Zacznijmy od liczb, bo one są brutalniejsze niż jakikolwiek felieton. Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie, w ramach programu „WF z AWF”, alarmowała, że ponad 90% dzieci w Polsce nie posiada wszechstronnego przygotowania do prowadzenia aktywnego stylu życia. W tych samych komunikatach podawano, że do 30% uczniów potrafi poprawnie wykonywać podstawowe umiejętności ruchowe, tj. bieg, skok czy rzut. Ministerstwo Sportu i Turystyki po badaniu kondycji fizycznej dzieci i młodzieży szkolnej wskazywało natomiast, że sprawność uczniów nie jest dobra, a różnice pogłębiają się wraz z wiekiem. Badanie objęło blisko 3,1 miliona uczniów, więc trudno udawać, że mówimy o kilkuset dzieciach, które akurat miały gorszy dzień. To nie jest problem jednej szkoły, jednego rocznika i jednego nauczyciela. To jest alarm, który powinien wyć dużo głośniej niż większość piłkarskich debat o taktyce, transferach czy kompromitacji Lecha.
A my dalej lubimy zaczynać rozmowę od końca. Czy będzie piłkarzem? Czy pójdzie do akademii? Czy zagra w większym klubie? Czy ma lewą nogę? Czy trener go widzi? Czy jedzie na turniej? Tylko że zanim zaczniemy produkować marzenia o piłkarzach, warto zadać pytanie znacznie prostsze: czy to dziecko potrafi się ruszać? Nie efektownie. Nie „pod piłkę”. Nie pod skauting. Po prostu: czy umie biec, zatrzymać się, zmienić kierunek, skoczyć, rzucić, złapać równowagę, zrobić przysiad, oprzeć ciężar ciała na rękach i nie przewrócić się przy najprostszym zadaniu koordynacyjnym?
Bo nie każdy musi być piłkarzem. Mało kto będzie piłkarzem. To trzeba powiedzieć uczciwie wszystkim rodzicom stojącym przy liniach bocznych, nagrywającym siedmiolatka telefonem jak finał Ligi Mistrzów. Statystycznie zdecydowana większość dzieci nigdy nie zagra zawodowo. Nie będzie kontraktu, transferu, agenta, ekstraklasy, reprezentacji i koszulki z nazwiskiem w klubowym sklepie. I to nie jest żadna tragedia. Tragedią jest co innego: że coraz więcej dzieci może nie zostać nie tylko piłkarzami, ale nawet sprawnymi, zdrowymi fizycznie ludźmi.
To jest sedno. Sport dziecięcy nie powinien zaczynać się od pytania, kto zostanie zawodnikiem. Powinien zaczynać się od pytania, kto nauczy dziecko własnego ciała. Piłka nożna, koszykówka, lekkoatletyka, pływanie, gimnastyka, sporty walki – to wszystko powinno być najpierw szkołą ruchu, a dopiero potem szkołą wyniku. Dziecko, które umie się ruszać, ma większą szansę pokochać sport, bezpiecznie trenować, uniknąć kontuzji, radzić sobie z wysiłkiem i zbudować pewność siebie. Dziecko, które nie ma podstaw ruchowych, w każdym sporcie zaczyna od długu. Dużego długu. A ten dług później spłaca trener w klubie, nauczyciel na WF-ie, fizjoterapeuta albo lekarz.
I teraz wejdźmy do normalnej polskiej szkoły. Oficjalnie wszystko wygląda dobrze. Jest WF, są podstawy programowe, są testy sprawności, są zalecenia, są piękne słowa o zdrowiu i aktywności. W podstawie programowej zapisano nawet, że pomiary sprawności fizycznej nie powinny być kryterium oceny, tylko narzędziem diagnozy mocnych i słabych stron ucznia, żeby planować jego dalszy rozwój. Brzmi rozsądnie. Problem w tym, że w praktyce często nie mamy ani realnej diagnozy, ani realnego planu, ani realnej konsekwencji. Mamy przedmiot, który dla części dzieci jest jedyną regularną aktywnością fizyczną w tygodniu, a dla części rodziców jest pierwszym kandydatem do unieważnienia, gdy tylko robi się niewygodnie.
Zwolnienia z WF-u to osobny rozdział tej opowieści. Oczywiście są dzieci chore, kontuzjowane, po zabiegach, z realnymi ograniczeniami i one muszą być chronione. Nikt rozsądny nie będzie wysyłał dziecka z urazem na bieżnię albo z poważnym problemem zdrowotnym do gier kontaktowych. Ale obok tego istnieje też druga rzeczywistość: zdrowe dzieci zwalniane, bo „nie lubią”, „spocą się”, „mają później matematykę”, „nie chcą się przebierać”, „dziecko się stresuje”, „dziś nie ma nastroju”. I tak krok po kroku uczymy dziecko, że z wysiłku można się wypisać. Że jeśli coś jest trudne, nie trzeba tego oswajać, tylko ominąć. Że pot jest problemem. Że zmęczenie jest zagrożeniem. Że dyskomfort to krzywda.
A później dziwimy się, że dziecko przychodzi do klubu i nie chce trenować, kiedy robi się ciężej. Chce strzelać gole, ale nie chce biegać. Chce mecz, ale nie chce ćwiczeń. Chce turniej, ale nie chce przegrać. Chce być chwalone, ale nie chce być poprawiane. Rodzic też często chce dobrze, tylko myli dobro z ochroną przed każdym wysiłkiem. A sport bez wysiłku nie istnieje. Sport bez potu nie istnieje. Sport bez frustracji nie istnieje. Sport bez momentu „nie umiem, ale spróbuję jeszcze raz” nie istnieje.
Dlatego pomysł, który tli się na szczeblu rządowym, żeby usuwać albo marginalizować oceny z WF-u, trzeba traktować bardzo ostrożnie. Nie chodzi o to, żeby dziecko z nadwagą, słabszą koordynacją albo mniejszym talentem ruchowym dostawało jedynkę za to, że nie skacze jak najlepszy w klasie. To byłaby patologia i takie ocenianie tylko zniechęca do ruchu. Ale całkowite rozmiękczenie WF-u też jest niebezpieczne. Bo jeżeli w szkole wszystko ma być ważne oprócz ciała, to wychowujemy człowieka, który umie rozwiązać test, ale nie umie zrobić poprawnego przysiadu. Oceniać trzeba mądrze: za zaangażowanie, postęp, regularność, pracę, odwagę i naukę umiejętności. Ale nie udawajmy, że przedmiot bez wymagań nagle stanie się ważniejszy.
Wyobraźmy sobie taką scenę. Nauczyciel WF-u w jednej ze szkół zostaje wezwany „na dywanik”, bo rodzice skarżą się, że dzieci wykonują trudne ćwiczenia. Nie akrobatykę, nie zapasy z niedźwiedziem, nie wojskowy tor przeszkód. Zwykłe zadania koordynacyjne: bieg tyłem, przeskoki, podpory, równowaga, zmiany kierunku. Jedno dziecko przewróciło się podczas biegu tyłem i złamało rękę. Wypadek, jakich w ruchu nie da się nigdy wyeliminować do zera. Ale zamiast rozmowy o tym, dlaczego dzieci mają tak słabą koordynację, dlaczego nie potrafią bezpiecznie upadać, dlaczego podstawowe ćwiczenie staje się dla nich ryzykiem, zaczyna się polowanie na winnego. Nauczyciel ma się tłumaczyć, dlaczego na WF-ie było za dużo WF-u. I uwaga: TO SIĘ WYDARZYŁO NAPRAWDĘ.
To jest absurd naszych czasów. Dziecko może godzinami siedzieć przy telefonie, pochylać się nad ekranem, nie spać, nie ruszać się, jeść byle jak i żyć w świecie bodźców, ale prawdziwe oburzenie pojawia się wtedy, gdy ktoś każe mu pobiec, skoczyć albo zrobić plank. Zamiast pytać, dlaczego ciało dziecka jest nieprzygotowane do ruchu, pytamy, kto kazał mu się ruszać. Zamiast wzmacniać szkołę, nauczycieli i kluby, osłabiamy wymagania. Zamiast budować sprawność, budujemy alibi. Potem w wieku jedenastu lat dziecko trafia do akademii piłkarskiej, a trener zamiast uczyć gry, musi zaczynać od rzeczy, które powinny być naturalne pięć lat wcześniej.
I tu dochodzimy do klubów. Coraz częściej trener dzieci nie jest już tylko trenerem piłki nożnej. Jest ratownikiem podstawowej sprawności. Ma nauczyć przyjęcia, podania, prowadzenia piłki, gry jeden na jeden, ale wcześniej musi sprawdzić, czy dziecko potrafi zatrzymać się bez przewrócenia, skoordynować ręce z nogami, złapać równowagę i zareagować na zmianę kierunku. Ma robić małe gry, ale dziecko nie umie jeszcze dobrze biegać. Ma uczyć zwodu, ale dziecko nie kontroluje własnego środka ciężkości. Ma rozwijać piłkarza, ale dostaje człowieka, który najpierw potrzebuje podstawowego alfabetu ruchu.
A potem pojawia się rodzic i pyta: kiedy mecz? Kiedy turniej? Kiedy większa grupa? Kiedy rywalizacja? Tylko że może wcześniej trzeba zapytać: czy dziecko potrafi zrobić przewrót? Czy umie skakać na jednej nodze? Czy potrafi rzucić piłkę nad głową? Czy umie biec z głową podniesioną? Czy potrafi przyjąć prostą korektę? Czy ma siłę własnego ciała? Czy potrafi przegrać bez rozpadu emocjonalnego? To nie są drobiazgi. To fundament.
Najgorsze, że my ten fundament traktujemy jak coś mniej prestiżowego. W Polsce łatwiej zachwycić się dzieckiem, które strzeliło pięć goli w turnieju, niż dzieckiem, które poprawiło koordynację, równowagę i sposób biegania. Łatwiej pochwalić medal niż prawidłowy wzorzec ruchu. Łatwiej zrobić zdjęcie z pucharem niż docenić trzy miesiące pracy nad tym, żeby dziecko nie bało się skoku, kontaktu z ziemią i własnego ciała. A potem w seniorach pytamy, dlaczego nie mamy kreatywnych, sprawnych, odpornych zawodników. Może dlatego, że przez lata nagradzaliśmy wynik, zanim nauczyliśmy ruchu.
Nie każdy musi być piłkarzem. Ale każdy powinien mieć szansę być zdrowym fizycznie człowiekiem. Dziecko, które dziś nauczy się biegać, skakać, rzucać, podpierać, utrzymywać równowagę i nie bać się wysiłku, jutro może nie zagra w Ekstraklasie. Ale pójdzie w góry, pobiegnie z kolegami, podniesie własne dziecko, nie będzie bało się aktywności, nie rozwali kolana przy najprostszym ruchu, będzie miało lepszą postawę, większą pewność siebie i zdrowszą głowę. To jest znacznie ważniejsze niż kolejny mecz orlików wygrany 9:0.
Dlatego sport dziecięcy trzeba odczarować. Ale nie magiczną różdżką, tylko realnymi działaniami. Sport dziecięcy nie jest po to, żeby każdy został zawodowcem. Nie jest po to, żeby rodzic miał czym pochwalić się na Facebooku. Nie jest po to, żeby szkółka miała zdjęcia z medalami. Nie jest po to, żeby trener wygrał ligę dziesięciolatków. Sport dziecięcy jest po to, żeby dziecko nauczyło się ciała, wysiłku, odwagi, współpracy, porażki i regularności. Piłka nożna może być do tego świetnym narzędziem, ale tylko wtedy, gdy nie pomylimy narzędzia z celem.
A celem nie jest wyprodukowanie tysięcy piłkarzy. Celem jest uratowanie ruchu. Celem jest dziecko, które potrafi się zmęczyć i nie robi z tego tragedii. Celem jest rodzic, który rozumie, że pot po treningu to nie problem, tylko dowód, że ciało pracowało. Celem jest szkoła, która nie traktuje WF-u jak przedmiotu drugiej kategorii. Celem jest klub, który nie zaczyna od taktyki, tylko od fundamentów. Celem jest trener, który wymaga mądrze, a nie przeprasza za to, że sport bywa trudny.
Bo jeśli dziś dziecko nie umie biec, skoczyć, rzucić i utrzymać równowagi, to jutro nie pomoże mu żadna akademia, żaden lekarz i żaden fizjoterapeuta. Najpierw jest ciało. Dopiero potem piłka. Najpierw jest ruch. Dopiero potem wynik. Najpierw jest zdrowy człowiek. Dopiero potem – może – piłkarz.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂









