ARTYKULY

15:0. 25:1, 29:2. O co właściwie grają dzieci?

Zwykły turniej Orlika, jeden z setek podobnych organizowanych w Polsce w ciągu roku. Lokalna akademia dostała dofinansowanie, więc przygotowała zawody, medale, puchary i kilka godzin grania dla dzieci. Przyjechało kilka szkółek z okolicy, ale już po pierwszych meczach było widać, że nie wszyscy przywieźli drużyny o podobnym poziomie. Część akademii zabrała dzieci, które w rozgrywkach występują rzadko albo dopiero zaczynają prawdziwe granie. Dla nich miał to być turniej, na którym wreszcie poczują meczowe emocje, strzelą gola i wrócą do domu z medalem. Inni przywieźli najmocniejsze składy ligowe, zawodników trenujących kilka razy w tygodniu i przyzwyczajonych do regularnej rywalizacji. Spotkały się więc dzieci w tym samym wieku, ale w dwóch zupełnie innych miejscach piłkarskiego rozwoju. Efekt był przewidywalny, bo wyniki 10:0, 12:0 czy 15:0 pojawiały się jeden po drugim. Jedni właściwie nie wychodzili z własnej połowy, a drudzy po kilku minutach wiedzieli, że mogą zrobić z piłką niemal wszystko. I właśnie wtedy trzeba zadać najprostsze pytanie: komu właściwie miał służyć taki turniej?

Najłatwiej odpowiedzieć, że wynik w piłce dziecięcej nie powinien mieć znaczenia. Tyle że dzieci doskonale wiedzą, czy wygrywają, czy przegrywają, nawet jeśli dorośli bardzo starają się tego nie liczyć. Dziesięciolatek pamięta, że strzelił dwa gole, że jego drużyna wygrała 4:3 i że w finale przegrała po rzutach karnych. Rywalizacja jest naturalną częścią sportu i nie ma sensu udawać, że można ją usunąć jednym regulaminem. Dziecko chce wygrać, chce zdobyć bramkę i chce być lepsze od przeciwnika. Porażka także może wychowywać, bo uczy radzenia sobie z emocjami, cierpliwości i tego, że nie zawsze wszystko przychodzi łatwo. Zwycięstwo z kolei daje satysfakcję i potwierdza, że praca na treningu może przynosić efekty. Problemem nie jest więc sam wynik, lecz moment, w którym wynik przestaje być elementem meczu, a staje się jedyną treścią całego spotkania. Porażka 2:3 może rozwijać, przegrana 1:5 może czegoś nauczyć, a nawet wyraźna różnica poziomu czasem bywa potrzebnym doświadczeniem. Trudno jednak przekonywać, że 0:23 jest po prostu kolejną lekcją sportu i niczym więcej.

Po stronie przegrywających taki mecz bardzo szybko przestaje być rywalizacją. Pierwsze trzy bramki jeszcze mobilizują, ale przy szóstym czy siódmym golu wielu młodych zawodników zaczyna tylko czekać na koniec. Bramkarz nie chce wznawiać gry, obrońcy boją się dostać piłkę, a napastnik przez cały mecz praktycznie jej nie dotyka. Trener może mówić o charakterze, walce i nauce, lecz jego zawodnicy często nie mają nawet warunków, by zastosować to, czego uczą się na treningach. Nie da się rozwijać rozegrania, jeśli każda próba kończy się stratą po dwóch sekundach. Nie da się ćwiczyć podejmowania decyzji, jeśli przeciwnik jest szybszy, silniejszy i lepiej wyszkolony w niemal każdym elemencie. W pewnym momencie dziecko nie analizuje już własnego ustawienia, tylko zaczyna unikać odpowiedzialności. Zamiast pytać, jak zagrać lepiej, myśli wyłącznie o tym, żeby nie popełnić kolejnego błędu. Jeżeli takie mecze powtarzają się regularnie, sport przestaje być przestrzenią rozwoju, a zaczyna kojarzyć się z bezradnością. I wtedy hasło, że najważniejsza jest zabawa, brzmi wyjątkowo pusto.

Ale trzeba uczciwie spojrzeć także na zwycięzców, bo wysokie wygrane nie zawsze są dla nich nagrodą szkoleniową. Drużyna prowadząca 10:0 nie musi podejmować takich decyzji jak w meczu z równorzędnym przeciwnikiem. Obrońca ma więcej czasu, pomocnik może przyjąć piłkę bez presji, a napastnik drybluje trzech rywali tylko dlatego, że każdy z nich reaguje sekundę za późno. Trener widzi skuteczne akcje, lecz część z nich może dawać bardzo fałszywą informację o jakości zawodników. To, co działa przeciwko dużo słabszemu przeciwnikowi, tydzień później może kompletnie nie działać. Zawodnik utrwala wtedy zachowania, które nie są wystawiane na realny test. Nie uczy się cierpliwości, gry pod presją ani reagowania na przeciwnika, który potrafi odpowiedzieć tym samym. Oczywiście nikt rozsądny nie powinien kazać dzieciom celowo pudłować albo przestać atakować po ósmym golu. To byłoby sztuczne i równie mało wychowawcze jak samo 23:0. Pytanie nie brzmi więc, czy zwycięzca ma przestać strzelać, lecz dlaczego w ogóle został postawiony naprzeciwko drużyny, która nie jest w stanie z nim rywalizować.

Zwolennicy twardej rywalizacji mają jednak argument, którego nie można zbyć jednym zdaniem. Najlepsi powinni grać z najlepszymi, bo bez mocnych meczów talent szybko przestaje się rozwijać. Jeżeli dziewięcio- czy dziesięciolatek wyraźnie przewyższa swoją grupę, potrzebuje coraz trudniejszych zadań, a nie sztucznego hamowania. Dobra akademia ma prawo wystawić mocny skład, jeśli turniej jest otwarty i regulamin nie mówi nic o poziomach zaawansowania. Trudno też wymagać od trenera, żeby zostawił najlepszych zawodników w domu tylko dlatego, że inni mogą przyjechać słabsi. Sport zawsze zawiera ryzyko wysokiej porażki i nie da się stworzyć systemu, w którym każde spotkanie kończy się wynikiem 3:2. Czasami różnica poziomów jest potrzebna, bo pokazuje dzieciom, ile jeszcze muszą zrobić, aby wejść wyżej. Mocniejszy przeciwnik potrafi też otworzyć oczy trenerowi i rodzicom, którzy wcześniej mieli zbyt wysokie wyobrażenie o własnym zespole. Niebezpieczeństwo zaczyna się dopiero wtedy, gdy takie dysproporcje są stałym elementem rywalizacji, a nie wyjątkiem. Wtedy nie mamy już do czynienia z wymagającym bodźcem, tylko z błędem organizacyjnym.

Trzeba jednak pamiętać, że piłka dziecięco-młodzieżowa nie może być kopią futbolu dorosłych. Celem szkolenia dziesięciolatka nie jest zdobycie pucharu w sobotę, lecz rozwój zawodnika na kolejne lata. Wynik może być informacją, ale nie powinien decydować o ocenie trenera, drużyny ani całej akademii. Jeśli szkoleniowiec zaczyna selekcjonować skład wyłącznie po to, żeby wygrać lokalny turniej, łatwo przesuwa akcent z rozwoju na prestiż dorosłych. Wtedy grają ciągle ci sami, słabsi dostają po kilka minut, a puchar staje się ważniejszy niż proces. Z punktu widzenia dziecka nie ma większego znaczenia, że akademia opublikuje potem zdjęcie z podpisem „kolejny sukces naszego rocznika”. Znacznie ważniejsze jest to, czy zawodnik miał piłkę, podejmował decyzje, próbował nowych rzeczy i mierzył się z przeciwnikiem na odpowiednim poziomie. Wysoki wynik sam w sobie nie musi świadczyć ani o dobrym szkoleniu zwycięzcy, ani o złym szkoleniu przegranego. Może po prostu oznaczać, że organizator zestawił ze sobą dwa zespoły z innych światów. I właśnie tutaj odpowiedzialność przestaje dotyczyć tylko trenerów, a zaczyna dotyczyć całego systemu.

Najczęściej pojawia się wtedy pomysł, aby rozdzielić futbol grassroots od akademii nastawionych na ścieżkę profesjonalną. Na papierze wygląda to logicznie, bo dzieci grające rekreacyjnie nie powinny co tydzień mierzyć się z wyselekcjonowanymi zespołami trenującymi dwa czy trzy razy częściej. Można stworzyć poziom otwarty, lokalny i masowy, a obok niego rywalizację dla zespołów chcących szkolić w kierunku profesjonalnym. Problem pojawia się jednak natychmiast, gdy próbujemy ustalić, kto ma należeć do której grupy. Czy decydować ma budżet, liczba trenerów, certyfikat, infrastruktura, wielkość miasta czy nazwa klubu? Każde takie kryterium może wypchnąć na margines mały ośrodek, w którym akurat pojawił się bardzo dobry rocznik. Historia polskiej piłki pełna jest przecież zawodników, którzy zaczynali daleko od największych akademii i dopiero później trafiali do mocniejszych klubów. Talent nie pyta o liczbę mieszkańców, wielkość stadionu ani kategorię certyfikacji szkółki. Mały klub może przez pięć lat szkolić przeciętną grupę, a w szóstym roczniku trafić na dwóch czy trzech zawodników o ogromnym potencjale. Dlatego sztywne podzielenie akademii na lepsze i gorsze może wyrządzić więcej szkody niż pożytku.

Rozsądniejszym rozwiązaniem byłoby dzielenie nie klubów, lecz poziomów rywalizacji. Duża akademia może mieć jeden bardzo mocny zespół, drugi przeciętny i trzeci złożony z dzieci, które dopiero zaczynają grać. Mała szkółka może natomiast posiadać rocznik, który spokojnie rywalizuje z najlepszymi w regionie. Nie ma więc powodu, aby herb automatycznie przesądzał, kto ma grać w lidze mocnej, a kto w rekreacyjnej. O miejscu powinien decydować aktualny poziom konkretnej drużyny i możliwość jego regularnej weryfikacji. W turniejach można tworzyć grupy złote, srebrne i brązowe po krótkiej fazie rozstawiającej. W ligach można częściej stosować awanse i spadki między poziomami, zamiast utrzymywać ten sam podział przez cały sezon. Zespół, który seryjnie wygrywa po dziesięć bramek, powinien szybko trafiać do mocniejszego środowiska. Drużyna, która przez kilka tygodni nie jest w stanie podjąć rywalizacji, powinna mieć możliwość zejścia o poziom niżej bez stygmatyzowania dzieci i trenerów. Taki system nie zabija rywalizacji, tylko sprawia, że rywalizacja zaczyna mieć sens.

Trzeba jednak pamiętać, iż powyższe nie oznacza, że każdy mecz ma być idealnie wyrównany, bo taka wizja byłaby równie sztuczna. Dzieci muszą czasem przegrać wysoko i muszą czasem wygrać wysoko, bo sport nie daje gwarancji równych rezultatów. Różnica polega na tym, czy 15:0 jest wyjątkiem wynikającym z dyspozycji dnia, czy przewidywalnym skutkiem źle dobranych poziomów. Jeśli dwa zespoły są podobne, jeden z nich może mieć świetny dzień i wygrać 8:1, co nadal może być wartościowym doświadczeniem. Jeśli jednak przed pierwszym gwizdkiem każdy wie, że skończy się dwucyfrówką, problem nie leży już na boisku. Wtedy trenerzy mogą jedynie próbować ograniczyć skutki decyzji podjętych przez organizatora albo system rozgrywek. Właśnie dlatego wynik powinien być traktowany jako narzędzie diagnostyczne, a nie temat tabu. Seria wysokich zwycięstw mówi, że drużyna potrzebuje mocniejszych przeciwników, a seria wysokich porażek mówi, że potrzebuje środowiska bardziej adekwatnego. Nie chodzi więc o ukrywanie rezultatów, ale o właściwe ich odczytywanie. Wynik nie powinien rządzić szkoleniem, lecz może bardzo wyraźnie pokazać, kiedy szkoleniowe środowisko zostało źle zbudowane.

Największa zmiana musi więc nastąpić nie w dzieciach, lecz w myśleniu dorosłych. To dorośli zapisują zespoły do turniejów, ustalają poziomy lig, wybierają składy i decydują, co uznają za sukces. To dorośli wrzucają potem do social media zdjęcie z pucharem i budują narrację o kolejnym wielkim osiągnięciu akademii. Dziesięciolatek nie potrzebuje gabloty pełnej trofeów, jeśli po drodze nie nauczył się podejmować decyzji i radzić sobie z prawdziwą presją. Potrzebuje przeciwników, którzy zmuszą go do myślenia, walki, odwagi i popełniania błędów. Potrzebuje też szansy na sukces, bo permanentne 0:12 nie buduje charakteru w nieskończoność, tylko w pewnym momencie odbiera chęć do gry. Grassroots powinien pozostać szeroką podstawą, z której każdy utalentowany zawodnik może wejść wyżej bez względu na nazwę klubu i miejsce zamieszkania. Ścieżka profesjonalna powinna być otwarta dla najlepszych, ale nie może być zarezerwowana wyłącznie dla największych marek. Dlatego nie trzeba budować muru między małymi i dużymi akademiami, tylko stworzyć ruchomą granicę między poziomami gry. Bo jeśli po meczu 15:0 jedna drużyna niczego nie musiała zrobić, a druga niczego nie była w stanie zrobić, to nie jest triumf jednych ani wstyd drugich, lecz porażka dorosłych, którzy uznali, że taki mecz ma sens.

Autor

  • Redaktor Dziennika Piłkarskiego Tomasz Rusaczyk, pisze przede wszystkim o EA Sports FC - dawniej FIFA

    Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂

NA BIEŻĄCO

Najnowsze publikacje

Zobacz wszystkie