ARTYKULY

Gdzie podziało się dzieciństwo w ruchu?

Robert Lewandowski na konferencji reprezentacji Polski przez chwilę wyglądał tak, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał pytanie. Kiedy przedstawiono mu wyniki badań dotyczących sprawności polskich dzieci, dopytywał o liczby, a później kilkukrotnie powtórzył, że jest w szoku. Trudno się dziwić. Z raportu „WF z AWF” wynika, że aż 94 procent badanych uczniów nie osiąga wystarczającego poziomu kompetencji ruchowych, a blisko 90 procent dzieci z klas I–III ma problem z prostą próbą polegającą na rzuceniu piłki o ścianę i jej złapaniu. To nie jest już kwestia tego, czy dzieci biegają trochę wolniej niż ich rodzice. To jest pytanie, czy całe pokolenie traci podstawowe umiejętności ruchowe, które kiedyś zdobywało właściwie przy okazji życia. Co ważne, oficjalne dane od lat pokazują również, że kondycja fizyczna pogarsza się wraz z wiekiem i jest niższa niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. I właśnie dlatego zamiast kolejnego tekstu o dodatkowej godzinie WF-u proponuję mały eksperyment.

Cofnijmy się do wakacyjnej soboty 1998 roku. Jest 8:00. Dziesięciolatek otwiera oczy i pierwsze spojrzenie kieruje w stronę Amigi. Może Atari, zależy, kto miał bogatszego kuzyna i co udało się wcześniej zdobyć. Szybkie śniadanie, przy którym oczywiście można jeszcze odpalić Sensible Soccer i rozegrać jeden mecz, który tradycyjnie zamienia się w trzy. Około dziesiątej zaczyna się jednak prawdziwa gra. Gierki zostają w domu, bo na zewnątrz są koledzy. Telefonu nie ma, Messengera nie ma, grupy na WhatsAppie tym bardziej, więc komunikatorem jest dzwonek do drzwi. Jeden blok, drugi, trzeci. „Czy Michał może wyjść?”, „Jest Tomek?”, „A Paweł już wyszedł?”. Po 20 minutach grupa jest zebrana i można rozpocząć dzień, którego nikt wcześniej nie rozpisał w kalendarzu.

Najważniejsza zasada była właściwie jedna: najlepiej nie pokazywać się ojcu na oczy. Nie dlatego, że ojciec był jakimś tyranem. Po prostu widok dziesięciolatka kręcącego się bez celu po domu natychmiast uruchamiał w dorosłym potrzebę znalezienia mu zajęcia. Drewno do przeniesienia, pojechanie do sklepu, garaż do uprzątnięcia albo jakaś niezwykle pilna rzecz, o której jeszcze pięć minut wcześniej nikt nie pamiętał. Podwórko było więc strefą bezpieczeństwa. Najpierw jakieś kompletnie bezsensowne zabawy, których zasad dzisiaj nikt już nawet nie potrafiłby odtworzyć. Ktoś przyniósł piłkę. Dwie cegły stawały się jedną bramką, druga była prawdziwa, choć słowo „prawdziwa” oznaczało dwie drewniane belki i poprzeczkę, która pamiętała kilka zim. Zaczynał się mecz. Nie o mistrzostwo województwa, nie o punkty do ligi, nie pod obserwację skauta. Mecz o wszystko.

Po godzinie poprzeczka pękła. Dzisiaj prawdopodobnie ktoś zadzwoniłby do administratora obiektu, zabezpieczył teren i napisał zgłoszenie. Wtedy dziesięciolatkowie przeprowadzili własny audyt infrastruktury. Jeden poleciał do sąsiada po młotek i gwoździe, drugi załatwił siekierę i ruszyli do pobliskiego lasku szukać odpowiedniego kawałka drewna. Oczywiście, patrząc z dzisiejszej perspektywy, wysyłanie grupy dzieci z siekierą do lasu nie jest czymś, co warto wpisywać do Narodowego Modelu Gry. Nie wszystko w tamtym świecie było mądre ani bezpieczne. Ale półtorej godziny później stała nowa poprzeczka. Krzywa, ciężka, wbita gwoździami, których prawdopodobnie było o siedem za dużo, ale była. I można było grać dalej. Przy okazji dzieci zrobiły kilkaset metrów, nosiły drewno, ciągnęły, podnosiły, wbijały, mierzyły, współpracowały i rozwiązały problem, choć żaden dorosły nie przygotował im wcześniej „zadania rozwijającego kompetencje”.

A potem były kolejne trzy godziny grania. Dziewięciolatkowie grali z czternastolatkami i każdy mniej więcej znał swoje miejsce w szeregu. Młodszy nie dostawał taryfy ulgowej, ale starszy też wiedział, że nie wszystko mu wolno. Oczywiście były kłótnie. Było „był gol”, „nie było gola”, „faul”, „jaki faul?”, ktoś się obraził, ktoś poszedł do domu, a czasami dwóch chłopaków nawet się poszarpało. Nie zamierzam romantyzować bójek dzieci ani przekonywać, że wszystkie konflikty powinny być rozwiązywane bez dorosłych. Ale ogromna część drobnych sporów była załatwiana wewnątrz grupy. Trzeba było się pogodzić, bo bez tego za chwilę nie było z kim grać. Trzeba było negocjować, dobierać drużyny, ustalać zasady, czasem ustąpić starszemu, czasem obronić młodszego. Ruch fizyczny był tylko jedną częścią tej szkoły.

Po czterech godzinach organizm przypominał, że wypadałoby coś zjeść. Część wracała na chwilę do domu. Reszta wybierała rozwiązanie zdecydowanie szybsze – jabłka czy śliwki u sąsiada. „U sąsiada” nie zawsze oznaczało przy tym, że sąsiad został szczegółowo poinformowany o planowanej degustacji jego zbiorów. Jabłko, kilka minut siedzenia pod drzewem i pojawiał się kolejny problem: wszyscy nie wrócili, a w piłkę już trochę nudno. To wymyślamy piłkę nożno-ręczną. Bramki zostają te same, zasady powstają w trakcie i po dwudziestu minutach nie przypominają właściwie żadnej oficjalnej dyscypliny. Nie szkodzi. Trzeba biegać, rzucać, łapać, kopać, przewidywać, unikać przeciwnika i trafiać do bramki. Dokładnie te kompetencje, których brak dzisiaj mierzymy dzieciom wystandaryzowanymi testami, wtedy zdobywało się dlatego, że… nie było nic lepszego do roboty.

Wieczorem kierunek – rzeczka. Żadnego treningu pływackiego o 18:30. Żadnego rodzica siedzącego na brzegu z ręcznikiem. Kąpiel, trochę wygłupów, powrót do domu, szybkie jedzenie i dopiero wtedy wydarzenie dnia. Mundial we Francji. Brazylia – Chile. Ronaldo, Rivaldo, po drugiej stronie Salas i Zamorano. Brazylia wygrała, ale ważniejsze było to, że następnego dnia połowa obejrzanych akcji zostanie spróbowana na podwórku. Nikt w domu specjalnie nie pytał: „Gdzie byłeś przez dziewięć godzin?”, bo odpowiedź była oczywista – na dworze. „Jadłeś coś?” – pewnie. „Wszystko w porządku?” – skoro stoję przed tobą, to prawdopodobnie tak. A przed snem zamiast sprawdzania czasu ekranowego pojawiał się ważniejszy problem: co robimy jutro?

I teraz przenieśmy się do wakacyjnej soboty 2026 roku. Ten sam wiek. Dziesięć lat. Pobudka około dziewiątej, bo przecież są wakacje. Pierwszy ruch ręką nie w stronę rolety, tylko telefonu. Kilkanaście minut filmików, wiadomości, gry. W kuchni szybkie śniadanie, ale pojawia się komplikacja: dziś przychodzi pani sprzątająca, więc przez kilka godzin dobrze byłoby nie przeszkadzać. Rodzice znajdują rozwiązanie. Sami jadą na zakupy, a syna pakują do samochodu i zawożą do kolegi. Trzy kilometry, które kiedyś pokonałoby się rowerem, dzisiaj załatwia klimatyzowane, hybrydowe auto. U kolegi komputer już uruchomiony. Dwie godziny mijają właściwie niezauważalnie. Chłopcy robią nawet sami zakupy – wyskakują do Żabki po napój, chipsy i coś słodkiego. Sto osiemdziesiąt metrów w jedną stronę. Telefon liczy kroki. Jest sukces!

Po południu powrót do domu. Obiadu nikt nie gotuje, więc zamawiamy. Kilka kliknięć i 50 minut później jedzenie przyjeżdża pod drzwi. Tata siada przed telewizorem, syn obok niego. Przez chwilę nawet razem coś oglądają. Mama musi nadrobić zaległości z pracy, więc otwiera laptopa. Tata po jakimś czasie sam odpala swoją grę. Dziesięciolatek dostaje więc coś, czego współczesne dziecko ma w nadmiarze – absolutny święty spokój. Telefon do ręki. Filmik, gra, YouTube, kolejny filmik, wiadomość od kolegi, znowu gra. Jest już 17:00. Od rana największym wyczynem fizycznym było przejście po przekąski i wejście po schodach, bo winda akurat nie przyjechała. Nikt nie jest zły. Nikt niczego nie zaniedbał. Dzień po prostu sam ułożył się właśnie w ten sposób.

Wtedy pada pomysł: może pójdziemy na spacer? Całą rodziną, zdrowo. Wychodzą. Dwadzieścia minut dookoła osiedla, krótki przystanek przy sklepie i można wracać, bo zaczyna robić się trochę chłodniej. W telewizji trwa mundial. Jest akurat powtórka Argentyna – Algieria. Pierwsza połowa nawet ciekawa. Messi strzela. Ale po czterdziestu pięciu minutach zainteresowanie się kończy. Oglądanie całego meczu to jednak prawie dwie godziny, a na komputerze można robić coś aktywnie – przynajmniej takie jest wrażenie. Gra więc dalej. Potem jeszcze telefon. Mama około 23:00 mówi, że wystarczy i trzeba iść spać, bo rano jedziemy do babci na obiad. Awantura o kolejne 15 minut grania, bo jest sobota. A kolacja? Z tego wszystkiego każdy o niej zapomniał.

I teraz najważniejsze: dzieci nie są winne. Dziesięciolatek nie stworzył smartfona, nie zaprojektował osiedla, nie wymyślił modelu życia rodziców, nie zamknął podwórka parkingiem i nie zdecydował, że do kolegi oddalonego o trzy kilometry zostanie odwieziony samochodem. To my stworzyliśmy mu świat, w którym ruch trzeba specjalnie organizować. W 1998 roku dziecko ruszało się, żeby dostać się do kolegi, znaleźć innych, zbudować bramkę, zdobyć piłkę, rozwiązać problem, wymyślić zabawę, wykąpać się i wrócić do domu. W 2026 roku wszystkie te potrzeby można zaspokoić bez wstawania z krzesła. Kolega pojawia się na ekranie. Jedzenie przywozi kurier. Rozrywkę dostarcza algorytm. Mecz można wyłączyć po czterdziestu pięciu minutach i natychmiast dostać coś bardziej stymulującego. Dziecko nie stało się bardziej leniwe. Świat stał się genialnie skuteczny w usuwaniu z jego życia konieczności ruchu.

I dlatego same dodatkowe lekcje WF-u tego problemu nie załatwią. Trening piłkarski trzy razy w tygodniu również nie. Bo cztery czy pięć godzin zorganizowanego sportu nie są w stanie w pełni zastąpić kilkudziesięciu godzin spontanicznego ruchu, który dawniej był efektem ubocznym zwyczajnego dzieciństwa. Tamten dziesięciolatek podczas jednego dnia biegał, skakał, wspinał się, nosił drewno, kopał, rzucał, łapał, pływał i jeździł rowerem, nie wiedząc nawet, że właśnie rozwija szybkość, siłę, koordynację, wytrzymałość i kompetencje ruchowe. Dzisiejszemu dziecku każdą z tych rzeczy próbujemy później odtworzyć w godzinnej jednostce prowadzonej przez dorosłego. Rozstawiamy drabinkę koordynacyjną i uczymy ruchu, który poprzednie pokolenie ćwiczyło, przeskakując przez płot, bo akurat sąsiad zauważył, że ktoś mu chce zwędzić jabłka.

Można rzecz jasna powiedzieć, że rok 1998 również miał mnóstwo wad. Miał. Dzieci robiły rzeczy niebezpieczne, nadzór dorosłych bywał zdecydowanie za mały, a część zachowań, które wtedy uchodziły za normalne, dzisiaj słusznie uznalibyśmy za skrajnie nieodpowiedzialne. Nie trzeba wracać do dzieci z siekierą w lesie. Trzeba odzyskać to, co było w tamtym świecie wartościowe: ruch, samodzielność, podwórko, grupę rówieśniczą i kilka godzin dziennie, których nie organizował dorosły ani algorytm. Bo kiedy słyszymy, że ogromna część polskich dzieci nie radzi sobie z podstawowymi zadaniami ruchowymi, to problem nie zaczyna się na lekcji WF-u. Zaczyna się dużo wcześniej. Zaczyna się wtedy, gdy dziesięciolatek budzi się rano i przez cały dzień ani razu nie pojawia się powód, dla którego naprawdę musiałby wyjść z domu.

FAQ

Dlaczego współczesne dzieci ruszają się mniej niż wcześniejsze pokolenia?

Jednym z głównych powodów jest zmiana codziennego stylu życia. Wiele czynności, które kiedyś wymagały wyjścia z domu, chodzenia, jazdy na rowerze czy spotkania z rówieśnikami, można dziś wykonać za pomocą telefonu, komputera lub samochodu. Ruch przestał być naturalnym elementem dnia i coraz częściej musi być specjalnie organizowany.

Czy dodatkowe lekcje WF-u mogą rozwiązać problem niskiej sprawności dzieci?

Same dodatkowe lekcje WF-u prawdopodobnie nie wystarczą. Zorganizowana aktywność fizyczna jest ważna, ale nie zastępuje wielu godzin spontanicznego ruchu, zabawy, biegania, jazdy na rowerze czy aktywności z rówieśnikami.

Czy smartfony są główną przyczyną problemu?

Smartfony są jednym z elementów większej zmiany. Problem obejmuje również sposób projektowania osiedli, częstsze korzystanie z samochodów, zmianę stylu życia rodzin, łatwy dostęp do rozrywki cyfrowej oraz ograniczenie spontanicznych spotkań dzieci na podwórkach.

Czy dawniej dzieci były sprawniejsze fizycznie?

Tekst wskazuje, że codzienność wcześniejszych pokoleń naturalnie wymagała znacznie większej aktywności. Dzieci częściej chodziły pieszo, jeździły rowerem, grały na podwórku, wspinały się, pływały i samodzielnie organizowały zabawy.

Co można zrobić, aby dzieci więcej się ruszały?

Nie chodzi o całkowity powrót do realiów lat 90. ani rezygnację z technologii. Kluczowe jest stworzenie dzieciom większej liczby okazji do spontanicznego ruchu, samodzielnej zabawy, spotkań z rówieśnikami i aktywności poza domem, które nie są w całości organizowane przez dorosłych.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

PIŁKARSKI POJEDYNEK

Kto jest lepszy?

Wybierz jedną kartę i zobacz wynik głosowania.

NA BIEŻĄCO

Najnowsze publikacje

Zobacz wszystkie →