ARTYKULY

Dwie Europy na jednej trybunie. Dlaczego Norwegowie cieszą się inaczej niż Chorwaci?

Viking Stavanger właśnie dokonał rzeczy historycznej. Norweski klub pokonał u siebie Dinamo Zagrzeb 3:1, zwyciężył w dwumeczu 5:3 i po raz pierwszy awansował do właściwej fazy Ligi Mistrzów. To sukces, po którym stadion powinien niemal eksplodować. Tymczasem kiedy sędzia zakończył spotkanie, zacząłem przyglądać się nie tylko piłkarzom, ale również kibicom.

I muszę przyznać, że ich radość wydała mi się zaskakująco statyczna. Wręcz trochę nienaturalna. Ludzie oczywiście się cieszyli, bili brawo, unosili ręce i śpiewali, ale brakowało tego żywiołowego wybuchu, którego spodziewałbym się po takim sukcesie. Nie było wrażenia, że stadion za chwilę odleci, a miasto przestanie normalnie funkcjonować.

Może właśnie dlatego ten obraz był tak interesujący. Pokazał bowiem, że kibicowanie nie wszędzie musi wyglądać tak samo.

Norweska radość pod kontrolą

Z perspektywy polskiego kibica reakcja Norwegów może wydawać się chłodna. W Polsce po historycznym awansie zobaczylibyśmy ludzi skaczących po krzesełkach, wpadających sobie w ramiona, płaczących i wykrzykujących nazwę klubu. Trybuna zostałaby zasypana szalikami, flagami i telefonami. Jeszcze długo po meczu stadion nie chciałby opustoszeć.

W Stavanger emocje były wyraźne, lecz bardziej uporządkowane. Kibice pozostawali na swoich miejscach, czekali na piłkarzy i wspólnie uczestniczyli w przygotowanym rytuale. Ta radość przypominała dobrze zorganizowaną uroczystość, a nie spontaniczny wybuch.

Nie oznacza to, że Norwegowie przeżywają futbol słabiej. Oni po prostu częściej wyrażają emocje w sposób zbiorowy, zsynchronizowany i bezpieczny. Dobrym przykładem stał się popularny w ostatnich miesiącach „Viking Row”, czyli zabawa, podczas której kibice siadają i wykonują ruchy przypominające wspólne wiosłowanie łodzią. Z boku może wyglądać to spokojnie, a nawet teatralnie, ale dla uczestników jest symbolem jedności. Nie chodzi w nim o indywidualny szał. Chodzi o to, aby cała trybuna poruszała się jak jedna załoga.

Norweska kultura stadionowa jest w dużym stopniu przedłużeniem tamtejszego społeczeństwa. Ważne są wspólnota, porządek, szacunek dla innych i ograniczanie zachowań, które mogłyby stworzyć zagrożenie. Na mecze przychodzą całe rodziny, a stadion ma być miejscem emocji, ale także przestrzenią, w której każdy powinien czuć się bezpiecznie.

Dlatego nawet wielka radość posiada pewne ramy.

W Chorwacji stadion jest polem bitwy

Zupełnie inne wrażenie można było odnieść podczas pierwszego spotkania Dinama z Vikingiem, rozegranego w Zagrzebiu. Dinamo prowadziło już po dziesięciu minutach 2:0, lecz Norwegowie zdołali doprowadzić do remisu 2:2. Sportowo był to znakomity mecz, ale równie interesujące widowisko odbywało się na trybunach.

Chorwackie kibicowanie wyrasta z bałkańskiej tradycji ultras. Na stadionie nie chodzi jedynie o dopingowanie drużyny. Trybuna ma pokazać własną siłę, tożsamość i niezależność. Śpiew musi być głośny, oprawa efektowna, a obecność grupy zauważalna niezależnie od wyniku.

Bad Blue Boys, najbardziej znana grupa kibicowska Dinama, zajmują szczególne miejsce w historii klubu i całej Chorwacji. Ich działalność wykraczała daleko poza futbol. Byli związani z przemianami politycznymi końca Jugosławii, chorwackim ruchem niepodległościowym oraz wieloletnimi konfliktami z władzami klubu. Dla wielu sympatyków Dinama kibicowanie jest więc częścią lokalnej i narodowej tożsamości.

Na chorwackiej trybunie emocja nie powinna być ukrywana. Ma być widoczna, słyszalna i niemal fizycznie odczuwalna. Są flagi, race, bębny, nieustanny śpiew i charakterystyczna presja wywierana na przeciwnika. Piłkarz gości ma od pierwszych minut wiedzieć, że znalazł się na wrogim terenie.

W Norwegii stadion ma przede wszystkim łączyć. W Chorwacji ma także onieśmielać.

A gdzie w tym wszystkim znajduje się Polska?

Polskie kibicowanie jest pod wieloma względami bliższe chorwackiemu niż norweskiemu. Również mamy bardzo silną kulturę ultras, rozbudowane oprawy, sektorówki, race i doping prowadzony przez całe spotkanie. Dla wielu osób klub jest częścią tożsamości rodzinnej, miejskiej i pokoleniowej.

Jednocześnie większość polskich kibiców znajduje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma modelami. Potrafimy stworzyć znakomitą oprawę i prowadzić zorganizowany doping, ale w decydującym momencie szybko porzucamy ustalony scenariusz. Gol, awans albo zwycięstwo nad wielkim rywalem wywołują spontaniczną eksplozję. Ludzie skaczą, przytulają obcych stojących obok i tracą kontrolę nad własnym głosem.

Dlatego reakcja kibiców Vikinga mogła się nam wydawać nieco dziwna. Patrzyliśmy na historyczny sukces i oczekiwaliśmy emocjonalnego trzęsienia ziemi. Tymczasem zobaczyliśmy radość uporządkowaną, niemal ceremonialną.

Czy spokojniejsze kibicowanie jest gorsze?

Łatwo byłoby napisać, że Norwegowie nie potrafią się cieszyć albo że ich doping nie ma temperamentu. Byłoby to jednak zbyt proste.

Przecież stadion Vikinga był pełny, kibice wspierali drużynę, a po zakończeniu spotkania pozostali z zawodnikami. Frekwencja na meczach klubu należy w ostatnim czasie do najwyższych w Norwegii. Awans do Ligi Mistrzów był również historyczny – UEFA przed rewanżem przypominała, że Viking nigdy wcześniej nie występował w zasadniczej części tych rozgrywek. To nie był więc brak emocji. Był to inny sposób ich wyrażania.

Norweska radość nie rozlewa się przypadkowo. Zostaje zamieniona we wspólny gest, pieśń albo rytuał. Chorwacka radość wygląda bardziej pierwotnie. Ma w sobie gniew, dumę i demonstrację siły. Polska natomiast łączy zorganizowany doping z potrzebą spontanicznego wybuchu.

Nie istnieje jeden prawidłowy sposób kibicowania. Temperament trybun zawsze opowiada coś o społeczeństwie, w którym powstał.

Wikingowie, którzy nie muszą krzyczeć

Najciekawszy paradoks tego wieczoru polegał na tym, że klub noszący nazwę Viking odniósł historyczny sukces, a jego kibice świętowali go w sposób tak odległy od naszych wyobrażeń o szalejących wojownikach.

Nie było wielkiego chaosu. Była wspólnota. Nie było niekontrolowanego wybuchu. Był rytuał. Nie było bałkańskiego ognia. Było skandynawskie poczucie, że nawet największą emocję najlepiej przeżywa się razem, lecz bez przekraczania granic.

Dla Polaka może to wyglądać chłodno. Dla Chorwata prawdopodobnie jeszcze chłodniej. Ale być może w tym pozornym spokoju znajduje się siła norweskiego kibicowania. Viking wygrał najważniejszy mecz w swojej współczesnej historii, a jego kibice zachowywali się tak, jakby chcieli powiedzieć: jesteśmy szczęśliwi, jesteśmy dumni, ale nadal pozostajemy sobą.

Na jednej europejskiej trybunie radość musi płonąć. Na innej wystarczy, że wszyscy zaczną wiosłować w tym samym rytmie.

Autor

  • Współwłaściciel Dziennika Piłkarskiego. Jest psychoterapeutą pracującym z osobami uzależnionymi, a prywatnie ojcem trójki dzieci. Od lat pasjonuje się sportem, ze szczególnym naciskiem na piłkę nożną. Kibicuje Lechii Gdańsk i Arsenalowi Londyn, a jego spojrzenie na futbol ukształtowało również doświadczenie zdobyte w roli sędziego piłkarskiego. Dziś łączy wiedzę, boiskową perspektywę i pasję, tworząc treści sportowe oparte na doświadczeniu i autentycznym zaangażowaniu.

NA BIEŻĄCO

Najnowsze publikacje

Zobacz wszystkie