Większy herb nie wychowa lepszego piłkarza

O presji, wynikach i dziecięcej piłce, którą dorośli zaczęli traktować zbyt poważnie

Julek ma jedenaście lat i w małej akademii wygląda jak ktoś „ponad poziomem”. Strzela gole, mija kolegów, trenerzy go chwalą, a rodzice innych dzieci z podziwem mówią, że „z niego coś będzie”. Mama wrzuca zdjęcia po każdym meczu, tata coraz częściej stoi przy linii z miną selekcjonera, a zwykły sobotni sparing zaczyna przypominać rodzinny egzamin z przyszłości. W pewnym momencie Jule przestaje być po prostu małym chłopcem, który lubi grać w piłkę, a staje się projektem, nadzieją i dowodem na ambicje dorosłych. Rodzice zaczynają słyszeć, że powinien iść wyżej, do większego klubu, bo przecież w tej małej akademii „już się marnuje”. Trafia więc do znanej szkółki, z większym herbem, lepszą otoczką i większą liczbą dzieci na treningu. I nagle okazuje się, że Julek nie jest już gwiazdą, tylko jednym z wielu chłopców w tej samej koszulce, z podobnymi marzeniami i podobnie ambitnymi rodzicami. Nie gra już całych meczów, czasem zaczyna na ławce, czasem trener stawia na kogoś innego, a w domu zamiast pytania „czy dobrze się bawiłeś?” pojawia się „dlaczego tak krótko grałeś?”.

To jest moment, w którym dziecięca piłka zaczyna pękać pod ciężarem dorosłych oczekiwań. Bo problemem nie jest to, że dziecko zmienia klub, szuka nowych bodźców albo trafia do mocniejszej grupy. Problem zaczyna się wtedy, gdy decyzja o zmianie nie wynika z potrzeb dziecka, tylko z ambicji rodzica, który chce zobaczyć większy i niby lepszy herb na koszulce syna. W polskiej piłce dziecięco-młodzieżowej zbyt często pomylono rozwój z awansem społecznym. Dla wielu rodziców większy klub brzmi jak lepszy klub, choć w praktyce wcale nie musi nim być. Większy klub może mieć więcej drużyn, większą rozpoznawalność i ładniejsze zdjęcia w social media, ale nie zawsze da dziecku więcej uwagi, cierpliwości i realnego prowadzenia. Czasem mniejsza akademia, w której trener zna dziecko, rozumie jego charakter i pozwala mu popełniać błędy, jest lepszym środowiskiem niż duża struktura, w której młody zawodnik staje się jednym z numerów na liście obecności. Rozwój nie zawsze idzie tam, gdzie świeci większe logo.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że dorośli bardzo szybko zaczynają patrzeć na dziecięcy futbol oczami seniorów. Liczą gole, asysty, minuty, wyniki meczów i miejsce w tabeli, jakby 10 czy 12-latek miał za chwilę podpisać profesjonalny kontrakt. Po meczu nie rozmawia się o odwadze, decyzjach, ruchu bez piłki, współpracy czy radości z gry, tylko o tym, czy drużyna wygrała i czy Julek strzelił. Facebook stał się tablicą wyników, na której dzieci mają potwierdzać wartość dorosłych. Wrzucamy rezultaty, puchary, zdjęcia z medalami, czasem nawet opisy, które bardziej pasują do rywalizacji zawodowej niż do zabawy dzieci. Niby wszyscy powtarzają, że wynik nie jest najważniejszy, ale potem najwięcej lajków zbiera post z wysokim zwycięstwem i listą strzelców. Dziecko bardzo szybko uczy się, że jest zauważane wtedy, kiedy wygrywa. A jeśli przegrywa, gra słabiej albo siedzi na ławce, zaczyna czuć, że zawiodło nie tylko trenera, ale też rodzica.

Transferowanie dzieci między akademiami też stało się osobnym zjawiskiem, niejednokrotnie kompletnie oderwanym od rozsądku. Dwunastoletni zawodnik potrafi mieć już za sobą kilka klubów, bo rodzice ciągle szukają „lepszego projektu”. Raz problemem jest trener, innym razem poziom grupy, później liczba minut, potem brak sparingów, a na końcu to, że ktoś inny gra na ulubionej pozycji. Zamiast stabilizacji pojawia się nieustanne przenoszenie dziecka z miejsca na miejsce, jakby rozwój polegał na ciągłej ucieczce od trudności. Tymczasem piłka nożna uczy także cierpliwości, walki o miejsce, radzenia sobie z porażką i funkcjonowania w grupie, w której nie zawsze jest się najważniejszym. Jeśli przy pierwszym czy trzecim problemie rodzic pakuje torbę i szuka nowego klubu, dziecko nie uczy się pokonywania przeszkód, tylko zmiany otoczenia. Oczywiście są sytuacje, w których odejście jest konieczne. Ale jeśli każdy mniejszy kryzys kończy się transferem, to nie budujemy zawodnika, tylko uczymy go, że zawsze winni są inni.

Wielu rodziców mówi, że robi to wszystko dla dobra dziecka, ale czasem warto uczciwie zapytać: dla dziecka czy dla własnego wyobrażenia o dziecku? To trudne pytanie, bo każdy rodzic chce dobrze i każdy marzy, żeby jego syn lub córka rozwijali talent. Problem w tym, że między wsparciem a presją jest cienka granica, którą bardzo łatwo przekroczyć. Wsparcie to obecność, rozmowa, cierpliwość i zaufanie do procesu. Presja to analizowanie każdej minuty, komentowanie decyzji trenera, porównywanie z innymi i robienie z meczu rodzinnego rozliczenia. Dziecko nie zawsze powie wprost, że jest zmęczone oczekiwaniami, bo boi się rozczarować dorosłych.

Trenerzy dzieci też mają tu ogromną odpowiedzialność, bo to oni często muszą studzić emocje dorosłych. Dobry trener nie jest od produkowania małych gwiazd do postów na Facebooku, tylko od tworzenia środowiska, w którym dziecko może rosnąć sportowo i emocjonalnie. Czasem musi powiedzieć rodzicowi, że syn nie potrzebuje większego klubu, tylko więcej czasu. Czasem musi wytłumaczyć, że ławka rezerwowych nie jest karą, a słabszy mecz nie oznacza końca talentu. Czasem musi przypomnieć, że w wieku dziesięciu czy jedenastu lat nikt nie wie, kto naprawdę zostanie piłkarzem. Dzieci dojrzewają w różnym tempie, rozwijają się nierówno, mają lepsze i gorsze okresy, a przewaga fizyczna z młodszych kategorii często znika po kilku latach. Ten, kto dziś dominuje siłą i szybkością, jutro może mieć problem, gdy inni go dogonią. Dlatego mądry rozwój nie polega na pompowaniu ego, tylko na uczeniu gry, charakteru i samodzielności.

Najsmutniejsze jest to, że w tym wszystkim często gubi się samo dziecko. Dorośli rozmawiają o akademiach, minutach, wynikach, transferach, trenerach i przyszłości, a rzadko pytają młodego zawodnika, czego on naprawdę potrzebuje. Czasami się wmawia dzieciom, że tak będzie lepiej. Może jednak potrzebuje zostać tam, gdzie ma kolegów i czuje się bezpiecznie. Może potrzebuje trudniejszego środowiska, ale wprowadzonego spokojnie, bez wielkich oczekiwań. Może potrzebuje przerwy od gadania o piłce w samochodzie po każdym treningu. Może potrzebuje usłyszeć, że jest kochany tak samo po wygranym i przegranym meczu. Dziecko nie jest małym dorosłym w korkach, tylko człowiekiem w rozwoju, który dopiero uczy się emocji, rywalizacji i własnych granic. Jeśli zabierzemy mu radość z gry zbyt wcześnie, żaden większy klub mu jej później nie odda.

Dlatego najwyższy czas przestać udawać, że dziecięca piłka to mała wersja zawodowego futbolu. To nie jest rynek transferowy, to nie jest liga mistrzów rodziców i nie jest konkurs na najładniejsze zdjęcie z medalem. Wynik meczu 12-latków naprawdę nie powinien być ważniejszy niż to, czy dziecko chce wrócić na kolejny trening. Większy klub nie zawsze jest lepszym klubem, mocniejsza grupa nie zawsze oznacza mądrzejszy rozwój, a większa presja prawie nigdy nie tworzy większej pasji. Rodzic powinien być bezpiecznym miejscem, nie dodatkowym trenerem, menedżerem i komentatorem w jednej osobie. Trener powinien patrzeć dalej niż najbliższy mecz czy turniej, a klub powinien pamiętać, że pracuje z dziećmi, nie z gotowymi zawodnikami. Jeśli naprawdę chcemy wychowywać piłkarzy, musimy najpierw pozwolić im być dziećmi. Bo zanim Julek zostanie kimkolwiek w futbolu, powinien mieć prawo po prostu kochać grę.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

Czytaj więcej