Zawód trenera piłkarskiego brzmi poważnie. Trener to przecież ktoś, komu rodzic oddaje dziecko na godzinę, dwie, czasem kilka razy w tygodniu. Ktoś, kto mówi dziecku, co robi dobrze, co robi źle, jak ma reagować na porażkę, jak ma traktować kolegów, jak ma słuchać, walczyć, przegrywać i wygrywać. W teorii brzmi to jak zawód wymagający ogromnej odpowiedzialności. W praktyce polska piłka dziecięca zbyt często działa tak, jakby wystarczyło mieć gwizdek, piłkę, kilka pachołków i dobre zdjęcie na social media.
Zacznijmy od prawa. W polskiej klasyfikacji zawodów istnieje zawód „trener sportu” z kodem 342207, w grupie „trenerzy, instruktorzy i działacze sportowi”. Czyli państwo taki zawód rozpoznaje. To nie jest wymyślona funkcja z plakatu szkółki ani marketingowy dopisek pod nazwiskiem. Problem zaczyna się jednak dalej: samo istnienie zawodu w klasyfikacji nie oznacza, że każdy człowiek prowadzący dzieci na orliku przechodzi poważną pedagogiczną weryfikację.
Ustawa o sporcie mówi jasno, że zorganizowane zajęcia sportowe w związku sportowym oraz w klubie uczestniczącym we współzawodnictwie organizowanym przez polski związek sportowy może prowadzić wyłącznie trener lub instruktor sportu. Ta sama ustawa wskazuje też podstawowe warunki: ukończone 18 lat, co najmniej wykształcenie średnie lub średnie branżowe, wiedza, doświadczenie i umiejętności potrzebne do wykonywania zadań trenera lub instruktora, a także brak prawomocnego skazania za określone przestępstwa.
I tu właśnie widać pierwszą lukę między powagą roli a realnym progiem wejścia. Bo „wiedza, doświadczenie i umiejętności” brzmią dobrze, ale w praktyce dużo zależy od systemu związkowego, klubu, szkółki, organizatora i tego, czy ktoś naprawdę sprawdza jakość pracy. Państwo nie prowadzi jednej centralnej bramy, przez którą musi przejść każdy człowiek chcący trenować dzieci w piłkę. Dużą część standardów przejmuje PZPN, wojewódzkie związki, programy certyfikacji i wewnętrzne regulaminy. A tam, gdzie zaczyna się rynek prywatnych szkółek, często zaczyna się też wolna amerykanka.
Bo kto może założyć szkółkę piłkarską? W największym uproszczeniu: prawie każdy, kto potrafi zorganizować działalność, wynająć boisko, zebrać dzieci i przekonać rodziców, że wie, co robi. Może to być stowarzyszenie, fundacja, spółka, jednoosobowa działalność gospodarcza. W klasyfikacji PKD funkcjonuje działalność 85.51.Z, obejmująca pozaszkolne formy edukacji sportowej i zajęć sportowych, w tym zajęcia z piłki nożnej, obozy sportowe oraz działalność instruktorów i trenerów.
I to jest sedno problemu: założenie szkółki bywa łatwiejsze niż zostanie naprawdę dobrym trenerem dzieci. Stronę można zrobić w jeden wieczór. Logo można kupić. Stroje można zamówić. Grafiki z treningów można wrzucać co tydzień. Rodzic widzi aktywność, kolor, organizację, uśmiechnięte dzieci i nazwę „akademia”. Ale pod spodem zostaje pytanie najważniejsze: kto stoi przed dzieckiem? Człowiek przygotowany do pracy z małym sportowcem czy ktoś, kto po prostu kiedyś grał w piłkę i uznał, że to wystarczy?
PZPN ma swój system licencji i kursów. Kurs UEFA C kosztuje według Konwencji Trenerskiej PZPN 1300 zł, UEFA B 3200 zł, UEFA A 6000 zł, a UEFA PRO 18 000 zł. Do tego dochodzą kursy specjalistyczne, m.in. UEFA Youth B za 2500 zł, UEFA Elite Youth A za 6500 zł, kurs trenera analityka PZPN za 8000 zł czy kursy bramkarskie i przygotowania motorycznego.
Na kurs UEFA C nie obowiązują dodatkowe kryteria naboru, a o przyjęciu decyduje kolejność zgłoszeń. Kandydat musi spełnić warunki formalne, m.in. mieć odpowiednie wykształcenie, zaświadczenie lekarskie, złożyć dokumenty i nie figurować w Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Dopiero kolejne poziomy wymagają już doświadczenia, egzaminów i wcześniejszych licencji. UEFA B wymaga UEFA C oraz minimum dwóch pełnych rund udokumentowanej pracy jako pierwszy trener lub asystent, a UEFA A wymaga UEFA B i minimum trzech pełnych sezonów doświadczenia na określonym poziomie.
Czy to źle, że pierwszy poziom jest dostępny? Nie. Piłka potrzebuje trenerów, wolontariuszy, ludzi z pasją i lokalnych animatorów. Nie każdy musi od razu mieć UEFA A, żeby prowadzić skrzaty czy żaki. Problem polega na czymś innym: w pracy z najmłodszymi najniższy poziom wejścia często spotyka się z największą odpowiedzialnością wychowawczą.
Pierwszy trener dziecka nie musi znać wszystkich wariantów pressingu średniego. Ale musi wiedzieć, jak mówić do sześciolatka, jak reagować na płacz po porażce, jak nie zawstydzać, jak nie niszczyć odwagi, jak nie zamienić treningu w tresurę.
W tym miejscu piłka nożna lubi udawać, że pedagogika jest dodatkiem. A ona w pracy z dziećmi jest fundamentem. Trener dzieci nie pracuje z miniaturowymi seniorami. Pracuje z dziećmi, które dopiero uczą się emocji, relacji, granic, koncentracji, współpracy i odporności. Jedno zdanie trenera może dziecko podnieść albo zamknąć na miesiące. Jeden krzyk może sprawić, że dziecko zacznie bać się błędu. Jedna pochwała może sprawić, że wróci na trening z oczami jak reflektory. W piłce dziecięcej trener jest czasem ważniejszy niż program szkolenia, bo to on jest twarzą całego sportu.
Dlatego tak mocno trzeba powiedzieć: pierwszy trener dziecka musi być tip top. Nie dlatego, że ma wychować reprezentanta Polski. Dlatego, że ma nie zepsuć dziecku relacji ze sportem. Dziecko może później zmienić klub, trafić do większej akademii, spotkać lepszych szkoleniowców, wejść na wyższy poziom. Ale pierwszy kontakt z piłką zostaje w głowie. Jeśli pierwszy trener nauczy dziecko radości, odwagi i pracy, to zbuduje fundament. Jeśli nauczy strachu, krzyku i porównywania, to może zamknąć drzwi, zanim kariera w ogóle się zacznie.
PZPN próbuje standaryzować szkółki przez Program Certyfikacji. Regulamin programu mówi, że jego celem jest m.in. podniesienie jakości szkolenia, podniesienie kompetencji kadr trenerskich, pomoc rodzicom w wyborze szkółek spełniających standardy oraz wskazywanie tych, które są bezpieczne i mają kadrę z kwalifikacjami potrzebnymi do szkolenia zawodników. To brzmi dobrze i jest potrzebne. Ale certyfikacja nie rozwiązuje całego problemu, bo nie każda szkółka musi być w systemie certyfikacji, nie każdy rodzic wie, co oznaczają poszczególne poziomy, a ładny marketing często wygrywa z realną oceną jakości. Rodzic rzadko pyta o licencję trenera, liczebność grupy, standardy ochrony dzieci, sposób komunikacji, przygotowanie pedagogiczne czy procedury reagowania na trudne sytuacje. Rodzic częściej pyta: kiedy trening, ile kosztuje, jaki strój i czy dziecko będzie grało w turniejach. To naturalne, ale niewystarczające.
Po tzw. ustawie Kamilka w sporcie pojawił się jeszcze ważniejszy wątek ochrony małoletnich. Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało osobne wytyczne dotyczące standardów ochrony dzieci w sporcie, a w wyjaśnieniach wskazuje, że nawet jednoosobowa działalność pracująca z dziećmi powinna ustalić zasady ochrony dzieci, w tym zasady relacji i procedury reagowania na krzywdzenie. To jest krok w dobrą stronę, ale sam dokument nie wychowa trenera. Procedura nie zastąpi kultury pracy. Regulamin nie powstrzyma człowieka, który nie rozumie dziecka. Można mieć standardy ochrony małoletnich w segregatorze i dalej prowadzić trening w sposób, który niszczy poczucie bezpieczeństwa. Można mieć licencję i nadal nie umieć rozmawiać z dzieckiem. Można mieć certyfikat i nadal patrzeć na grupę siedmiolatków jak na projekt wynikowy. Prawo jest minimum. Standard powinien być znacznie wyżej.
Największa fikcja w dziecięcej piłce polega na przekonaniu, że każdy, kto zna się na piłce, zna się na dzieciach. To nieprawda. Były zawodnik może być świetnym trenerem, ale nie dlatego, że grał. Tylko dlatego, że potrafi uczyć. Pasjonat może być świetnym trenerem, ale nie dlatego, że kocha futbol. Tylko dlatego, że rozumie proces. Młody trener może być świetny, ale nie dlatego, że ma energię. Tylko dlatego, że chce się uczyć, słuchać i rozwijać. Samo „grałem w piłkę” nie daje kompetencji do prowadzenia dzieci. Tak samo jak samo „mam dziecko” nie czyni nikogo pedagogiem.
Szkółki piłkarskie często sprzedają rodzicom marzenie: rozwój, dyscyplina, drużyna, pewność siebie, sportowy charakter. I to wszystko może być prawdą. Piłka potrafi wychowywać. Ale tylko wtedy, gdy prowadzą ją odpowiedni ludzie. W złych rękach ten sam sport może uczyć strachu, presji, hierarchii, selekcji bez empatii i myślenia, że wartość dziecka zależy od minut na boisku. Dlatego pytanie „kto trenuje moje dziecko?” powinno być dla rodzica równie ważne jak pytanie „gdzie trenuje moje dziecko?”.
Nie chodzi o to, żeby zamknąć dostęp do zawodu i zrobić z trenerów dzieci korporację z pieczątkami. Małe kluby i lokalne szkółki są potrzebne. Często robią fantastyczną robotę. Czasem to właśnie w małym klubie dziecko dostaje więcej uwagi, cierpliwości i serca niż w wielkiej akademii. Ale dostępność nie może oznaczać bylejakości. Jeśli ktoś bierze odpowiedzialność za dzieci, powinien być weryfikowany, szkolony, wspierany i rozliczany z jakości relacji, bezpieczeństwa i sposobu pracy.
Dziś zbyt łatwo zachwycamy się nazwą „akademia”. Za rzadko sprawdzamy, czy za tą nazwą stoi system. Czy trenerzy mają licencje. Czy mają przygotowanie do pracy z dziećmi. Czy szkółka ma standardy ochrony małoletnich. Czy grupy nie są za duże. Czy trener nie jest sam z trzydziestką dzieci. Czy dzieci uczą się gry, czy tylko stania w kolejkach. Czy rodzic wie, kto odpowiada za bezpieczeństwo. Czy ktoś patrzy na dziecko jak na człowieka, a nie jak na przyszłą kartę transferową albo składkowicza.
Reasumując, w Polsce istnieje zawód trenera sportu, istnieją przepisy, istnieją licencje, istnieje system PZPN i istnieją programy certyfikacji. Ale między papierem a boiskiem jest jeszcze człowiek. To on decyduje, czy dziecko pokocha piłkę lub sport, czy zacznie się tego bać. To on buduje pierwsze wspomnienie z treningu. To on jest pierwszym autorytetem sportowym. I właśnie dlatego pierwszy trener nie może być przypadkowy. Bo dziecko nie zaczyna od taktyki, systemu i pucharów. Dziecko zaczyna od człowieka, który stoi przed nim z piłką i mówi: „Otrzyj łzy. Chodź, spróbuj jeszcze raz”.
Autor
-
Trener piłki nożnej i pasjonat futbolu, który od lat łączy boiskowe spojrzenie z zamiłowaniem do wirtualnej rywalizacji. W FIFĘ, a obecnie EA Sports FC, gra od kilkunastu lat, więc dobrze pamięta czasy, gdy dobra karta w Ultimate Team naprawdę potrafiła cieszyć dłużej niż jeden weekend. Najbliższa jest mu oczywiście piłka nożna, ale chętnie śledzi również inne dyscypliny sportu i lubi patrzeć na sport szerzej – od emocji kibicowskich po taktykę, rywalizację i mentalność zawodników. W swoich tekstach stara się pisać konkretnie, bez sztucznego zachwytu, za to z perspektywy gracza, trenera i człowieka, który niejedną Ligę Weekendową już przeżył 🙂









