial potrzebuje formatu, który lepiej wykorzysta jego wielkość, zamiast udawać, że dodatkowe drużyny da się bezboleśnie dopisać do starej kartki. Jeśli piłka klubowa potrafiła odejść od klasycznych grup w europejskich pucharach, mundial też może przynajmniej zacząć tę rozmowę.

Nie chodzi o to, żeby zrobić z mundialu kopię Ligi Mistrzów. Reprezentacyjny turniej ma inną duszę, inny rytm i inną symbolikę. Ale można pożyczyć zasadę: jedna tabela, więcej sensu, mniej przypadkowych miniukładów, większa stawka każdego meczu. Mundial nie musi mieć więcej drużyn po to, żeby produkować więcej spotkań o nic. Może mieć więcej drużyn i jednocześnie bardziej bezlitosny, ciekawszy, bardziej czytelny format. Cztery albo pięć meczów w dużej fazie ligowej, potem finałowa szesnastka i klasyczna drabinka od 1 do 16. Prosto, mocno, bez porównywania trzecich miejsc i bez czekania, aż los zdecyduje, kto komu wpadnie pod nogi.

Bo największy problem nie polega na tym, że mundial jest za duży. Problem polega na tym, że mundial jest za duży dla starego formatu. FIFA rozbudowała turniej, ale nie odważyła się naprawdę przebudować jego logiki. Efekt jest taki, że jedni grają mecze o życie, inni czekają na układ trzecich miejsc, a jeszcze inni próbują zrozumieć drabinkę, która wygląda jak złożony projekt, nie jak święto futbolu dla zwykłego śmiertelnika. Jeśli mistrzostwa świata mają być największym turniejem globu, powinny też mieć format, który nie boi się nowoczesności. Jedna duża tabela, serpentyna, ostatnia kolejka równolegle, najlepsza szesnastka i prosta drabinka. Mundial nadal byłby mundialem.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej