Słowo na niedzielę: Sędzia też musi trenować. Problem rozgrywek młodzieżowych, o którym mówi się nie wystarczająco dużo

W rozgrywkach młodzieżowych jest temat, który wraca co sezon, ale najczęściej kończy się na narzekaniu przy linii bocznej. Trenerzy narzekają na sędziów. Sędziowie narzekają na pieniądze. Rodzice narzekają na wszystkich. A dzieci stoją w środku tego zamieszania i uczą się, że mecz piłkarski to nie tylko gra, ale też chaos, krzyk, pretensje i wieczna dyskusja o tym, czy był spalony, faul albo aut. Problem jest realny i nie da się go załatwić jednym zdaniem: „sędzia słaby” albo „temu trenerowi zawsze coś nie pasuje”.
Zacznijmy od perspektywy sędziów. Sędziowanie meczów młodzieżowych to często weekend, dojazd, odpowiedzialność, emocje rodziców, presja trenerów, czasem kilka spotkań jednego dnia i niewielkie (?) stawki w porównaniu z nerwami, które trzeba przyjąć na siebie. W wielu województwach funkcjonują różne systemy rozliczania ekwiwalentów sędziowskich: czasem klub płaci bezpośrednio, czasem pieniądze przechodzą przez związek, czasem można wejść w system ryczałtowy albo przedpłatowy.
W Mazowieckim ZPN działa program rozliczania ekwiwalentów sędziowskich przez biuro związku. Kluby zgłaszają się do programu, a w przypadku rozgrywek młodzieżowych obowiązują konkretne terminy zgłoszeń i przedpłat; jeśli przedpłata nie wpłynie, związek nie wypłaca delegacji w imieniu klubu. W Wielkopolskim ZPN funkcjonują płatności ryczałtowe, ale dopuszcza się też wyłączenie niektórych klubów z tego systemu, m.in. klubów mających wyłącznie drużyny młodzieżowe, które mogą regulować należności wobec sędziów bezpośrednio po złożeniu odpowiedniego oświadczenia. Już to pokazuje, że w Polsce nie ma jednego przejrzystego, identycznego dla wszystkich modelu. Są wojewódzkie rozwiązania, a tam, gdzie jest różnorodność, często pojawia się też bałagan, nieporozumienia i poczucie, że każdy robi trochę po swojemu.
Trenerzy też niekiedy mają rację, kiedy mówią, że poziom sędziowania w wielu meczach młodzieżowych bywa skandaliczny. Nie chodzi o pojedynczy błąd, bo błędy są częścią piłki. Trener też popełnia błędy, zawodnik też popełnia błędy, sędzia również ma do nich prawo. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie widać zaangażowania. Gdy arbiter nie biega, tylko spaceruje. Gdy jest 30 metrów od akcji i udaje, że wszystko widział. Gdy nie zna specyfiki kategorii wiekowej. Gdy nie panuje nad emocjami. Gdy raz pozwala na twardą grę, a minutę później gwiżdże co popadnie.
W piłce dziecięcej sędzia nie jest tylko człowiekiem od gwizdka. Jest częścią procesu wychowawczego. To on pokazuje dzieciom, że są zasady. Że faul ma konsekwencje. Że przeciwnika trzeba szanować. Że nie wszystko wolno, nawet jeśli trener krzyczy, że „graj dalej”. Dobry sędzia potrafi uspokoić mecz, wytłumaczyć dziecku decyzję, zatrzymać narastającą agresję i nie robić z siebie głównego aktora widowiska.
A najgorszy sędzia to nie ten, który się pomyli. Najgorszy jest ten, któremu wygląda, jakby nie zależało. Tu właśnie rodzi się konflikt. Sędziowie mówią: za takie pieniądze nie oczekujcie Ligi Mistrzów. Trenerzy odpowiadają: nikt nie oczekuje Ligi Mistrzów, oczekujemy biegania, koncentracji i znajomości przepisów. I w tym sporze obie strony mogą mieć po części rację.
Niskie stawki nie pomagają w przyciąganiu ludzi, szkoleniu ich, utrzymaniu najlepszych i budowaniu prestiżu. Ale niska stawka nie może być usprawiedliwieniem dla braku elementarnej uczciwości wobec meczu.
Jeśli ktoś przyjmuje zawody, bierze delegację i wychodzi na boisko, to ma obowiązek być przygotowany. Nie musi być Marciniakiem. Musi być obecny, aktywny i poważny. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że rozgrywki młodzieżowe są dla sędziów trudne w inny sposób niż mecze seniorów. Dzieci grają chaotycznie, często skupiają się wokół piłki, podejmują nieprzewidywalne decyzje, nie zawsze rozumieją kontakt, a przy linii stoją dorośli, którzy nierzadko zachowują się gorzej niż zawodnicy.
W młodzieżówce arbiter powinien mieć nie tylko znajomość przepisów, ale też wyczucie pedagogiczne. Musi wiedzieć, kiedy puścić grę, kiedy przerwać, kiedy wytłumaczyć, a kiedy stanowczo ustawić granicę. Tego nie da się zrobić dobrze, jeśli sędzia traktuje mecz jako „odbębnienie delegacji”. Recepta nie zaczyna się od samego podniesienia stawek, choć pieniądze są częścią problemu.
Jeżeli chcemy lepszych sędziów w rozgrywkach młodzieżowych, trzeba za ich pracę płacić godnie i przejrzyście. Najgorszy model to taki, w którym klub płaci bezpośrednio po meczu, a potem ma poczucie, że „skoro płacimy, to możemy wymagać po swojemu”.
Jeszcze gorsze jest to, gdy sędzia czuje się zależny od gospodarza, bo od niego dostaje pieniądze. Dlatego kierunek rozliczeń przez wojewódzkie ZPN – ryczałt, przedpłata, centralne wypłaty – wydają się zdrowszy. Nie rozwiąże poziomu sędziowania, ale zmniejsza napięcie przy kasie i oddziela ocenę pracy od wypłaty po ostatnim gwizdku.
Druga rzecz to realna selekcja i ocena. Dzisiaj trenerzy bardzo często narzekają między sobą, na grupach, w szatni albo przy „kawie”, ale systemowo niewiele z tego wynika. Powinien istnieć prosty mechanizm oceny sędziego po meczu młodzieżowym: nie po to, żeby urządzać polowanie, tylko żeby wyłapywać schematy.
Jeśli jeden trener mówi, że sędzia był słaby, może to emocje. Jeśli pięć klubów z różnych meczów pisze, że ten sam sędzia nie biega, nie nadąża i nie zna przepisów, to nie jest już opinia. To są dane szkoleniowe. I związek powinien na to reagować.
Trzecia rzecz to szkolenie specjalnie pod dzieci i młodzież. Nie wystarczy nauczyć sędziego przepisów gry seniorów i wysłać go na U-12 czy U-14. To są inne mecze, inne emocje i inna odpowiedzialność. Sędzia młodzieżowy powinien przejść moduł z komunikacji z dziećmi, zarządzania rodzicami przy linii, reagowania na brutalną grę, ochrony zdrowia zawodników i rozumienia kategorii wiekowych.
W młodszych rocznikach arbiter często musi być trochę nauczycielem gry. Nie trenerem jednej drużyny, ale strażnikiem zasad, który potrafi krótko, jasno i spokojnie powiedzieć dziecku: „nie ciągniemy za koszulkę”, „ręka była przypadkowa”, „gramy dalej”, „to był faul”.
Czwarta rzecz to przygotowanie fizyczne. Brzmi banalnie, ale sędzia musi biegać. Jeśli zawodnicy U-13 potrafią zrobić kilkadziesiąt sprintów, a sędzia przez większość meczu idzie środkiem boiska, to nie ma prawa dobrze oceniać sytuacji. Nie da się sędziować z daleka. Nie da się widzieć kontaktu, linii spalonego, wejścia w nogi i piłki za linią, jeśli człowiek jest spóźniony.
W rozgrywkach młodzieżowych standard fizyczny nie musi być taki jak w Ekstraklasie, ale powinien istnieć. Regularne testy, obserwacje i odsuwanie od meczów osób, które nie nadążają, nie są żadnym zamachem na sędziów. Są podstawą szacunku do zawodników.
Piąta rzecz to ochrona sędziów przed chamstwem. Bo jeśli chcemy wymagać, musimy też chronić. Trener, który przez cały mecz „jedzie” po arbitrze, nie buduje standardu. Rodzic krzyczący do młodego sędziego „ile ci zapłacili?” nie walczy o sprawiedliwość, tylko niszczy mecz dzieci.
Klub, który nie potrafi uspokoić własnej ławki i własnych rodziców, też jest częścią problemu. Lepsze sędziowanie nie powstanie w atmosferze ciągłego linczu. Powstanie tam, gdzie jest jasny układ: sędzia ma być przygotowany i zaangażowany, a trenerzy i rodzice mają zachowywać się jak dorośli.
Szósta rzecz to jasna ścieżka awansu dla dobrych sędziów młodzieżowych. Dzisiaj wielu młodych arbitrów traktuje mecze dzieci jako etap przejściowy albo konieczność. Tymczasem dobre sędziowanie dzieci powinno być specjalizacją i punktem rozwoju.
Jeżeli ktoś świetnie prowadzi mecze młodzieżowe, potrafi rozmawiać, kontrolować emocje i rozumie proces, powinien być doceniany, obserwowany i szybciej kierowany na wyższe poziomy. A jeśli ktoś przez lata sędziuje młodzież „bo gdzieś trzeba go dać”, to znaczy, że dziecięca piłka znowu staje się magazynem dla przypadkowych ludzi.
Najgorsze, co można zrobić, to uznać, że „to tylko dzieci”. Bo właśnie dlatego, że to dzieci, standard powinien być wysoki.
Nie chodzi o VAR, komunikację radiową i czterech sędziów na meczu trampkarza. Chodzi o minimum profesjonalizmu: punktualność, strój, ruch po boisku, znajomość przepisów, kulturę komunikacji, odwagę w decyzjach i zaangażowanie.
Mecz młodzieżowy nie jest mniej ważny tylko dlatego, że nie ma transmisji. Dla tych dzieci to często najważniejszy mecz tygodnia. Dla trenera to element pracy. Dla rodzica to emocje. Dla sędziego powinien to być obowiązek wykonany poważnie.
Dlatego rozwiązanie musi być dwustronne. Sędziowie mają prawo mówić o pieniądzach, bo za odpowiedzialność trzeba płacić. Ale środowisko sędziowskie musi też przyjąć, że samo narzekanie na stawki nie przykryje słabego przygotowania, braku biegania i lekceważącego podejścia.
Trenerzy mają prawo wymagać poziomu, ale muszą też przestać traktować sędziego jak worek treningowy dla własnych frustracji. Związki muszą przestać udawać, że sama obsada meczu oznacza rozwiązanie problemu. Obsadzić mecz to jedno. Zapewnić jakość sędziowania to coś zupełnie innego.
Na końcu chodzi o dzieci. O to, żeby mecz był uczciwy, bezpieczny i wychowawczy. O to, żeby zawodnik uczył się szacunku do zasad, a nie przekonania, że wygra ten, kto głośniej krzyczy na arbitra. O to, żeby trener mógł prowadzić drużynę, a nie przez 70 minut walczyć z błędami człowieka, który nie nadąża za akcją. O to, żeby sędzia czuł, że jego praca ma sens, ale też wiedział, że za tę pracę ktoś go realnie oceni. Bo rozgrywki młodzieżowe bez dobrych sędziów nie są pełnym procesem szkolenia. Są tylko kolejnym dowodem, że w polskiej piłce zbyt często dbamy o ładną otoczkę, a za mało o jakość tego, co dzieje się między pierwszym a ostatnim gwizdkiem.






